Wzdrygnąłem
się lekko, słysząc słowa podziękowania. Nie byłem pewny, czego dotyczą i nie
zamierzałem o to dopytywać. Sam fakt, że padły między nami był wystarczająco
dziwny i niezręczny. Jeszcze nie tak dawno temu sądziłem, że nigdy nic nas nie
połączy, bo pochodzimy ze zbyt różnych światów i środowisk, a teraz… Proszę.
Jednak coś nas połączyło. Coś, czego nie potrafiłem nazwać prostym słowem.
Jeśli nie dało się tego prosto opisać, to wolałem nie robić tego wcale.
Rozstaliśmy się na pierwszym
skrzyżowaniu, które ją zaprowadziło najprawdopodobniej do namiotu medyków, a
mnie do kuźni. Ten dzień, choć praktycznie niedawno się zaczął, zdawał się być
zbyt długi.
Odebranie miecza zajęło niedługą
chwilę. Obiecałem płatnerzowi odebrać go osobiście. Nie zadawał pytań, nie
musiał. Na pewno słyszał o tym, kto jest w obozie. Odprowadziło mnie jego
przeszywające spojrzenie które sugerowało, że wie więcej, niż powinien i które
sprawiało, że czułem jak dreszcz biegnie wzdłuż pleców aż do kości ogonowej.
Niewielu ludzi potrafiło mieć na mnie taki efekt. Otrząsnąłem się z tego stanu
jak tylko wyszedłem na ulicę z bronią zawiniętą w zwykły materiał pakunkowy. Na
szczęście nie był to dziwny widok w obozie.
Przez resztę dnia nie potrafiłem
stłumić iskry ekscytacji. Niespodziewanego oczekiwania na wieczór. Upominałem
sam siebie jak dziecko, które nie może doczekać się nowej zabawki, której tak
długo już oczekiwało. I bawił mnie ten stan rzeczy. Do tego stopnia, że
zapominałem się przy ludziach, przy których to było wyjątkowo niebezpieczne.
– Czy moja pozycja w tej sprawę cię bawi,
oficerze Tealvash?
Książę brzmiał na oburzonego, kiedy
bawił się piórem w dłoni, podrzucając je w nerwowy sposób. Skupiłem na sobie
spojrzenie kilku innych oficerów. Cholera. Dlaczego się uśmiecham? Jak podlotek
który czeka na swój pierwszy raz z najpopularniejszą w dzielnicy dziwką i który
uważa, że to uczyni go dorosłym i poważnym.
Odchrząknąłem, przywracając naturalny
wyraz twarzy. Spojrzałem na księcia, który wydawał się być naprawdę urażony. Co
za paskudny dzieciak. Nigdy nie będzie potrafił przyjąć słowa krytyki.
– Przepraszam, książę. – Kolejne odchrząknięcie.
Położyłem palec na mapie w miejscu, gdzie przed chwilą narysował niewielki znak
x. – Sądzę, że to zbyt odkryte miejsce do przechowywania zapasów. Wróg będzie
próbował atakować i odciąć nas od zasobów.
– Muszę zgodzić się z Tealvashem –
nieoczekiwanie odezwał się ktoś po drugiej stronie stołu. Jeden z oficerów
posiadających pokaźną armię i doświadczenie w walce.
Jego poparcie mojego zdania zaskoczyło
mnie do tego stopnia, że oparłem obie dłonie na stole, pochylając się nad nim.
– Naprawdę?
– Dlaczego tak to cię dziwi, że się z
tobą zgadzam? To dobre rozumowanie. Powinniśmy chronić zapasy i ludzi.
– Myślałem, że uznasz moją opinię za
zbyt otwartą.
Mężczyzna skrzywił się lekko, założył
ręce na piersi i łypnął spojrzeniem w stronę Azira. Ten zdążył już
poczerwienieć ze złości albo wstydu, ciężko powiedzieć. Jak dziecko, które nie
potrafi przyjąć sprzeciwu. Naprawdę, czasem nie miałem pojęcia, co robi ten
bachor starając się pchać do armii.
– Zostawmy to na razie – zadecydował,
zajmując swoje miejsce za stołem. Siedział jako jedyny z zebranych.
To będzie długie i ciężkie spotkanie,
mogłem być tego pewien. Westchnąłem, prostując się powoli i zerkając na wyjście
z namiotu. Iskierka ekscytacji wcale nie zgasła. I teraz to sam siebie mogłem
nazwać zwykłym dzieciakiem.
Zdobycie się na cierpliwe czekanie było
dość trudnym zadaniem w tym momencie. A jednak stałem jak posąg, niemal bez
ruchu, z dłonią na rękojeści miecza i drugą luźno opuszczoną wzdłuż tułowia, wzrokiem
przeczesując mijających mnie ludzi. O tej porze nie było ich już dużo.
Zaczynało się robić późno nawet jak na wojskowe standardy. Nikt nie myślał też
na pewno, żeby w nocy udać się na plac, żeby ćwiczyć. Wszystko wskazywało na
to, że mój plan ma szansę ujść niezauważony przez niepożądane oczy.
Drgnęła mi dłoń, zaciskająca się na
rękojeści miecza pod wpływem głosu dziewczyny. Nie zauważyłem, z której strony
podeszła, choć wydawało mi się, że patrzę cały czas prosto w miejsce, z którego
prowadziła droga do jej namiotu. Skinąłem głową, rozglądając się jednocześnie,
żeby sprawdzić dyskretnie, czy ktoś podąża naszym krokiem. Wydawało się, że
nie. Że Esja naprawdę zrobiła to, co poleciłem.
Bez słowa dotarliśmy na miejsce. Nikt
nie zwracał na nas większej uwagi, być może dzięki temu, że dziewczyna nie
miała na sobie zwyczajowej białej sukni, po której łatwo można by było ją
rozpoznać. Otworzyłem ciężką stalową bramę prowadzącą na mały dziedziniec, z
jednej strony otoczony budynkami, a z jednej niewielką widownią. Pozostałe dwie
otoczone były murem, w którym umieszczono stalowe bramy, a wszystko po to, żeby
osłonić ćwiczących przed resztą obozu. Jedynym źródłem światła był obecnie
księżyc.
– Wzięłaś swoje naramienniki? –
zapytałem, odchodząc od niej i zapalając dwie z pochodni, które znajdowały się
najbliżej bramy. Ruchome światło padło na piasek, tworząc cienie naszych
sylwetek. Obróciłem się w jej stronę, starannie stawiając stopy w szyku, który
był czymś tak dobrze mi znanym. – Na razie nie musisz ich zakładać.
Nie czekałem na odpowiedź. Wyciągnąłem ten
miecz, który miał należeć do niej i odsłoniłem ostrze z materiału, które go
chroniło. Błysnął w niepewnym świetle pochodni. Niewielka, ale poręczna broń
jednoręczna wydawała się idealnie pasować do kapłanki. Tym łatwiej będzie
wytłumaczyć, że to tylko ozdoba, piękny prezent otrzymany od mojego oddziału, a
nie broń którą nauczy się posługiwać. Przez chwilę wpatrywałem się w
kunsztownie wykonaną stal, pozwalając jej podejść bliżej, żeby mogła się
przyjrzeć dokładnie prostemu jelcowi, który zapobiegał zsuwaniu się palców z
rękojeści, która była wykonana ze znacznie większym polotem. Niesamowita praca.
I bardzo kosztowna.
– Ten od dzisiaj należy do ciebie. Ale
nie będziesz nim ćwiczyć, dopóki nie nauczysz się wszystkich podstaw. Na razie
idź do zbrojowni i znajdź drewniany miecz – wyciągnąłem broń w jej stronę,
trzymając płasko za ostrze tak, żeby mogła złapać rękojeść. – Niech waży tyle,
co ten. W przybliżeniu.
Kiedy odeszła we wskazanym kierunku, ja
obszedłem arenę, paląc jedynie niektóre ze znajdujących się na niej pochodni.
Nie chciałem zwracać na nas zbyt wielkiej uwagi. Esja wróciła szybko, nie miała
już ze sobą stalowego miecza. Zapewne odłożyła go na czas ćwiczeń. Znów
skinąłem głową. Prosty w wyrazie gest aprobaty.
Nie było tu nikogo oprócz nas.
Zorientowała się już, kto będzie ją uczył posługiwania się mieczem czy jeszcze
nie? Podstępny uśmiech zaprezentował się na moich ustach, kiedy oparłem dłoń na
przygotowanym wcześniej dla siebie mieczu. Również drewnianym. Wyprostowałem
się i podszedłem do niej blisko. Praktyczni dzielił nas jeden krok i spora
różnica wzrostu. Dlaczego to sprawiało, że nadal czułem ekscytację? Chorą
ambicję, która popychała mnie do tych wszystkich działań. Coś nienormalnego. I uzależniającego.
– Każda walka i każda broń wymaga
odpowiedniej postawy ciała. Odpowiednich kroków i pewnego trzymania. Zaczniemy
od tego ostatniego – mówiąc to końcem swojego drewnianego miecza do ćwiczeń
podniosłem do góry ten trzymany przez nią do pozycji równoległej z ziemią. –
Złap rękojeść. Trzymaj go pewnie. – Zmrużyłem oczy gniewnie. – Nie tak.
Opuściłem miecz nieoczekiwanie, przez
co musiała złapać swój mocniej, nie pozwalając mu upaść na ziemię. Z pewnością
nie był czymś lekkim. Wyciągnąłem dłoń i łapiąc za jej nadgarstek przesunąłem
jej rękę bliżej jelca, oceniając czy złapała do w dobrym miejscu.
– Nie za daleko i nie za blisko. Musisz
czuć, że trzymasz go pewnie, balansujesz całością, a nie tylko rękojeścią.
Pamiętaj, że ostrze jest dużo dłuższe od niej. Jeśli ktoś mocno uderzy, wytrąci
ci go z dłoni. Dlatego ważne jest, żebyś widziała broń jako całość… Jako
przedłużenie ręki, a nie tylko balast.
Nie puszczając jej nadgarstka wysunąłem
jej dłoń, obracając uchwyt tak, że trzymała ją teraz od spodu, celując prosto
przed siebie. Równowaga i balans czymś o takich kształtach były podstawowymi
wartościami, których musiał się nauczyć każdy, kto chciał posługiwać się
dłonią. Puściłem jej ramię nagle, w ten sposób sprawdzając, czy słuchała tego o
czym mówiłem i czy utrzyma ciężar miecza w takiej samej pozycji. Na mojej
twarzy nie było już uśmiechu, jedynie czysta, wydestylowana powaga.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz