niedziela, 16 lipca 2017

LXXXII



        Wzdrygnąłem się lekko, słysząc słowa podziękowania. Nie byłem pewny, czego dotyczą i nie zamierzałem o to dopytywać. Sam fakt, że padły między nami był wystarczająco dziwny i niezręczny. Jeszcze nie tak dawno temu sądziłem, że nigdy nic nas nie połączy, bo pochodzimy ze zbyt różnych światów i środowisk, a teraz… Proszę. Jednak coś nas połączyło. Coś, czego nie potrafiłem nazwać prostym słowem. Jeśli nie dało się tego prosto opisać, to wolałem nie robić tego wcale.
        Rozstaliśmy się na pierwszym skrzyżowaniu, które ją zaprowadziło najprawdopodobniej do namiotu medyków, a mnie do kuźni. Ten dzień, choć praktycznie niedawno się zaczął, zdawał się być zbyt długi.
        Odebranie miecza zajęło niedługą chwilę. Obiecałem płatnerzowi odebrać go osobiście. Nie zadawał pytań, nie musiał. Na pewno słyszał o tym, kto jest w obozie. Odprowadziło mnie jego przeszywające spojrzenie które sugerowało, że wie więcej, niż powinien i które sprawiało, że czułem jak dreszcz biegnie wzdłuż pleców aż do kości ogonowej. Niewielu ludzi potrafiło mieć na mnie taki efekt. Otrząsnąłem się z tego stanu jak tylko wyszedłem na ulicę z bronią zawiniętą w zwykły materiał pakunkowy. Na szczęście nie był to dziwny widok w obozie.
          Przez resztę dnia nie potrafiłem stłumić iskry ekscytacji. Niespodziewanego oczekiwania na wieczór. Upominałem sam siebie jak dziecko, które nie może doczekać się nowej zabawki, której tak długo już oczekiwało. I bawił mnie ten stan rzeczy. Do tego stopnia, że zapominałem się przy ludziach, przy których to było wyjątkowo niebezpieczne.
        – Czy moja pozycja w tej sprawę cię bawi, oficerze Tealvash?
        Książę brzmiał na oburzonego, kiedy bawił się piórem w dłoni, podrzucając je w nerwowy sposób. Skupiłem na sobie spojrzenie kilku innych oficerów. Cholera. Dlaczego się uśmiecham? Jak podlotek który czeka na swój pierwszy raz z najpopularniejszą w dzielnicy dziwką i który uważa, że to uczyni go dorosłym i poważnym.
        Odchrząknąłem, przywracając naturalny wyraz twarzy. Spojrzałem na księcia, który wydawał się być naprawdę urażony. Co za paskudny dzieciak. Nigdy nie będzie potrafił przyjąć słowa krytyki.
        – Przepraszam, książę. – Kolejne odchrząknięcie. Położyłem palec na mapie w miejscu, gdzie przed chwilą narysował niewielki znak x. – Sądzę, że to zbyt odkryte miejsce do przechowywania zapasów. Wróg będzie próbował atakować i odciąć nas od zasobów.
        – Muszę zgodzić się z Tealvashem – nieoczekiwanie odezwał się ktoś po drugiej stronie stołu. Jeden z oficerów posiadających pokaźną armię i doświadczenie w walce.
        Jego poparcie mojego zdania zaskoczyło mnie do tego stopnia, że oparłem obie dłonie na stole, pochylając się nad nim.
        – Naprawdę?
        – Dlaczego tak to cię dziwi, że się z tobą zgadzam? To dobre rozumowanie. Powinniśmy chronić zapasy i ludzi.
        – Myślałem, że uznasz moją opinię za zbyt otwartą.
        Mężczyzna skrzywił się lekko, założył ręce na piersi i łypnął spojrzeniem w stronę Azira. Ten zdążył już poczerwienieć ze złości albo wstydu, ciężko powiedzieć. Jak dziecko, które nie potrafi przyjąć sprzeciwu. Naprawdę, czasem nie miałem pojęcia, co robi ten bachor starając się pchać do armii.
        – Zostawmy to na razie – zadecydował, zajmując swoje miejsce za stołem. Siedział jako jedyny z zebranych.
       To będzie długie i ciężkie spotkanie, mogłem być tego pewien. Westchnąłem, prostując się powoli i zerkając na wyjście z namiotu. Iskierka ekscytacji wcale nie zgasła. I teraz to sam siebie mogłem nazwać zwykłym dzieciakiem.

        Zdobycie się na cierpliwe czekanie było dość trudnym zadaniem w tym momencie. A jednak stałem jak posąg, niemal bez ruchu, z dłonią na rękojeści miecza i drugą luźno opuszczoną wzdłuż tułowia, wzrokiem przeczesując mijających mnie ludzi. O tej porze nie było ich już dużo. Zaczynało się robić późno nawet jak na wojskowe standardy. Nikt nie myślał też na pewno, żeby w nocy udać się na plac, żeby ćwiczyć. Wszystko wskazywało na to, że mój plan ma szansę ujść niezauważony przez niepożądane oczy.
        Drgnęła mi dłoń, zaciskająca się na rękojeści miecza pod wpływem głosu dziewczyny. Nie zauważyłem, z której strony podeszła, choć wydawało mi się, że patrzę cały czas prosto w miejsce, z którego prowadziła droga do jej namiotu. Skinąłem głową, rozglądając się jednocześnie, żeby sprawdzić dyskretnie, czy ktoś podąża naszym krokiem. Wydawało się, że nie. Że Esja naprawdę zrobiła to, co poleciłem.
        Bez słowa dotarliśmy na miejsce. Nikt nie zwracał na nas większej uwagi, być może dzięki temu, że dziewczyna nie miała na sobie zwyczajowej białej sukni, po której łatwo można by było ją rozpoznać. Otworzyłem ciężką stalową bramę prowadzącą na mały dziedziniec, z jednej strony otoczony budynkami, a z jednej niewielką widownią. Pozostałe dwie otoczone były murem, w którym umieszczono stalowe bramy, a wszystko po to, żeby osłonić ćwiczących przed resztą obozu. Jedynym źródłem światła był obecnie księżyc.
        – Wzięłaś swoje naramienniki? – zapytałem, odchodząc od niej i zapalając dwie z pochodni, które znajdowały się najbliżej bramy. Ruchome światło padło na piasek, tworząc cienie naszych sylwetek. Obróciłem się w jej stronę, starannie stawiając stopy w szyku, który był czymś tak dobrze mi znanym. – Na razie nie musisz ich zakładać.
          Nie czekałem na odpowiedź. Wyciągnąłem ten miecz, który miał należeć do niej i odsłoniłem ostrze z materiału, które go chroniło. Błysnął w niepewnym świetle pochodni. Niewielka, ale poręczna broń jednoręczna wydawała się idealnie pasować do kapłanki. Tym łatwiej będzie wytłumaczyć, że to tylko ozdoba, piękny prezent otrzymany od mojego oddziału, a nie broń którą nauczy się posługiwać. Przez chwilę wpatrywałem się w kunsztownie wykonaną stal, pozwalając jej podejść bliżej, żeby mogła się przyjrzeć dokładnie prostemu jelcowi, który zapobiegał zsuwaniu się palców z rękojeści, która była wykonana ze znacznie większym polotem. Niesamowita praca. I bardzo kosztowna.
        – Ten od dzisiaj należy do ciebie. Ale nie będziesz nim ćwiczyć, dopóki nie nauczysz się wszystkich podstaw. Na razie idź do zbrojowni i znajdź drewniany miecz – wyciągnąłem broń w jej stronę, trzymając płasko za ostrze tak, żeby mogła złapać rękojeść. – Niech waży tyle, co ten. W przybliżeniu.
        Kiedy odeszła we wskazanym kierunku, ja obszedłem arenę, paląc jedynie niektóre ze znajdujących się na niej pochodni. Nie chciałem zwracać na nas zbyt wielkiej uwagi. Esja wróciła szybko, nie miała już ze sobą stalowego miecza. Zapewne odłożyła go na czas ćwiczeń. Znów skinąłem głową. Prosty w wyrazie gest aprobaty.
        Nie było tu nikogo oprócz nas. Zorientowała się już, kto będzie ją uczył posługiwania się mieczem czy jeszcze nie? Podstępny uśmiech zaprezentował się na moich ustach, kiedy oparłem dłoń na przygotowanym wcześniej dla siebie mieczu. Również drewnianym. Wyprostowałem się i podszedłem do niej blisko. Praktyczni dzielił nas jeden krok i spora różnica wzrostu. Dlaczego to sprawiało, że nadal czułem ekscytację? Chorą ambicję, która popychała mnie do tych wszystkich działań. Coś nienormalnego. I uzależniającego.
        – Każda walka i każda broń wymaga odpowiedniej postawy ciała. Odpowiednich kroków i pewnego trzymania. Zaczniemy od tego ostatniego – mówiąc to końcem swojego drewnianego miecza do ćwiczeń podniosłem do góry ten trzymany przez nią do pozycji równoległej z ziemią. – Złap rękojeść. Trzymaj go pewnie. – Zmrużyłem oczy gniewnie. – Nie tak.
        Opuściłem miecz nieoczekiwanie, przez co musiała złapać swój mocniej, nie pozwalając mu upaść na ziemię. Z pewnością nie był czymś lekkim. Wyciągnąłem dłoń i łapiąc za jej nadgarstek przesunąłem jej rękę bliżej jelca, oceniając czy złapała do w dobrym miejscu.
        – Nie za daleko i nie za blisko. Musisz czuć, że trzymasz go pewnie, balansujesz całością, a nie tylko rękojeścią. Pamiętaj, że ostrze jest dużo dłuższe od niej. Jeśli ktoś mocno uderzy, wytrąci ci go z dłoni. Dlatego ważne jest, żebyś widziała broń jako całość… Jako przedłużenie ręki, a nie tylko balast.
        Nie puszczając jej nadgarstka wysunąłem jej dłoń, obracając uchwyt tak, że trzymała ją teraz od spodu, celując prosto przed siebie. Równowaga i balans czymś o takich kształtach były podstawowymi wartościami, których musiał się nauczyć każdy, kto chciał posługiwać się dłonią. Puściłem jej ramię nagle, w ten sposób sprawdzając, czy słuchała tego o czym mówiłem i czy utrzyma ciężar miecza w takiej samej pozycji. Na mojej twarzy nie było już uśmiechu, jedynie czysta, wydestylowana powaga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/