Nic nie powiedział, ale nie zaskakiwało mnie to już. Dotarliśmy bez słowa na miejsce, a w powietrzu wisiała atmosfera świadcząca o tym, że nasze poczynania nie powinny być dla wszystkich znane. Rozejrzałam się dookoła, szybko i mam nadzieję, że dyskretnie. Nikogo oprócz nas tutaj nie było. Będziemy czekać na nauczyciela? Byłam ciekawa kim będzie, czy polubię tą osobę, czy raczej niespecjalnie. Czy będze ciężko, przyjemnie... tyle pytań, ale z naszej dwójki tylko ja zdawałam się oczekiwać czegokolwiek. Nevan zapytał jedynie, czy wzięłam naramienniki i chyba nie zauważył, jak skinięciem odpowiedziałam. Wciąż trudno było mi zdobyć się do zmącenia ciszy własnym głosem.
Uwagę skupiłam na oficerze dopiero w chwili, w której wyciągnął jakąś nieznaną mi broń. Nir jestem znawcą, właściwie nic o niej nie wiem, ale potrafię powiedzieć czy coś mi się podoba, czy nie, a ten oręż na pewno potrafił zachwycać. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy usłyszałam, że ma on należeć do mnie. Znów nie potrafiłam nic powiedzieć, słuchałam każdego słowa, jakie padało z ust Tealvasha i pierwszy raz nie potrafiłam na nic odpowiedzieć. Sam fakt, że... mało w życiu dostałam prezentów. Miałam harfę i to tyle, więc broń była drugim. Odebrałam z rąk mężczyzny ostrze. Było cięższe, niż wskazywał na to wygląd, ale lżejsze, niż się spodziewałam, że może być. Słowem, byłam w stanie je dźwigać. Odeszłam w wiadomym kierunku i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na chwile zachwytu. Serce zabiło mi mocniej. Kazał je zrobić dla mnie? Nie przypominało ciężkich mieczy, jakie nosili jego żołnierze. Może przez moje oczarowanie i wyszukiwanie odpowiedniego miejsca dla oręża, który potem jeszcze odłożyłam ze szczególnym namaszczeniem, nieco zbyt długo mnie nie było, ale ostatecznie wróciłam z mieczem, który wydawał się w moim rozumowaniu być odpowiednim.
Wciąż nic nie mówiłam, ale tym razem przeżyłam jeszcze jeden szok. Może to głupie, ale nawet nie podejrzewałam, że Nevan mnie czegoś będzie uczył. Nie brałam go pod uwagę i teraz było mi głupio, w końcu jest oficerem, też zna się na wszystkim. Czy miało być to aż tak poufne? Może właśnie przez to się zdecydował być moim nauczycielem. Wiedziałam jedno... nie będzie traktował mnie łagodnie tylko dlatego, że jestem kapłanką. Nawet Freya, której towarzystwo nie odpowiadało mi tak samo, jak towarzystwo Verry, miała na uwadze to, kim jestem, a Nevan... chociaż często przypomina o mojej pozycji, to sam nigdy nie był nią oczarowany.
Przełknęłam ślinę.
Słuchałam wszystkiego, robiłam, co kazał, drgnęłam gdy warknął. Przerażający. Kiedy zacisnął dłoń na moim nadgarstku, poczułam się jak drobniutka istota. Oczywiście wiedziałam, że nie należę do wielkich ludzi, ale teraz wydawało mi się to być bardziej dotkliwe, niż zwykle. Poza tym jedyny raz, gdy Tealvash pozwolił sobie na taką bliskość był podczas wyprawy, ale wtedy okoliczności były całkiem inne, bo świątynia się waliła. Aktualnie nic nie miało nam zaraz spaść na głowę, a jednak trudno było mi się skupić.
Kiedy puścił mój nadgarstek, poczułam się trochę tak, jak wtedy, gdy strącił mnie z muru. Pamiętałam jednak lekcję z tamtego dnia, dłoń drgnęła, ale nie opadła. Nie było idealnie, wiedziałam doskonale, nie musiałam na niego patrzeć, jednak starałam się, chciałam przed nim dobrze wypaść, szczególnie przed nim. Tylko, że teraz, kiedy był sam moim nauczycielem nie miałam jak popełniać błędów poza jego wzrokiem. Zobaczy każde potknięcie, każde niedociągnięcie, uchybienie.
Miałam nieco rozwarte usta, a na twarzy malowała mi się niepewność. Trzymałam drewniany miecz, ze wzrokiem utkwionym gdzieś przede mną. Nie wytrzymałam, obejrzałam się przez ramię i napotkałam spojrzenie Tealvasha. Z jednej strony przenikliwe, z drugiej chłodne i puste. Miecz opadł, skrzywiłam się, uniosłam go wyżej, przestąpiłam na bok i jak dziecko, które coś spsociło czekałam na krzyk mężczyzny. Już niemalże kuliłam się z głupiego odruchu. W świątyni czasem się obrywało po rękach, ale wiedziałam, że oficer mnie nie uderzy, mimo to byłam lekko podenerwowana.
- Twój wzrok - powiedziałam pierwsza. Byłam zmieszana. Opuściłam swoją broń wzdłuż ciała i dopiero teraz odpięłam pelerynę i rzuciłam ja na bok, zgiętą w pół. Przetarłam twarz dłonią, było późno, ale wcale nie byłam zmęczona. - Nie wiem, czy ktoś ci mówił, ale jest przerażający - chyba pierwszy raz powiedziałam mu to wprost. Spodziewam się, że miał świadomość, że jest tak, a nie inaczej. Westchnęłam i uniosłam drewniany miecz, robiąc to (przynajmniej w moim mniemaniu) tak jak pokazywał oficer. - Nie oczekuję, że będziemy się do siebie uśmiechać, ale może od czasu do czasu wymienimy kilka zdań? Pełnych, może nawet przyjaznych? - chyba mówiąc to zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. Dlatego wciąż stałam z uniesionym mieczem, aby nie myślał, że migam się od ćwiczeń, bo od tego byłam daleka. - Kiedy jesteś taką skałą, nie potrafię nawet podziękować za miecz w taki sposób, w jaki wypada... a muszę podziękować, muszę też się otrząsnąć, nie wiem, może okazać jakąś radość, a tym czasem jest mi głupio się uśmiechnąć, bo mam wrażenie, że wtedy zrezygnujesz z uczenia mnie i uznasz za niepoważną - wyrzuciłam z siebie, nawet nie wiedząc w której chwili mój głos przybrał nieco pretensji. Zrobiło mi się ponownie niezręcznie, jak to zauważyłam. Zamrugałam i poczułam, że się rumienię. - Przepraszam... nie zgłasza się pretensji nauczycielowi - skarciłam sama siebie, nim on to zrobił, bo pewnie był w tym o wiele lepszy ode mnie. Może, gdybym miała jeszcze jedną szansę, to siedziałabym jednak cały czas cicho, ale słowa już opuściły moje usta... było mi w zasadzie lżej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz