Nie
uderzył o ziemię. Nie wiem, czy oczekiwałem, że dziewczyna wypuści miecz z rąk,
a ten upadnie na piasek, ale mimo wszystko to się nie stało. Zmrużyłem powieki,
obserwując jej dłoń, którą teraz mocniej zacisnęła na kawałku drewna służącego
za rękojeść broni. Jak mięśnie przedramienia odsłoniętego przez podwiniętą
koszulę napięły się, a dalej z pewnością także ramię, bark, mięśnie po prawej
stronie pleców. Odchyliłem nieco głowę do tyłu, przez krótki moment pozwalając
temu wyobrażeniu trwać, tak po prostu, bez żadnego konkretnego powodu.
Dopiero głos Esji sprawił, że myśl
urwała się jak cienka nić. Nadal trzymała miecz, choć wydawało mi się, że nieco
mniej pewnie niż przed chwilą. I być może nawet zauważyła zdziwienie, jakie
pojawiło się na mojej twarzy na moment, wyrażone uniesieniem brwi i
rozszerzeniem oczu. Oparłem dłoń na swoim drewnianym przedmiocie ćwiczeń,
którego końcówka była wbita w piasek. Był większy niż ten dzierżony przez kapłankę.
Nawet w tej chwili nie bardzo martwiło mnie to, jak oczywiste i łatwe do
odczytania mogą być emocje malujące się na mojej twarzy. Ta dziewczyna… Odzywała
się tak szczerze i prosto, bez owijania w bawełnę.
Powiodłem spojrzeniem mniej więcej w
punkt, w który wydawało mi się, że ona też patrzy. Na moment zapadła cisza, ale
to było tylko złudne wrażenie. Za bramami areny ciągle było słychać głosy i
oznaki tego, że obóz jeszcze nie usnął.
Przerażający? Nie, chyba nikt nigdy mi
tego nie powiedział. A przynajmniej na pewno nie tak otwarcie. Powietrze
opuściło moje płuca z cichym świstem.
– Przepraszam – powiedziałem w końcu,
przestępując na drugą nogę. Podrzuciłem miecz, łapiąc go do wiodącej ręki i
przez moment balansując jego ciężarem w dłoni. To był przyjemny, znajomy
ciężar, który sprawiał że czułem się bezpiecznie. Niesamowite, jak bardzo
przywiązałem się do posługiwania się bronią przez te wszystkie lata. – Może to
przez ich kolor. – Sam nie wiedziałem, dlaczego właściwie ciągnę ten temat.
Może przez otwartość dziewczyny, która z nieznanych mi przyczyn popychała mnie
do tego? – Jest charakterystyczny dla naszego rodu, wszyscy go posiadamy.
Zacisnąłem mocniej szczękę. Kilka
pełnych, przyjaznych zdań? Głupio jest się uśmiechać? Dlaczego poczułem w tym
głosie ton pretensji? Zdawałem sobie sprawę z tego, że ludzie czują się
nieswojo w moim towarzystwie, że oddychają z ulgą, kiedy tylko odchodzę. Co
więcej, niespecjalnie mi to przeszkadzało.
– Możemy rozmawiać, jeśli sobie tego
życzysz. Ale nie wiem czy będę ciekawym rozmówcą, bo niewielu postanowiło
sprawdzić moje predyspozycje w tym zakresie – uśmiechnąłem się. Chyba nawet
całkiem przyjaźnie. Miałem wrażenie, że coś jest z nią nie tak, bo zasłona
jedna po drugiej opadała jakby nigdy jej nie było. – Nie powinnaś uważać mojej
awersji do uśmiechania się za coś, co obowiązuje wszystkich dookoła. Ludzie
czasem wnioskują, że powinni dopasowywać się do tych, którzy ich otaczają, ale
to sprawia że wszyscy są nudni. Jeśli przestaniesz się cieszyć z tego, czego
się uczysz, bo ja podchodzę do tego surowo, zachowasz się niezgodnie ze sobą.
Przeszedłem dwa kroki naprzód, a
później odwróciłem się przodem do Esji, tym samym tyłem do źródła światła.
Zamachnąłem się nagle, nie nabierając prędkości z szerokiego cięcia. Szybki,
gwałtowny i silny gest sprawił, że miecz wytrącony z rąk kapłanki poszybował na
dobre kilka kroków, a później ze stłumionym dźwiękiem wylądował na piasku.
– Trzymaj pewnie miecz – powtórzyłem,
tym razem uśmiechając się złośliwie jednym kącikiem ust. Możliwe, że specjalnie
wykorzystywałem swoją przewagę. Możliwe też, że mnie to bawiło, choć nieco
złośliwie. – Jeszcze raz. Podnieś go, a później spróbuj naśladować moją
postawę. Szeroko nogi, środek ciężkości ciała pomiędzy nimi, jeśli nie
atakujesz ani się nie bronisz. Na lekko ugiętych kolanach, z prostymi plecami.
Mówiłem dużo i szybko, zaczynając od
prawidłowej postawy w przygotowaniu do ataku, przechodząc poprzez podstawowe
ciosy. Czas mijał szybko, księżyc wznosił się wysoko na niebo, a niedługo miał
się pojawić na nim kolejny. Starałem się poprawiać pozycję, w jakiej stała
Esja, prostować przybrane pozycje i pokazywać błędy. Straciłem poczucie czasu
nawet w momentach, kiedy pokazywałem jej jak powinny wyglądać kolejne ruchy,
przechodzenie pomiędzy każdą sylwetką. Najtrudniejsza okazała się praca nóg,
chociaż nie było w tym nic dziwnego. Jako kapłanka nie miała najlepszej
kondycji pod słońcem, choć na to byłem akurat przygotowany. Wiedziałem, że
najważniejsze rzeczy już posiada, a reszta przyjdzie z czasem. Nastawienie do
nauki było czymś, czego nie dało się wymóc. Postawy ciała zaś czymś, czego
można było ją nauczyć.
– Jeśli jesteś zmęczona, możemy na
dzisiaj skończyć – uniosłem jedną brew, znów opierając się na drewnianej broni.
Ja sam czułem, że zmęczenie powoli zamyka mnie w swoich sidłach, starannie
oplata każdą część ciała. – Jutro rano czeka cię wczesna pobudka. I nie
zapomnij wziąć swojego miecza, dobrze? To prezent, nie czuj się zobowiązana dziękować.
Podziękujesz, kiedy okaże się czymś więcej niż tylko ładną ozdobą.
To brzmiało jak swoistego rodzaju
obietnica. Jak obiecanie, że nauczę ją robić użytek z broni, choć nie byłem
pewien, czy ona odczyta te słowa w podobny sposób. Ja czułem się
usatysfakcjonowany dzisiejszym dniem. Okazało się być lepiej niż z częścią
początkujących żołnierzy, choć Esja była nieco starsza od chłopaków, którzy
zaczynali tu swoje szkolenie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz