niedziela, 16 lipca 2017

LXXXIV



        Nie uderzył o ziemię. Nie wiem, czy oczekiwałem, że dziewczyna wypuści miecz z rąk, a ten upadnie na piasek, ale mimo wszystko to się nie stało. Zmrużyłem powieki, obserwując jej dłoń, którą teraz mocniej zacisnęła na kawałku drewna służącego za rękojeść broni. Jak mięśnie przedramienia odsłoniętego przez podwiniętą koszulę napięły się, a dalej z pewnością także ramię, bark, mięśnie po prawej stronie pleców. Odchyliłem nieco głowę do tyłu, przez krótki moment pozwalając temu wyobrażeniu trwać, tak po prostu, bez żadnego konkretnego powodu.
        Dopiero głos Esji sprawił, że myśl urwała się jak cienka nić. Nadal trzymała miecz, choć wydawało mi się, że nieco mniej pewnie niż przed chwilą. I być może nawet zauważyła zdziwienie, jakie pojawiło się na mojej twarzy na moment, wyrażone uniesieniem brwi i rozszerzeniem oczu. Oparłem dłoń na swoim drewnianym przedmiocie ćwiczeń, którego końcówka była wbita w piasek. Był większy niż ten dzierżony przez kapłankę. Nawet w tej chwili nie bardzo martwiło mnie to, jak oczywiste i łatwe do odczytania mogą być emocje malujące się na mojej twarzy. Ta dziewczyna… Odzywała się tak szczerze i prosto, bez owijania w bawełnę.
        Powiodłem spojrzeniem mniej więcej w punkt, w który wydawało mi się, że ona też patrzy. Na moment zapadła cisza, ale to było tylko złudne wrażenie. Za bramami areny ciągle było słychać głosy i oznaki tego, że obóz jeszcze nie usnął.
        Przerażający? Nie, chyba nikt nigdy mi tego nie powiedział. A przynajmniej na pewno nie tak otwarcie. Powietrze opuściło moje płuca z cichym świstem.
        – Przepraszam – powiedziałem w końcu, przestępując na drugą nogę. Podrzuciłem miecz, łapiąc go do wiodącej ręki i przez moment balansując jego ciężarem w dłoni. To był przyjemny, znajomy ciężar, który sprawiał że czułem się bezpiecznie. Niesamowite, jak bardzo przywiązałem się do posługiwania się bronią przez te wszystkie lata. – Może to przez ich kolor. – Sam nie wiedziałem, dlaczego właściwie ciągnę ten temat. Może przez otwartość dziewczyny, która z nieznanych mi przyczyn popychała mnie do tego? – Jest charakterystyczny dla naszego rodu, wszyscy go posiadamy.
        Zacisnąłem mocniej szczękę. Kilka pełnych, przyjaznych zdań? Głupio jest się uśmiechać? Dlaczego poczułem w tym głosie ton pretensji? Zdawałem sobie sprawę z tego, że ludzie czują się nieswojo w moim towarzystwie, że oddychają z ulgą, kiedy tylko odchodzę. Co więcej, niespecjalnie mi to przeszkadzało.
        – Możemy rozmawiać, jeśli sobie tego życzysz. Ale nie wiem czy będę ciekawym rozmówcą, bo niewielu postanowiło sprawdzić moje predyspozycje w tym zakresie – uśmiechnąłem się. Chyba nawet całkiem przyjaźnie. Miałem wrażenie, że coś jest z nią nie tak, bo zasłona jedna po drugiej opadała jakby nigdy jej nie było. – Nie powinnaś uważać mojej awersji do uśmiechania się za coś, co obowiązuje wszystkich dookoła. Ludzie czasem wnioskują, że powinni dopasowywać się do tych, którzy ich otaczają, ale to sprawia że wszyscy są nudni. Jeśli przestaniesz się cieszyć z tego, czego się uczysz, bo ja podchodzę do tego surowo, zachowasz się niezgodnie ze sobą.
        Przeszedłem dwa kroki naprzód, a później odwróciłem się przodem do Esji, tym samym tyłem do źródła światła. Zamachnąłem się nagle, nie nabierając prędkości z szerokiego cięcia. Szybki, gwałtowny i silny gest sprawił, że miecz wytrącony z rąk kapłanki poszybował na dobre kilka kroków, a później ze stłumionym dźwiękiem wylądował na piasku.
        – Trzymaj pewnie miecz – powtórzyłem, tym razem uśmiechając się złośliwie jednym kącikiem ust. Możliwe, że specjalnie wykorzystywałem swoją przewagę. Możliwe też, że mnie to bawiło, choć nieco złośliwie. – Jeszcze raz. Podnieś go, a później spróbuj naśladować moją postawę. Szeroko nogi, środek ciężkości ciała pomiędzy nimi, jeśli nie atakujesz ani się nie bronisz. Na lekko ugiętych kolanach, z prostymi plecami.
        Mówiłem dużo i szybko, zaczynając od prawidłowej postawy w przygotowaniu do ataku, przechodząc poprzez podstawowe ciosy. Czas mijał szybko, księżyc wznosił się wysoko na niebo, a niedługo miał się pojawić na nim kolejny. Starałem się poprawiać pozycję, w jakiej stała Esja, prostować przybrane pozycje i pokazywać błędy. Straciłem poczucie czasu nawet w momentach, kiedy pokazywałem jej jak powinny wyglądać kolejne ruchy, przechodzenie pomiędzy każdą sylwetką. Najtrudniejsza okazała się praca nóg, chociaż nie było w tym nic dziwnego. Jako kapłanka nie miała najlepszej kondycji pod słońcem, choć na to byłem akurat przygotowany. Wiedziałem, że najważniejsze rzeczy już posiada, a reszta przyjdzie z czasem. Nastawienie do nauki było czymś, czego nie dało się wymóc. Postawy ciała zaś czymś, czego można było ją nauczyć.
        – Jeśli jesteś zmęczona, możemy na dzisiaj skończyć – uniosłem jedną brew, znów opierając się na drewnianej broni. Ja sam czułem, że zmęczenie powoli zamyka mnie w swoich sidłach, starannie oplata każdą część ciała. – Jutro rano czeka cię wczesna pobudka. I nie zapomnij wziąć swojego miecza, dobrze? To prezent, nie czuj się zobowiązana dziękować. Podziękujesz, kiedy okaże się czymś więcej niż tylko ładną ozdobą.
        To brzmiało jak swoistego rodzaju obietnica. Jak obiecanie, że nauczę ją robić użytek z broni, choć nie byłem pewien, czy ona odczyta te słowa w podobny sposób. Ja czułem się usatysfakcjonowany dzisiejszym dniem. Okazało się być lepiej niż z częścią początkujących żołnierzy, choć Esja była nieco starsza od chłopaków, którzy zaczynali tu swoje szkolenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/