piątek, 28 lipca 2017

LXXXVI



         Nie zaprotestowałem. Po prostu pozwoliłem jej odnieść miecze. Jak każdemu innemu uczniowi. Wiedziałem podświadomie, że ona nie będzie chciała ulgowego traktowania i nie zamierzałem sobie na to pozwalać. Dziewczyna czy nie, kapłanka czy nie, na polu treningowym podlegała mi tak samo jak każdy inny rekrut.
        Zadarłem głowę nieco do góry. Niebo było czyste, mieniło się gwiazdami. Dym z rozpalonych w obozie ognisk unosił się w powietrzu, gryzł w nos swoim ostrym zapachem. A jednak wcześniej go nie poczułem. Zaskakujące, jak bardzo potrafi mnie wciągnąć walka i jak bardzo potrafię się na niej skupić. Jak niemal na niczym innym. Wciągnąłem w płuca duży haust powietrza. Pachniało swobodą, wolnością od strachu nadchodzącej w walce śmierci. Pachniało uwolnieniem się z domu spod straży rodziców, oczekiwań rodzeństwa i własnych kompleksów.
        Tak właśnie pachniało teraz moje życie. Uśmiechnąłem się.
        Najpierw usłyszałem, że Esja wraca, a dopiero później ją zauważyłem. Choć zwiewna i lekka – czasem wydawało się, że nic nie waży – nie poruszała się bezszelestnie. Nie była wojownikiem. Piasek skrzypiał pod jej stopami. Przywróciłem naturalny wyraz twarzy i odwróciłem się w jej stronę. Poza tym Esja nie zamierzała się skradać, wręcz przeciwnie, sama zaczęła rozmowę. Zmierzyłem ją spojrzeniem, nie wiedząc jak zareagować na jej słowa. W końcu wzruszyłem tylko ramionami.
        – W takim razie powinienem się cieszyć, że to zrobiłem. Kiedy dotrzesz do swojego narzeczonego prezentom nie będzie końca i żaden już nie będzie mógł być tym wyjątkowym – zauważyłem, podnosząc powoli z ziemi elementy zbroi wykutej dla dziewczyny. Stal przyjemnie ciążyła mi w dłoni. Znajomy ciężar. Uspokajający wręcz. W moim głosie wbrew słowom, które wypowiedziałem wcale nie było radości. Być może wręcz brzmiały gorzko. Bynajmniej nie dlatego, że kapłankę niedługo stąd wywiozą, ale raczej na myśl o miejscu, do którego przyjdzie jej się udać. Poza tym w jej obecności zapominałem, co to jest poprawność polityczna. Takie podejście mogło mnie w przyszłości słono kosztować.
        Wyszliśmy na udeptaną ulicę przed areną ćwiczeń. Ciągle było tu dużo ludzi i nikt nie zwracał na nas większej uwagi. Można było uznać, że czułem się całkiem bezpiecznie.
        Rozbawiło mnie jednak to, jak Esja próbowała zapytać się o coś, co już chyba zrozumiałem. Prychnąłem cicho, zaplatając dłonie za plecami i narzucając naszemu marszowi całkiem szybkie tempo. Kiedy ludzie chodzili szybko i zdyscyplinowanie, w dziwny sposób nikt nie zwracał na nich uwagi ani nie chciał zatrzymywać. Kręcenie się bez powodu zazwyczaj sugerowało, że nie wie się, gdzie się zmierza.
        – Rozumiem, że możesz mieć o nas pojęcie jak o rodzie dzikusów, którzy są niecywilizowani, ale to tylko głupie pogłoski. Nie, nie sprzeciwiamy się bogom w taki sposób jakim są kazirodcze małżeństwa, czerwone oczy są genetyką naszego rodu. Niemal każda ważna rodzina arystokracka posiada swoją genetyczną cechę. To wyznacznik naszego statusu – wytłumaczyłem, skręcając e mniej uczęszczaną ulicę i prowadząc nas w kierunku namiotu zajmowanego przez kapłankę. Przez chwilę zastanawiałem się nad jej kolejnym pytaniem, ale odpowiedź była równie niewymuszona jak wcześniejsza. – Zdarza się. Tylko, kiedy dziecko jest bękartem. – Zawahałem się na moment, spojrzałem koso na Esję. – Wiesz co to znaczy?
        Minęła nas para żołnierzy patrolujących tą część obozu. Albo nas nie poznali albo należeli do innego dowództwa, bo przeszli bez słowa i salutowania. Znów skręciliśmy w inną drogę, ciasną, prowadzącą między namiotami zamieszkanymi przez wyższych rangą żołnierzy. W tej jednostce umieścili namiot dziewczyny.
        Chyba celowo pominąłem kwestię tego, że rodzina wcale nie oznacza ciepłych uczuć i że być może czasem nie wiedzieć, z kim jest się spokrewnionym. Ktoś, kto nigdy nie zaznał więzów genetycznych na pewno nie zrozumiałby, o czym mówię. Poza tym w jej głosie wyraźnie dało się wyczuć gorzką nutę, a to mnie wyraźnie ostrzegło, że nie chcę wchodzić na te tematy. Po chwili milczenia dotarliśmy pod namiot kapłanki. Żołnierzy nie było jeszcze na warcie. Rozejrzałem się, ale musieli udać się na wieczorny posiłek, najwyraźniej zakładając, że skoro kapłanka do tej pory nie wróciła, to ich obowiązku zostały anulowane.
        – Poczekam tu z tobą, aż warta wróci. Możesz wejść do środka, będę na zewnątrz w razie czego. Nie mogę zostawić cię samej bez ochrony… Nawet jeśli jesteś stosunkowo bezpieczna.
        Położyłem dłoń na rękojeści miecza. Martwiła mnie jeszcze jedna sprawa, ale sam nie wiedziałem, czy powinienem o niej mówić. Ostatnio do moich uszu dotarły niepokojące plotki. Co prawda, były plotkami powtarzanymi przez wiele ust, a ich wartości prawdy nie sposób było ocenić, ale to nie sprawiało, że zamierzałem być mniej czujny. Przestąpiłem z nogi na nogę. Czy to nie dziwne, że wartownicy tak nagle zostali odesłani? O tej porze?
        Zawsze kładłem nacisk na dyscyplinę. Moi ludzie znali smak niesubordynacji i kary, jaka jest za nią wymierzona.
        – Czy dostałaś wiadomość od tancerki? – zapytałem, chcąc zająć czymś myśli. Mimo wszystko nie przestałem analizować sytuacji, którą tutaj zastaliśmy. – Miała się z tobą skontaktować odnośnie planowanych lekcji. Może zostawiła ci wiadomość, kiedy trenowaliśmy.
        I pomimo, że poniekąd rozkazałem jej wejść do środka, to samym zaczęciem rozmowy zmuszałem ją do bycia ze mną na zewnątrz. Dłoń niespokojnie zacisnąłem na rękojeści swojego miecza wykutego z czarnej stali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/