sobota, 5 sierpnia 2017

LXXXVII


     W ustach Nevana, co bardzo mnie dziwiło, wizja mojego zamążpójścia zawsze wydawała się czymś przyjemnym i wspaniałym. Tak, jakbym faktycznie miała żyć szczęśliwie w luksusach do końca swoich dni. Nie mniej jednak nie potrafiłam ślepo w to wierzyć, zaufać mu do końca w tej kwestii. Przecież mój mąż, chociaż zapewne bogaty, to wcale nie musi być mi łaskawy. Nie lubiłam tego tematu głównie przez tą myśl, może nawet się jej bałam. Dlatego też, paradoksalnie, słysząc same superlatywy wypowiadane przez oficera, na własnym języku czułam smak delikatnej goryczy. 
     Nie wracałam do tego tematu. Mógł mówić, co chce, ale dla mnie prezent, jaki dziś otrzymałam będzie wyjątkowy. Głównie przez to, że nie jestem jego narzeczoną i nic nie stoi za tym, aby musiał mi cokolwiek ofiarować. Bezinteresowność, to jedno z piękniejszych zjawisk tego świata. Wiedziałam jednak, że znając go, nie przyznałby się do tego, zapewne uznałby, że ma w ty  własne pobudki, dlatego nie wypowiadałam tego słowa na głos. 
     Nawet zbyt długo o tym nie myślałam. Temat jego rodziny wydawał mi się znacznie ciekawszy, a już w szczególności przez jego podejście. Rzadko kiedy się przy mnie śmiał, może nawet śmiech to za dużo powiedziane, ale samo prychnięcie było już czymś niesamowitym. 
     - Nie chciałam was obrazić - zaznaczyłam energicznie, kiedy wspomniał o dzikusach. Może faktycznie tak to brzmiało, ale całkowicie nie myślałam o tym. Poza tym trudno było się skupić, moje nogi nie były tak długie, jak te należące do niego, więc musiałam się starać, aby dotrzymać mu kroku, tym bardziej, że to on prowadził. Swoją drogą to miłe, że bez krępacji mówił mi o swojej rodzinie, naprawdę mnie to interesowało, chociaż przyznaję, że coś takiego brzmiało bardzo restrykcyjnie. - Może w świątyni nie obcowało się z mężczyznami, ale zapewniam ciebie, że wiem skąd się biorą dzieci, Nevanie - odpowiedziałam, kiedy zapytał, czy wiem kim są bękarty. Specjalnie przybrałam też poważniejszy ton głosu, aby dodać sobie animuszu. - Mimo to nie podoba mi się, że te z nieprawego łoża są tak nazywane... dzieci nie powinny odpowiadać za błędy rodziców - dodałam po chwili zgodnie z własnymi przekonaniami. Naprawdę mi sie to nie podobało. Poza tym nadal byłam ciekawa, czy aby na pewno każde dziecko rodzi się zawsze z takimi oczami. Co jeśli dwa rody połączą się ze sobą? To był ciężki temat i uznałam, że nada się na dłuższą rozmowę w innych okolicznościach. 
     Do mojego namiotu dotarliśmy całkiem szybko. Nevan wydawał się jakiś nieswój, ale może to przez temat rodziny? Sama nie wiem. Może po prostu był zły, że nigdzie nie ma moich wartowników. Uważam, że nieco zbyt restrykcyjnie podchodził do tego tematu, ale nie zamierzałam o tym mówić. On tu dowodził i jego reguły panowały. Nie chciałabym wrócić do czasów, kiedy każda nasza rozmowa była zwyczajną kłótnią. Teraz takie rozmowy były znacznie bardziej przyjemnymi. Polubiłam jego towarzystwo. 
     - Nie zostawię ciebie samego przed namiotem, kiedy sama będę sobie odpoczywała w środku, to niegrzeczne - ściągnęłam delikatnie brwi, a mej uwadze nie umknęło to, jak jego dłoń zbliżyła się do broni. Długo jednak się nad tym nie zastanawiałam, bo on sam zmienił temat, tym samym całkowicie mnie nim pochłaniając. - Bardzo możliwe, zaraz sprawdzę - oznajmiłam spokojnie i niewiele myśląc weszłam do namiotu. Pewnie gdybym wróciła tutaj jedynie na spoczynek, to ruszyłabym prosto do łóżka, ale miałam szukać listu, a tego bez światła nie zrobię. Odnalazłam więc świecę, która zawsze stała w tym samym miejscu i zapaliłam ją spokojnie. 
     - Mam list - zawołałam do Nevana, widząc, że faktycznie na malutkim stoliczku leży biała, zalakowana kartka. Już miałam wychodzić, ale wydawało mi się, że dostrzegłam jakiś ruch przy moim łóżku. Nie wiem po co tam podeszłam, wszystko wyglądało tak, jak wcześniej. - Sekundę, chcę coś sprawdzić - powiedziałam jeszcze do mężczyzny który nadal stał na zewnątrz. Byłam już przy łóżku i teraz wizja ruszającej się delikatnie pościeli była jeszcze bardziej realna. Odstawiłam świecę na bok i sięgnęłam do koca, nie wiedząc czemu to robię. Nie wiem, co dokładnie stało się pierwsze po odsłonięciu pościeli - mój krzyk, czy mój skok w tył, który uchronił mnie przed chapnięciem szczęk należących do czegoś, co wyglądało jak grubszy i krótszy wąż na maleńkich nóżkach. Odskoczyłam w tył, uderzając plecami o wannę, w której brałam kąpiele. Tutaj światła było już niewiele, ale teraz zauważyłam, że i w niej, podobnie jak w łóżku nie brakuje tych kreatur. Rzuciłam się do wyjścia w chwili, w której Nevan przez nie wszedł. W rezultacie wpadłam prosto na niego, ale o jakimkolwiek zażenowaniu nie było mowy. Byłam przerażona i chętnie czerpałam jakieś uczucie bezpieczeństwa z jego bliskości, wiedząc, że teraz nic mi nie grozi. 
     - Tam coś jest, w łóżku i w wannie! Chciało mnie ugryźć, chodźmy stąd, proszę... - jęknęłam, bojąc się, że stwory zaraz do nas przypełzną. Nie byłam przyzwyczajona do takich kreatur, ale sama też nie zamierzałam wychodzić, wiedząc, że co, jak co, ale najbezpieczniej na pewno będzie przy Tealvashu, do którego teraz przywarłam, tak na wszelki wypadek, gdyby miał mnie tutaj zostawić samą, co było zwyczajnie absurdalne. 
     Nie mogłam się czegoś takiego spodziewać, w obozie czułam się bezpiecznie, a teraz miałam obraz tego, że gdyby nie on, to pewnie leżałabym teraz w tych stworach. Ta myśl sprawiała jedynie że jeszcze bardziej sie trzęsłam. Odwróciłam wzrok, sama nie wiem po co, a widząc jak jedno z tych obrzydliwych stworzeń spada z łóżka, i wpełza pod nie, pisnęłam mimochodem i zaczęłam wypychać Nevana w stronę wyjścia. 
     - Błagam, nie chcę tutaj być... - jęknęłam ponownie, niemalże czując już, jak to coś mnie dotyka i kąsa. Wbrew pozorom kły miało całkiem duże i teraz ciągle myślałam o tym, jak niewiele brakowało, żeby się we mnie wgryzły. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/