środa, 23 sierpnia 2017

LXXXIX


     Słyszałam każde słowo Nevana i naprawdę chciałam się do nich dostosować, jednak nie było to tak łatwe, jak podczas treningu. Tam zagrożenie mogłam sobie jedynie wyobrażać, a tutaj faktycznie ono występowało, było żywe i miało na mnie ochotę. W głowie milion razy przeżyłam już scenę w której o mały włos nie zostałam ugryziona. niemalże czułam ból nieistniejącej rany, ale stale próbowałam współpracować z Tealvashem, którego głos wydawał się absurdalnie opanowany. Może przez to łatwiej było mi współpracować, bez cienia zażenowania oddać mu nad sobą władzę, aż do chwili, gdy jakimś cudem wyprowadził nas z namiotu. Świeże powietrze niekoniecznie ukoiło moje nerwy. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że jestem już bezpieczna, nawet jeśli tutaj tego obrzydlistwa nie było. 
     Dookoła nas nikogo nie było. Widziałam po Nevanie, że go to niepokoi, z resztą nie było to dziwne. Nie wiem, jakie są wszystkie zasady, jakie tutaj panują, ale nie muszę być żołnierzem, aby wiedzieć, że te potwory nie znalazły się tam prze przypadek. Ktoś chciał mnie skrzywdzić - to zdaie, chociaż oczywiste, to jednak niemalże mnie zabiło. Nogi zaczęły mi się trząść jeszcze bardziej, niż w namiocie. Teraz mogłam na spokojnie przeanalizować całą tą sprawę. Mimo to nie miałam żadnych tropów, bo cóż złego zrobiłam? Mieli mnie tuta bronić... Nagle nadgorliwość Nevana co do mojej ochrony przestała mi się wydawać przesadzona, jak dotychczas. Tylko wciąż nie rozumiałam... miałam być bezpieczna. Wspomnienia pomknęły do tamtego dnia rzezi świątynnej, do krzyku, płaczu, bólu. To mnie wykańczało. Jeszcze niedawno pomyślałam, że znalazłam w tym obozie coś na kształt domu i już ktoś próbuje mi pokazać, że nie jestem tutaj mile widziana. 
     Głos Nevana wydawał mi się czymś abstrakcyjnym w tej chwili. Poza tym, kiedy wyjaśniał mi swoje plany, jedyne co byłam w stanie zrobić, to całkowicie odruchowo się do niego przysunąć i zacisnąć dłonie na jego pelerynie. W obecnych okolicznościach nie myślałam o wstydzie, o tym, jak dama powinna się zachowywać, na co może sobie pozwolić odnośnie mężczyzny, który nie jest jej narzeczonym. Zasada zachowania dystansu również mnie nie dotyczyła... nie teraz, kiedy nadal byłam w rozsypce, a on mi mówił, gdzie mnie zaraz odstawi. 
     - Nie możesz mnie zostawić, nie ufam tutaj nikomu poza tobą - rzuciłam szybko, równocześnie analizując jego słowa. - W namiocie medyków jest za dużo mężczyzn, żebym czuła się bezpieczna, a u księcia nie będę czuła się bezpiecznie. Co jeśli to coś jakoś mnie znajdzie? Nie wiem jak, ale może tak się stać... - ponownie podjęłam przeżywanie tego wszystkiego od nowa. Prawie nogi się pode mną ugięły, ale mężczyzna zdążył m pomóc. Uniosłam jedynie głowę do góry, czując, że chłodne powietrze zaczyna mi przeszkadzać.  - Proszę, chodźmy stąd... - jęknęłam i chyba w jego głowie rozpoczęła się bitwa myśli. Nie pozwolił sobie na długie rozmyślania. Skinął głową, mechanicznie, jak zawsze i zaczął mnie gdzieś prowadzić. Nie powiedział nic, miał tak często, a mi wyjątkowo to nie przeszkadzało. Nawet nie miałam siły na śledzenie drogi. Chyba ie obchodziło mnie gdzie idziemy, wierzyłam bowiem, że przy nim nic mi nie grozi. Nie wiem, czym dokładnie zaskarbił sobie moje zaufanie, ale było mi to na rękę... taka myśl, że jest tutaj ktoś, kto nie wbije mi ostrza w plecy, bo jak widać... ktoś inny ma co do tego plany. 
     Dopiero kiedy weszliśmy gdzieś, dotarło do mnie, że jesteśmy na miejscu. Poczekałam, aż mężczyzna zapali światło i nawiązałam jakiś kontakt z otoczeniem. Pierwszym trzeźwym odczuciem było zdziwienie. Byliśmy u niego w namiocie... co ciekawe drugim była ulga. Musiała być ona zauważalna, podobnie jak nieco mniej oczywista wdzięczność. 
     - Twój namiot... - powiedziałam spokojnie, ale nie ruszyłam się z miejsca, bojąc się najbardziej podchodzić do łóżka. W końcu ostatnio, gdy ruszałam pościel, o mały włos nie zginęłam. Przygryzłam na moment wargę, a potem spojrzałam na Nevana. - Mogę tutaj zostać? - zapytałam wprost, nie kryjąc, że taka kolej rzeczy jest mi na rękę. Tylko przy nim, bądź przy Eliahu czułabym się teraz bezpiecznie.   
     Widziałam, że wszystko wyraźnie sprawdza. Tutaj było czysto, ale nadal byłam przerażona. Miałam zaszklone oczy, którymi wodziłam po ścianach i podłodze namiotu. Chciałam być jednak twarda, było mi wstyd, że się nie popisałam. Że po treningu nie wyszedł ze mnie żaden wojownik, tylko słaba dziewka, która nie potrafi się odnaleźć w chwili zagrożenia. 
     - Myślę, że śmierć jest mi pisana - powiedziałam nagle cicho i bez ostrzeżenia upadłam na kolana, nic sobie z tego jednak nie robiąc. Załamałam pod sobą nogi, już nie będąc w stanie udawać, że mam jakąkolwiek siłę. Najwyżej mnie znienawidzi i zacznie mną pogardzać. Budowanie szacunku, niemalże walka o niego... to wszystko rzuciłam w błoto, przez jedno załamanie. - Nigdy przed nią nie ucieknę, nie wiem dlaczego, ale ona nade mną ciąży, a ja nie mam siły, żeby się przed nią bronić... - rzuciłam roztrzęsionym głosem. Po chwili podniosłam na niego spojrzenie, na te czerwone oczy, w kolorze ciepłej, płynącej po posadce krwi. - Byłoby wam... Tobie byłoby łatwiej, gdyby twoi ludzie mnie wtedy nie znaleźli. - dokończyłam wywód, bolesną wręcz w mym mniemaniu prawdą. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/