czwartek, 24 sierpnia 2017

XC



        Wszystko w jednej sekundzie zrobiło się tak prywatne i tak niezręczne, że nawet nie zdołałem drgnąć. Esja znalazła się zbyt blisko mnie i tak bliskość napawała mnie nieznanym przerażeniem. Paniką, której nie potrafiłem zrozumieć ani rozszyfrować. Przeniknęła od miejsca, w którym oparła głowę aż do samych czubków palców i przez moment nie wiedziałem, jak się poruszać, jak oddychać i funkcjonować. Cała wcześniejsza zimna krew nagle zawrzała, zostawiając w mojej głowie pustkę. Na nic stawia się czoła największemu zagrożeniu, jakie człowiek może sobie wyobrazić, jeśli nie potrafi się odpowiedzieć na tak spontaniczny gest. Jeśli w sytuacji normalnej dla każdej innej osoby jest się nieporadnym niczym dziecko, które jeszcze nie nauczyło się chodzić.
        Przez chwilę po prostu stałem i gapiłem się na ujście uliczki i skrzyżowanie z większą drogą, czekając aż ktoś się tam pojawi. Aż ktoś nas zobaczy i nie będzie chciał zrozumieć, co właściwie ta sytuacja znaczy. Bezmyślnie gapiłem się przed siebie. A później dopiero w mojej głowie eksplodowało wszystko inne. Paniczne szukanie drogi ucieczki.
        Z jednej strony nie przeszkadzała mi bliskość kobiety. Tak długo, dopóki nie była zbyt prywatna. Zbyt osobista. A Esja, która trzęsła się delikatnie i przywierała do mojego munduru była zjawiskiem, którego nie dane mi było wcześniej zasmakować.
        Nie musiałem długo się zastanawiać, dokąd się udać. Jedynym miejscem, w którym wiedziałem, że oboje będziemy bezpieczni był mój namiot. Niespodziewane, niecodzienne miejsce, w którym nikt nie będzie szukał kapłanki. Dopiero, kiedy znaleźliśmy się w jego wnętrzu, dziewczyna zareagowała na zewnętrzy bodziec. Odsunąłem się o krok od stołu i spojrzałem na nią. Starałem się utrzymać chłodny wyraz twarzy, ale ona nawet nie zwracała na to uwagi.
        Kiedy uważnie sprawdziłem każdy kąt, odwróciłem się w stronę dziewczyny. Niepewny. Niezręczny. Nie wiedząc, co zrobić. Ona najwyraźniej tego też nie zauważyła.
        Drgnąłem, kiedy upadła. Ale nie rzuciłem się na ratunek. Nie chciałem znowu znaleźć się blisko niej. Zadziwiające, jak bezsilny i bezradny się wtedy czułem. Nienawidziłem tego uczucia. Nie potrafiłem zaakceptować w sobie ani w innych słabości.
        — Nic nie jest nam pisane, na wszystko mamy wpływ — odpowiedziałem mechanicznie, praktycznie nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Czy wskazywały na to, że wszystkich bogów i religię tego świata miałem za nic? Zacisnąłem mocniej zęby, przez co uwypukliły się moje kości policzkowe. Oto, do czego nadała się religia: do tworzenia dziewczyn takich, jak Esja, sprzedawanych niczym bydło szlachcicom, którzy są skłonni zapłacić więcej od innych. Nie po raz pierwszy poczułem uszczypnięcie złości na tą myśl. Wbiłem spojrzenie przed siebie, w miejsce, gdzie znajdowała się poła namiotu. — Każdy z nas tutaj mierzy się ze śmiercią — zauważyłem, zniżając głos.
        Niezaprzeczalną prawdą było to, że nie potrafiłem znaleźć pocieszających ją słów. Ani ją ani nikogo innego. Może po prostu nie istniało nic, co należało w tej chwili powiedzieć. Obserwowałem ją z góry spokojnym wzrokiem, nasze postacie zalewało nierówne światło świeczki poruszonej przy każdym ruchu i pogłębiającej cienie. A te w tym momencie wydawały się tak głębokie, jakby osunięcie się w ich ramiona mogłoby zdjąć ciężar z naszych barków. Choć wolałem uważać, że z tym ciężarem i tylko z nim człowiek ma jakąkolwiek wartość.
        — Nie należy żałować tego, co już się wydarzyło. Ważne jest to, co przed nami — powiedziałem powoli, swobodnie przeciągając sylaby. W moim głosie brzmiała stal, ale teraz bliżej tym dźwiękom było do skojarzenia z przyjacielskim pojedynkiem, mieczem uderzanym o miecz, a nie stali trzaskanej mrozem.
        Moje oblicze, nadal spokojnie, nie obiecywało cudów. Nie przyrzekałem, że wszystko odmieni się na lepsze, że życie stanie się łatwiejsze, jeśli tylko spojrzymy na nie optymistycznie. Miałem tylko pewność, że jeśli nauczymy się z nim odpowiednio obchodzić, będzie dało się przejąć kontrolę nad sprawami, które można ujarzmić.
        Podszedłem do niej, spoglądając na wątłą sylwetkę skuloną na podłodze. Ugiąłem kolana i pochyliłem się powoli, przykucając tuż przed dziewczyną, na wysokości moich oczu z jej oczami. Zdjąłem skórzane rękawiczki i odłożyłem na podłogę obok. A później ująłem w swoją dłoń jej podbródek i zmusiłem do spojrzenia prosto na mnie. Nie mam dla ciebie cudów, kapłanko. Nie mam obietnic, że wszystko się ułoży, a na swojej ścieżce nie spotkasz nieprzychylnych ci osób. Ale mogę podarować ci narzędzie. Nauczyć cię z niego korzystać. Dać ci broń, którą będziesz mogła się bronić przed światem. Uniosłem jeden kącik ust, przechylając lekko głowę w jedną stronę.
        — Możesz tu zostać. Będę mógł osobiście przypilnować twojego bezpieczeństwa. — Jeszcze nie wiedziałem, komu ufać. Mogłem odprowadzić ją do kogoś z gwardii, ale… Nie lubiłem nie zakończonych spraw. — Dostaniesz tarczę, którą będziesz mogła się bronić przed tym, co grozi niebezpieczeństwem.
        Puściłem jej twarz, opuszkami palców jedynie jeszcze raz dotykając jej skóry, kiedy odgarniałem włosy z jej twarzy. Była niczym delikatne dzieło sztuki, coś wykonanego przez mistrza w swojej dziedzinie. Nie pasowała do tego obozu, ale jednocześnie miałem poczucie, że to jedyne odpowiednie miejsce, w jakim powinna się teraz znajdować. Niespodziewanie złapałem ją za ramiona i podźwignąłem naszą dwójkę do góry.
        Świeca znów zafalowała, wydłużyła cienie na mojej twarzy i lepiej oświetliła jej. Miała zaszklone oczy, rozczochrane włosy, nieco brudną po treningu twarz, którą pokrywał kurz i pot. Była słaba, a jednocześnie wydawała się silna. Pewna siebie. W przedziwny sposób niezwyciężona. Dotarła do tego miejsca, w którym oboje stoimy, podczas gdy wiele dziewczyn na jej miejscu dawno już by nie żyło. Budziła we mnie potrzebę. Silną, pierwotną potrzebę, żeby nauczyć ją się chronić przed złem naszego świata. Potrzebę, która zakorzeniła się we mnie długie lata temu. Być może tym razem uda mi się naprawdę komuś pomóc. Odkupić to, czego nie udało mi się zrobić wcześnie. Być silniejszym, lepszym i mniej niedoskonałym.
        Odchrząknąłem. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że między nami zapadła nienaturalnie długa cisza, podczas której badałem wzrokiem całą jej twarz.
        Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć. Zamknąłem je równie szybko.
        Nie było nic, co przychodziłoby mi na myśl. Po prostu zacisnąłem dłonie nieco mocniej na jej ramionach, obserwując. Otaczała nas cisza. Drogą przed namiotem nikt już nie chodził, musiało się zrobić późno. Cały obóz powoli oddawał się w ramiona snu.
        — Czas odpocząć, kapłanko – powiedziałem w końcu, a mój głos był nienaturalny, ochrypły od długiego milczenia w tej dziwnej, magnetyzującej atmosferze. Adrenalina nadal była żywa i krążyła w moim ciele, nie pozwalając odpocząć. Wiedziałem, że kiedy opuści moje ciało zrobię się senny, zbyt zmęczony, żeby zmusić się do większego wysiłku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/