Wszystko
w jednej sekundzie zrobiło się tak prywatne i tak niezręczne, że nawet nie
zdołałem drgnąć. Esja znalazła się zbyt blisko mnie i tak bliskość napawała
mnie nieznanym przerażeniem. Paniką, której nie potrafiłem zrozumieć ani
rozszyfrować. Przeniknęła od miejsca, w którym oparła głowę aż do samych czubków
palców i przez moment nie wiedziałem, jak się poruszać, jak oddychać i
funkcjonować. Cała wcześniejsza zimna krew nagle zawrzała, zostawiając w mojej
głowie pustkę. Na nic stawia się czoła największemu zagrożeniu, jakie człowiek
może sobie wyobrazić, jeśli nie potrafi się odpowiedzieć na tak spontaniczny
gest. Jeśli w sytuacji normalnej dla każdej innej osoby jest się nieporadnym
niczym dziecko, które jeszcze nie nauczyło się chodzić.
Przez chwilę po prostu stałem i gapiłem
się na ujście uliczki i skrzyżowanie z większą drogą, czekając aż ktoś się tam
pojawi. Aż ktoś nas zobaczy i nie będzie chciał zrozumieć, co właściwie ta
sytuacja znaczy. Bezmyślnie gapiłem się przed siebie. A później dopiero w mojej
głowie eksplodowało wszystko inne. Paniczne szukanie drogi ucieczki.
Z jednej strony nie przeszkadzała mi
bliskość kobiety. Tak długo, dopóki nie była zbyt prywatna. Zbyt osobista. A
Esja, która trzęsła się delikatnie i przywierała do mojego munduru była
zjawiskiem, którego nie dane mi było wcześniej zasmakować.
Nie musiałem długo się zastanawiać,
dokąd się udać. Jedynym miejscem, w którym wiedziałem, że oboje będziemy
bezpieczni był mój namiot. Niespodziewane, niecodzienne miejsce, w którym nikt
nie będzie szukał kapłanki. Dopiero, kiedy znaleźliśmy się w jego wnętrzu,
dziewczyna zareagowała na zewnętrzy bodziec. Odsunąłem się o krok od stołu i
spojrzałem na nią. Starałem się utrzymać chłodny wyraz twarzy, ale ona nawet
nie zwracała na to uwagi.
Kiedy uważnie sprawdziłem każdy kąt,
odwróciłem się w stronę dziewczyny. Niepewny. Niezręczny. Nie wiedząc, co
zrobić. Ona najwyraźniej tego też nie zauważyła.
Drgnąłem, kiedy upadła. Ale nie
rzuciłem się na ratunek. Nie chciałem znowu znaleźć się blisko niej. Zadziwiające,
jak bezsilny i bezradny się wtedy czułem. Nienawidziłem tego uczucia. Nie
potrafiłem zaakceptować w sobie ani w innych słabości.
— Nic nie jest nam pisane, na wszystko
mamy wpływ — odpowiedziałem mechanicznie, praktycznie nie zastanawiając się nad
sensem tych słów. Czy wskazywały na to, że wszystkich bogów i religię tego
świata miałem za nic? Zacisnąłem mocniej zęby, przez co uwypukliły się moje
kości policzkowe. Oto, do czego nadała się religia: do tworzenia dziewczyn
takich, jak Esja, sprzedawanych niczym bydło szlachcicom, którzy są skłonni
zapłacić więcej od innych. Nie po raz pierwszy poczułem uszczypnięcie złości na
tą myśl. Wbiłem spojrzenie przed siebie, w miejsce, gdzie znajdowała się poła
namiotu. — Każdy z nas tutaj mierzy się ze śmiercią — zauważyłem, zniżając
głos.
Niezaprzeczalną prawdą było to, że nie
potrafiłem znaleźć pocieszających ją słów. Ani ją ani nikogo innego. Może po
prostu nie istniało nic, co należało w tej chwili powiedzieć. Obserwowałem ją z
góry spokojnym wzrokiem, nasze postacie zalewało nierówne światło świeczki
poruszonej przy każdym ruchu i pogłębiającej cienie. A te w tym momencie
wydawały się tak głębokie, jakby osunięcie się w ich ramiona mogłoby zdjąć
ciężar z naszych barków. Choć wolałem uważać, że z tym ciężarem i tylko z nim
człowiek ma jakąkolwiek wartość.
— Nie należy żałować tego, co już się
wydarzyło. Ważne jest to, co przed nami — powiedziałem powoli, swobodnie
przeciągając sylaby. W moim głosie brzmiała stal, ale teraz bliżej tym dźwiękom
było do skojarzenia z przyjacielskim pojedynkiem, mieczem uderzanym o miecz, a
nie stali trzaskanej mrozem.
Moje oblicze, nadal spokojnie, nie
obiecywało cudów. Nie przyrzekałem, że wszystko odmieni się na lepsze, że życie
stanie się łatwiejsze, jeśli tylko spojrzymy na nie optymistycznie. Miałem
tylko pewność, że jeśli nauczymy się z nim odpowiednio obchodzić, będzie dało
się przejąć kontrolę nad sprawami, które można ujarzmić.
Podszedłem do niej, spoglądając na
wątłą sylwetkę skuloną na podłodze. Ugiąłem kolana i pochyliłem się powoli,
przykucając tuż przed dziewczyną, na wysokości moich oczu z jej oczami. Zdjąłem
skórzane rękawiczki i odłożyłem na podłogę obok. A później ująłem w swoją dłoń
jej podbródek i zmusiłem do spojrzenia prosto na mnie. Nie mam dla ciebie
cudów, kapłanko. Nie mam obietnic, że wszystko się ułoży, a na swojej ścieżce
nie spotkasz nieprzychylnych ci osób. Ale mogę podarować ci narzędzie. Nauczyć cię
z niego korzystać. Dać ci broń, którą będziesz mogła się bronić przed światem.
Uniosłem jeden kącik ust, przechylając lekko głowę w jedną stronę.
— Możesz tu zostać. Będę mógł osobiście
przypilnować twojego bezpieczeństwa. — Jeszcze nie wiedziałem, komu ufać. Mogłem
odprowadzić ją do kogoś z gwardii, ale… Nie lubiłem nie zakończonych spraw. —
Dostaniesz tarczę, którą będziesz mogła się bronić przed tym, co grozi
niebezpieczeństwem.
Puściłem jej twarz, opuszkami palców
jedynie jeszcze raz dotykając jej skóry, kiedy odgarniałem włosy z jej twarzy.
Była niczym delikatne dzieło sztuki, coś wykonanego przez mistrza w swojej
dziedzinie. Nie pasowała do tego obozu, ale jednocześnie miałem poczucie, że to
jedyne odpowiednie miejsce, w jakim powinna się teraz znajdować.
Niespodziewanie złapałem ją za ramiona i podźwignąłem naszą dwójkę do góry.
Świeca znów zafalowała, wydłużyła
cienie na mojej twarzy i lepiej oświetliła jej. Miała zaszklone oczy,
rozczochrane włosy, nieco brudną po treningu twarz, którą pokrywał kurz i pot.
Była słaba, a jednocześnie wydawała się silna. Pewna siebie. W przedziwny
sposób niezwyciężona. Dotarła do tego miejsca, w którym oboje stoimy, podczas
gdy wiele dziewczyn na jej miejscu dawno już by nie żyło. Budziła we mnie
potrzebę. Silną, pierwotną potrzebę, żeby nauczyć ją się chronić przed złem
naszego świata. Potrzebę, która zakorzeniła się we mnie długie lata temu. Być
może tym razem uda mi się naprawdę komuś pomóc. Odkupić to, czego nie udało mi
się zrobić wcześnie. Być silniejszym, lepszym i mniej niedoskonałym.
Odchrząknąłem. Dopiero teraz
uświadomiłem sobie, że między nami zapadła nienaturalnie długa cisza, podczas
której badałem wzrokiem całą jej twarz.
Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć.
Zamknąłem je równie szybko.
Nie było nic, co przychodziłoby mi na
myśl. Po prostu zacisnąłem dłonie nieco mocniej na jej ramionach, obserwując.
Otaczała nas cisza. Drogą przed namiotem nikt już nie chodził, musiało się
zrobić późno. Cały obóz powoli oddawał się w ramiona snu.
— Czas odpocząć, kapłanko –
powiedziałem w końcu, a mój głos był nienaturalny, ochrypły od długiego
milczenia w tej dziwnej, magnetyzującej atmosferze. Adrenalina nadal była żywa
i krążyła w moim ciele, nie pozwalając odpocząć. Wiedziałem, że kiedy opuści
moje ciało zrobię się senny, zbyt zmęczony, żeby zmusić się do większego
wysiłku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz