Nie oczekiwałam, że do mnie podejdzie i mnie pocieszy, nie dlatego, że nie byłby do tego zdolny, a dlatego, że nauczył mnie już, aby niczego po nim nie oczekiwać. Był zmienny, kiedy przyzwyczaiłam się już do jednego stanu rzeczy, zmieniał się nagle, pokazywał nową twarz, raz wspanialszą, a raz paskudniejszą od poprzedniej. Było to wielką łamigłówką, którą niesposób rozwiązać. Nawet nie próbowałam, a już na pewno nie w tej chwili, w której tak ciężko było mi skupić się na czymkolwiek. Musiałam się uspokoić, podejść do tego na spokojnie, przecież nic mi się nie stało, więc skąd u mnie takie przerażenie? Znałam odpowiedź na to pytanie, ale usilnie ją zagłuszałam, a jednak była oczywista. Bałam się, bo myślałam, że czas, w którym mi coś zagraża, jak i miejsce, są już daleko stąd. Nie miałam racji, nawet pod czujnym okiem wojska wciąż wisiało nade mną widmo, z którym nie byłam w stanie się mierzyć.
Zastanawiało mnie, czy będę musiała go błagać, jak dziecko niezdolne do niczego. Czy będę musiała się poniżać i we łzach namawiać do opieki nade mną. Upadłabym nisko, niżej niż kiedykolwiek, ale ludzie wiele są w stanie poświęcić, kiedy w grę wchodzi ich własne życie. Te myśli mnie brzydziły, bo wiedziałam, że moje marzenia o byciu wojowniczką w tej chwili były żałosnym żartem. Byłam słaba, bezsilna i godna pożałowania. Nie było we mnie nic, co można było uznać za wartościowe, nie miałam nic oprócz znaku na plecach, który w tej chwili wydawał się palić pod materiałami ubrań.
Słuchałam jego słów, prostych, niczym nieozdobionych. Niosły ze sobą prawdę, neutralną prawdę, bo nie planował ni pozytywnego, ni negatywnego wydźwięku. Próbował przynajmniej, a to już i tak było wielkim prezentem, może nawet największym, jaki w życiu otrzymałam. Dlatego też odruchowo uznałam za pewnik, że tutaj jego dobroć, a może raczej empatia się kończy. Widocznie stale muszę popełniać błędy, bo i tym razem się tego dopuściłam. Na usprawiedliwienie miałam jedynie to, że obraz Nevana klęczącego na mojej wysokości wydawał się wręcz mityczny, a dotyk jego dłoni fascynujący, biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej nie miałam styczności z jego nagą skórą. Palce miał szorstkie, ale nie tak szorstkie, jak się tego spodziewałam. Czułam, że gdyby się postarał, zaciśnięciem dłoni mógłby mi zrobić niemałą krzywdę. Pierwszy raz analizowałam pod tym kątem potęgę tego człowieka, może przez to, że wcześniej się go bałam, a teraz strach coraz rzadziej łączył się w mojej głowie z jego osobą.
Uczono nas, by się uśmiechać. Niezależnie od otoczenia, kobiecy uśmiech upiększa mężczyznę, który jest jej małżonkiem. Niezależnie od krzywd uśmiech jest najważniejszy, jak maska, którą spojono z moją twarzą. Przez lata zaczęłam lekceważyć ten gest, widując częściej wyuczone, sztuczne wyrazy, niż takie, które faktycznie coś ze sobą noszą. Tak oto przerażający, krwistooki mężczyzna nieco we mnie to odczucie zabił. Na jego często przerażającej twarz nie wykwitł promienny uśmiech, jedynie lekkie uniesienie kącika ust, a jednak okazało się być bardzo skuteczne w swym wydźwięku.
- Tarczę? - zapytałam cicho, czując jak po moim ciele rozpływa się ulga. Nie mniej jednak zawstydził mnie jego dotyk, do tego stopnia, że rozchyliłam usta, ale nim zdążyłam cokolwiek zrobić, sapnęłam cicho, bo podniósł naszą dwójkę sprawniej, niż ja samą siebie. Nie puścił moich ramion, a ja miałam wrażenie, że zaraz niekontrolowanie się speszę. Atmosfera między nami zrobiła się dość dziwna, nie rozumiałam jej do końca i może przez to bałam się jej przerywać. Nic nie zakłócało ciszy, a skóra pod jego dłońmi zdawała się mi pulsować, zgodnie z biciem serca. Dopiero gdy się odezwał oderwałam się od innej rzeczywistości, skinęłam głową, ale nie ruszyłam się z miejsca. Nadal mnie trzymał. Pokiwałam twierdząco głową, na znak, że się z nim zgadzam, po czym kierowana nie wiem sama czym, uniosłam swoje dłonie i położyłam na tych od niego, co okazało się jeszcze dziwniejszym uczuciem. Może przesadziłam, ale niemalże drgnęłam i postąpiłam krok w tył, tym samym rozrywając stykające się ze sobą ciała.
- Przepraszam, chciałam ściągnąć pelerynę - wytłumaczyłam szybko, po czym faktycznie zdjęłam z siebie okrycie. Musiałam wziąć się w garść. Odłożyłam materiał na oparcie krzesła po czym rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na jednym z niewielu mebli stała misa z wodą, a obok niej ładnie poskładane, białe ręczniki. Może nie było tutaj luksusów, ale widziałam, że o oficera mimo wszystko się dba.
- Mogę obmyć twarz? - kiedy się zgodził podeszłam do misy, odwiązując sznureczek od koszuli przy szyi. O kąpieli mogłam pomarzyć, więc wolałam zadowolić się taką ilością wody. To jednak przypomniało mi o czymś... - W moim namiocie została moja koszula nocna... to znaczy zwykłą koszula, w której zazwyczaj sypiam... - powiedziałam pod nosem, ale zaraz machnęłam głową na boki, wciąż stojąc do niego tyłem. - Z resztą nieważne, mogę spać w tej - dodałam dalej. Mówienie było łatwiejsze, niż wytrwanie w ciszy.
Odwróciłam się po dłuższej chwili. Było niezręcznie. A przynajmniej ja tak to odbierałam. Nie chciałam wprowadzać takiej atmosfery. Przysiadłam na skraju jego łóżka i niepewnie zaczęłam rozplatać swoje włosy.
- Przepraszam... za to, że jestem takim ciężarem. Mimo to proszę... nie przejmuj się szczególnie moją obecnością - rzuciłam, kiedy już moje włosy się rozsypały na plecach. Teraz jeszcze pozostawała jedna kwestia. Ani drgnęłam, ale ciągle o niej myślałam. Mało tego, miałam wrażenie, że Nevan słyszy, co mam w głowie i już się ze mnie śmieje, a to sprawiło, że mimo wszelkich chęci zrobiłam się czerwona. Odwróciłam spojrzenie. - Wiem, że i tak będę spała w koszuli, ale mimo to nie potrafię się rozebrać, jak tak na mnie patrzysz. Może mógłbyś... się odwrócić? - zapytałam zażenowana, bo miałam wrażenie, że jak zwykle wszystko nadinterpretuję. W końcu ja z zażenowaniem sklejałam słowa, a on płynnym ruchem się odwrócił. Dopiero wtedy zaczęłam ściągać buty, potem zsunęłam skórzane spodnie. Odwiązałam gorset i poprawiałam koszulę, która teraz była długa do połowy ud. Podłoga byłą chłodna, gdy ostrożnie na palcach zbliżyłam się do stołu, a tym samym do Tealvasha. - Tylko to tutaj położę - mruknęłam układając poskładaną kupkę, a potem usiadłam z powrotem na łóżku i poprawiłam włosy tak, by te spływały po dwóch stronach mojej twarzy.
- Możesz się już odwrócić - zauważyłam i przygryzłam lekko dolną wargę. - Łóżko jest twoje i nie pozwolę, żebyś na nim nie spał, więc ja mogę przespać się na ziemi... - wyjaśniłam mu zaraz, mówiąc od razu, aby powstrzymać jakiś dziwne zażenowanie. Nigdy nie spałam w jednym pomieszczeniu z mężczyzną. Nigdy też wcześniej w obecności mężczyzny nie byłam w samej koszuli... nie licząc zwierzchników i straży świątynnej. - Pewnie nigdy nikt tak bezczelnie nie wtargnął do twojej kwatery na noc... dlatego też nie chcę w żaden sposób wadzić - dodałam po chwili, zaczesując włosy za ucho.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz