czwartek, 7 września 2017

XCII



        Nie potrafiłem tego wytłumaczyć, ale nawet w tej chwili, pełnej stężonej niezręczności, prywatności i intymności wręcz czułem się, jakbym czegoś ją uczył. Być może przeszyła mnie świadomość, że w świątyni życie mogło wyglądać zupełnie inaczej od tego, które prowadzą ludzie poza jej murami. Teraz pomimo całej warstwy dziwacznego nieporozumienia sięgnąłem głęboko do pokładów cierpliwości, zanim odepchnąłem ją od siebie. Dotyk jej chłodnych dłoni sprawiał, że pod warstwą mojej skóry kumulowało się niezrozumiałe uczucie, pragnienie niemożliwe do opisania. To wszystko trwało zaledwie urwany moment. W mojej głowie uformowało się wspomnienie czegoś nierealnego. Na granicy snu i jawy.
        Nie odsunąłem się o krok, ona sama odskoczyła. Przeskoczył między nami mały odpowiednik błyskawicy, a później wszystko natychmiastowo wróciło do normalności. Poprawiłem pojedyncze kosmyki włosów, które opadły mi na czoło. Zmęczone mięśnie nadal paliły mnie przyjemnym bólem, choć teraz ból ten uśmierzony był tym dziwnym zjawiskiem, które zaczęło się parę chwil temu. Najwyraźniej teraz też już miało się skończyć. Przyjąłem to z ulgą.
        Ona zaczęłam znów mówić, a to z kolei pozwoliło mi opaść w miękką ignorancję i chwilę ciszy. Nie musiałem otwierać ust, a Esja nawet chyba na to nie czekała. Miałem wrażenie, że ten poniekąd słowotok nie jest zbyt naturalny. Nie taki, jaki zaobserwowałem już u niej wcześniej.
        Wzrokiem śledziłem zagięcia w namiocie, starając się skupić myśli na czymś innym niż rozbierająca się za moimi plecami dziewczyna. Odwróciłem się powoli. Prawdę powiedziawszy, łatwiej by mi było, gdyby kapłanka okazała się szkaradną paskudą, która pod ubraniem skrywa bezkształtne ciało, niż… Niż to, jaka naprawdę była. Natura wyposażyła ją jednak szczodrze w zgrabne ciało. Oparłem dłonie na biodrach, starając się przestać oceniać jej sylwetkę.
        — W takim razie przynajmniej rozłożę ci na ziemi dodatkowy pled — zdecydowałem, nie zamierzając się z nią kłócić. — Będzie ci trochę wygodniej. Poza tym… — zmarszczyłem brwi, zatrzymując się w pół kroku w swojej krótkiej wędrówce w stronę łóżka. No, i jak tu powiedzieć świętej ponoć kapłance o tym, że raczej nie jest jedyną, która wtargnęła do tego namiotu bez wyraźnego zaproszenia? W końcu odrzuciłem myśl, żeby w ogóle o tym rozmawiać. — Nieważne. Kładź się, zanim zastanie nas tu świt. Jutro dzień wcale nie będzie ani trochę łatwiejszy niż dzisiaj — rzuciłem chłodno, lekko i natarczywie spychając ją otwartą dłonią z materaca mojego łóżka. Miałem nieodparte wrażenie, że dawka dobroci dla jednej osoby już dawno się we mnie wyczerpała.
        Na szczęście najwidoczniej kapłanka wzięła swoje słowa do siebie i położyła się na przygotowanym przeze mnie miejscu. Myślałem, że to przyniesie cień ulgi… Niestety, w tym również się przeliczyłem.
        Obecność innej osoby w moim namiocie sprawiała, że jeżyły mi się włosy na karku i nie potrafiłem spać. Głęboko zakorzeniona intuicja i przyzwyczajenie raczej do czuwania niż snu w obecności innych dawały o sobie boleśnie noc. Poza oczywistym względem, którym była obecność półnagiej kobiety w namiocie dochodził do tego jeszcze fakt, kim ona jest. I jak wytłumaczyć to komuś, kto mógłby tutaj pojawić się niezapowiedzianie.
        Wyboista noc nie przysłużyła się zbytnio odpoczynkowi. Rano z letargu, w jaki zapadłem zaraz po świcie wybudził mnie hałas zbroi, którą ktoś czyścił niedaleko mojego namiotu. Stal stukała rytmicznie, niczym swoista muzyka. Otworzyłem szeroko oczy, pozostając na plecach bez najmniejszego ruchu. Przez chwilę nasłuchiwałem. Równy, systematyczny oddech osoby obok utwierdził mnie w przekonaniu, że wczorajszy wieczór nie był wytworem mojej głowy. Zaniepokoiło mnie to, równie jak wszystkie wątpliwości wcześniejszego dnia. Kto stał za atakiem na kapłankę i dlaczego to wszystko się stało?
        Dzisiaj czekało mnie żmudne zajęcie nasłuchiwania. Zrozumienia nastrojów, jakie panują w obozie w obliczu wszystkich zdarzeń, jakie miały ostatnio miejsce. Przyjazd księcia, kapłanka, zbliżająca się wielkimi krokami wojna… Cień podejrzeń rzucony na naszego wroga za splądrowanie świątyni. To wszystko sprawiało, ze widmo prawdziwego zniszczenia, spustoszenia wręcz zawisł nade mną niczym omen śmierci wielu, wielu ludzi. Dobrych żołnierzy. Poniesienia strat, które są w imię „boga” koniecznością, podobnie jak w imię ludu i władcy, któremu służymy.
        Odrzuciłem gruby podszyty futrem koc i podniosłem się do siedzenia, dłonią podpierając się na twardym materacu za plecami. Zrezygnowane spojrzenie spoczęło na dziewczynie, która nadal spała najlepsze, zwinięta na pledzie na ziemi, przykryta cieńszą derką. Może chociaż ona się wyspała tej nocy, pomyślałem, przeciągając się leniwie. Poranki były jedyną porą, kiedy można było przyłapać mnie bez gardy, która broniła mnie przed innymi cały dzień. Teraz jednak nie mogłem pozwolić sobie się rozluźnić.
        Wstałem z łóżka i przeszedłem nad Esją. Miałem na sobie wyjątkowo koszulę – zazwyczaj spałem bez niej, ale przez wzgląd na specjalne okoliczności… Podszedłem do biurka i wyciągnąłem z jednej z szuflad kilka listów i papierów, które nadal czekały na uzupełnienie. Służba zaczyna się jeszcze zanim nawet zdążę się ubrać.
        Niespodziewanie jednak na zewnątrz wybuchło zamieszanie. Odwróciłem się profilem w stronę wyjścia do namiotu i poczułem, jak pod skórą zbierają mi się złe, paskudne przeczucia.
        Zanim praktycznie coś się właściwie stało, w kilku susach znalazłem się klęcząc obok Esji.
        — Wstawaj — syknąłem, łapiąc ją za ramię i szarpiąc mało delikatnie. Uniosłem spojrzenie zaledwie o kilka cali. — Właściwie to nie wstawaj. Przesuń się… Nie w tą stronę, pod łóżko — wycedziłem znowu, zniżonym tonem głosu. Obróciłem się przez ramię, starając się ocenić sytuację za namiotem. Ktoś szedł tutaj? Słyszałem podniesione głosy strażników i mężczyzn, których nie rozpoznawałem. W tym wszystkim przebijał się także niepokojący, damski głos.
        Zanim zdążyłem ocenić, czy Esja w ogóle jest już przytomna, udało mi się ją wepchnąć pod łóżko. Praktycznie udało się to w ostatniej sekundzie, bo już niedługo po tym rozległ się głos odsuwanej kotary. Powoli podniosłem się z kucania w stronę drzwi. Nadal nie zdążyłem nawet się ubrać.
        — Moja pani… — zacząłem, kłaniając się szybko, po męsku.
        Kobieta miała na sobie drogo zdobione ubranie, w obozie z pewnością wyglądała jak kwiatek w kupie gówna. Choć suknia stylizowana była nieco na podróżną modę męską, to ilość zdobień, zagnieceń, fałdek i biżuterii – a przede wszystkim jej – jasno świadczył o tym, że to osoba, która na co dzień tu nie przebywa. Co więcej; taka, która lubi pokazywać innym, że jest od nich lepsza. Burza kruczoczarnych, kręconych włosów, wystylizowana przez najlepszych fryzjerów, opadała jej na ramiona, spływając na plecy. Nawet czubki butów miała obite szlachetnym metalem.
        Pomimo całego splendoru obecności córki króla, starszej siostry księcia, mnie nie opuszczały złe przeczucia. Właściwie cała jej postawa zwiastowała problemy. Zmarszczyłem brwi, prostując się sztywno, a na twarz przybierając wyraz chłodu i obojętności. Niezbyt uprzejmej obojętności. Kobiecie chyba się nie spodobał.
        — Czemu zawdzięczam tę szlachetną wizytę? — zapytałem prosto, nie zamierzając dać uwikłać się w jakiekolwiek gierki słowne.
        — Mam nadzieję, że nie przeszkodziłam, oficerze Tealvash. — Uśmiechnęła się zimno. Jej ton głosu świadczył, że wcale jej to nie obchodzi. Najwidoczniej nie zamierzała też czekać, aż stosownie się ubiorę, ale skoro jej to nie przeszkadzało, to mi tym bardziej nie. — Przynoszę wyrazy pamięci i pozdrowień od twoich pobratymców ze stolicy wraz z wyrazami zatroskania o twój stan zdrowia i styl życia w obozie. Twój ojciec szczególnie wyrażał zainteresowanie tym, jaką reputację tworzysz własnemu nazwisku.
        Wymusiłem chłodny uśmiech, pochylając po raz kolejny głowę. Nie odezwałem się jednak ani słowem. Księżniczka przestąpiła z nogi na nogę, a później rozglądnęła się po pomieszczeniu. Zatrzymała wzrok na łóżku.
        Drgnąłem nerwowo, ale odsunąłem się, zwalniając kobiecie drogę do mebla; jednego z niewielu w namiocie.
        — Widzę, że wszystko trzymasz tutaj pod kontrolą. Doskonale. Przyszłam odebrać raport osobiście. Chcę wiedzieć wszystko na temat tej kapłanki, którą podobno tutaj gościcie. Wszystko, co do każdego szczegółu, który może być istotny — zaznaczyła, z gracją opadając na materac na łóżku. Opuściłem nieco głowę i wbiłem w kobietę spojrzenie spod byka. Jakikolwiek miała w tym interes, z pewnością nie był też moim interesem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/