czwartek, 7 września 2017

XCIV



        Obecność księżniczki w moim namiocie zdecydowanie nie była mi w smak, ale nawet ja miałem wystarczającą ilość przyzwoitości, żeby nie okazywać jej niechęci otwarcie. Uważała się za bogowie wiedzą kogo, a choć w jej krwi podobno płynęła niebieska krew, to swoim zachowaniem i dokonaniami nie zasługiwała nawet na kroplę mojego szacunku. Mimo wszystko zrelacjonowałem jej wszystko, co powinna wiedzieć. Na tyle dokładnie, żeby nie szukała niczego głębiej, z detalami, które powinny zaspokoić jej ciekawość. Jak przewidziałem; kobieta ta nie należała do najbardziej przenikliwych w obozie. A praktykę na co dzień zapewniała mi przecież Aelnea; wąż w ludzkiej skórze, obślizgła i dwulicowa. W porównaniu z nią księżniczka o burzy czarnych włosów tworzących aureolę wokół jej głowy nie była nawet minimalnym zagrożeniem.
        Kiedy usłyszała tyle, ile najprawdopodobniej chciała ode mnie usłyszeć, podniosła się z łóżka. Nie zauważyła, że zerknąłem w tamtym kierunku. Wyszła wraz z chmurą swoich silnych perfum, z aurą władczości i dostosowania się do najnowszej mody panującej w kraju. Dopiero, kiedy ona i jej orszak rozwrzeszczanej straży przybocznej umilkł, rozluźniłem się nieco.
        I właśnie wtedy spod łóżka wylazł mój kolejny problem. Odskoczyłem o krok, zerkając w dół na zawinięty rulonik z kapłanki, kiedy ta starała się uwolnić ze swojej pozycji. Z rosnącym zaskoczeniem obserwowałem, jak walczy z wyimaginowanym wrogiem – a może był tam jakiś minimalnych rozmiarów pająk? Wyciągnąłem dłoń, ale zatańczyła w przestrzeni między mną a łóżkiem, po czym wskoczyła z rozpędem na mebel. Dla pewności zerknąłem w stronę wyjścia z namiotu, ale te nagłe i szalone dźwięki na szczęście najwidoczniej nikogo nie zainteresowały.
        Za to obserwowanie tego szamańskiego tańca Esji był całkiem niecodziennym i śmiesznym doświadczeniem. Oczywiście, gdyby nie fakt, że nie było mi do śmiechu. Powoli podniosłem ramiona i zaplotłem je na klatce piersiowej okrytej jedynie cienkim materiałem koszuli.
        — Oczywiście, że nie. Nie zdążyłem jeszcze nic założyć od rana. To ty jesteś tu gościem, nie ja; ja jestem u siebie — przypomniałem, przestępując na drugą nogę i uśmiechając się nieco złośliwie, jednym kącikiem ust. Zaraz jednak spoważniałem, bo Esja skurczyła się niczym dziecko czekające na dokuczliwą lekcję.
        Zdążyłem się już nauczyć, że jeśli to robiła, to coś było na rzeczy. Jednocześnie nie przerywała potoku słów, a wyraz mojej twarzy stężał i zdecydowanie spoważniał. Była w tym momencie niczym dziecko, które przeciwstawia się woli ojca choć wie, że sprawa została już zadecydowana, a przeciw i tak zda się na nic. Przypominała mi w tym momencie skuloną i obrażoną Leilah, której ojciec znów kazał udać się na lekcje zamiast do ogrodu, w którym mogłaby się bawić aż do wieczora. To porównanie sprawiło, że moje serce ścisnęło się boleśnie.
        Ale nie zamierzałem dać zwieść się pozorom. Ani tym bardziej zmięknąć pod tonem jej głosu. Nie dała mi jednak odpowiedzieć. Podszedłem więc do biurka i spojrzałem na papiery, które nadal na nim leżały, nie ruszone.
        — To niezbyt stosowne, żeby nasza dwójka chodziła tak ubrana w swojej obecności, zwłascza rano. Ludzie mogliby pomyśleć… Różne rzeczy. Że pozbawiłem cię świętości albo inne świątynne i przesądne bzdury. A później zaczęliby gadać. Lepiej, żeby twoja obecność w nocy w moim namiocie została naszą tajemnicą — burknąłem, po chwili dopiero przenosząc na nią spojrzenie. Kuliła się na łóżku, zaplątana w moją pościel, w koc podszyty futrem. — Na litość boską, możesz się ubrać? — rzuciłem, machnąwszy w jej kierunku dłonią. Kiedy siedziała w ten sposób… Było widać zdecydowanie więcej, niż powinienem i chciałem widzieć.
        Dopiero, kiedy wyrzuciłem z głowy zbędne obrazy koszuli, która odsłaniała zdecydowanie zbyt dużo ud, postanowiłem znowu na nią zerknąć.
        — To nie była moja narzeczona, co to za niedorzeczny pomysł? Nie mam narzeczonej, jestem oficerem — dodałem, chociaż ten argument zupełnie nie miał żadnej mocy. Wielu oficerów miało żony, czasami nawet po kilka. Ale nie czułem konieczności, żeby tłumaczyć się z tej jednej kwestii przed Esją. — To starsza siostra księcia, córka króla. Przyjechała z nim do obozu, pewnie chciała sprawdzić sprawę na własną rękę. Nie musisz się nią przejmować — łypnąłem na nią szybkim spojrzeniem – jeśli to nią się martwisz.
        Łatwiej niż odpowiadać na jej prośbę było mi to zignorować. A może przede wszystkim wygodniej. Odpowiedź, że to nie ja decyduję o jej wyjeździe padała już między nami wielokrotnie i miałem dodatkowo przeczycie, że Esji wcale nie o nią chodziło. Może o coś bardziej osobistego? O obietnicę taką jak ta kilka dni temu? Że nie pozwolę jej wyjechać bez uprzedzenia, co się zbliża. Zdecydowanie wygodniej było trzymać się na dystans od kolejnych słów obietnicy.
         Przez dłuższą chwilę zajmowałem się dokumentami, które zalegały i wymagały moich podpisów i zapoznania się z nimi, ale w głowie układałem skrupulatny plan prześledzenia tego, co dzieje się w obozie i co zagraża kapłance. Najłatwiej było zacząć nieco staromodnie: od przepytania wartowników, którzy mieli stać pod jej namiotem. Dziewczyna na szczęście zaczęła się naprawdę ubierać, przez co i mi łatwiej było się skupić na swoim zadaniu. Wizyta rozpieszczonej księżniczki też stała się teraz sprawą drugoplanową.
        W końcu, nie odrywając spojrzenia od papierów, zwróciłem się do kapłanki, która nadal była wewnątrz namiotu.
        — Jesteś gotowa? Czeka cię lekcja z Freyą, wczoraj podała mi wszystkie swoje warunki. Możesz iść do namiotu tancerek i do Lance’a, skoro chciałaś go odwiedzić — rzuciłem nieco niedbale, zapisując kilka kolejnych słów na kartce. Po niedługiej chwili wyczułem jednak, że Esja nadal nie wyszła. Podniosłem na nią pytające spojrzenie, tym razem nieco mniej surowe. — O co chodzi? Tam też mam iść z tobą? Czy czekasz na dalsze rozkazy? Bo jeśli na to drugie, to dzisiaj musisz znaleźć czas na lekcję jazdy konnej  spotkanie z księciem i jego siostrą. A wieczorem spotykamy się na placu treningowym, jak wczoraj — dodałem, mrużąc nieco powieki i odkładając pióro. Całą uwagę w tym momencie skupiłem na blondynce. Starałem się też wyczuć, czy klimat wcześniejszej rozmowy jeszcze jej nie opuścił.
       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/