piątek, 8 września 2017

XCV



       Odprowadziłam go spojrzeniem, kiedy siadał za biurkiem. Nadal czekałam na jego słowa, a kiedy te nastąpiły, skrzywiłam się lekko, czując, że rumienię się jeszcze bardziej. Zatem o to chodziło. Bał się podobnych plotek, a przecież wiem doskonale, że w życiu by mnie nie tknął. Nie był złym mężczyzną, więc jakże ktoś mógłby go oskarżyć o coś takiego? Niedorzeczne! Nie mniej jednak robienie mu problemów nigdy nie było w moich planach. Poza tym podskoczyłam lekko, gdy kazał mi się ubrać.
       Moja obecność musiała rzeczywiście nie być mu na rękę, skoro tak mnie poganiał. To jeszcze bardziej mnie przygnębiło. Sama nie wiem, sądziłam, że może jednak mnie nieco polubił, a od początku wizyty tej kobiety, wyszło na jaw, jak nieistotna dla niego byłam. Wszystko to niesamowicie mnie męczyło. Wierzyłam, że znaleźliśmy nic porozumienia, jakieś wspólne cele, ale widocznie zbyt wiele sobie wyobrażałam. Nawet wiadomość o tym, że to nie była jego narzeczona jakoś mnie nie zainteresowała. Obecnie chyba nie chciałam już ciągnąć tematu związanego z jak się okazało księżniczką. Najlepiej byłoby gdybym zapomniała o jej wizycie. Poza tym… Nevan dziwie się zachowywał. Lepiej było nie drążyć dalej, nie wypominać, że przecież inni oficerowie mają żony i jakoś służba wojskowa w ogóle im nie przeszkadza. Może po prostu Tealvash nie lubił kobiet? Jest chłodny, często mało mówi, a dla mnie bywa wręcz niemiły. Opiekuje się mną, a wówczas wyobrażam sobie, że to przez sympatię, ale takie chwile, jak obecna uświadamiają mi, że to tylko rozkaz… jestem w jego mniemaniu misją, niczym więcej.
       - Niczym się nie martwię – skłamałam wstając z łóżka i sięgnęłam po swoje rzeczy. – Nie odwracaj się proszę – dodałam i dla pewności stanęłam tyłem, aby zacząć się ubierać w spokoju. Minął jakiś czas, nim Nevan odezwał się ponownie. Tym razem jednak nie odpowiadał na moje słowa. Na pewno pominął je specjalnie, innego wytłumaczenia nie było. Uznałam, że nie będę się dopraszać i wysłuchałam go w spokoju, kiedy relacjonował, co mam w planach na dzisiejszy dzień. Było tego dużo, może nawet więcej, niż przypuszczałam.
       Chyba pierwszy raz poczułam się problemem. Nie mogłam znieść atmosfery jaka tu panowała, jak i silnego zapachu perfum, który nieustanie przypominał mi słowa o których wolałabym zapomnieć. Przeszłam w końcu na początek namiotu, kończąc zaplatanie długiego warkocza. Teraz mężczyzna mógł już mnie zobaczyć, ale nie wiem nawet, czy to go interesowało.
       - Nie musisz nigdzie ze mną iść, nie chcę zabierać ci twojego czasu – powiedziałam niezbyt głośno, zgodnie z prawdą. Miałam ochotę już stąd wyjść, wyzbyć się poczucia, że na siłę zarzucam go swoją obecnością. Gdzie ja miałam oczy? Jest dowódcą, a ja powinnam znać swoje miejsce, pewnie nawet byłoby mu na rękę, gdyby już mnie stąd zabrali, a ja, głupie dziecię prosiłam, aby jakoś odwlekł to w czasie. Muszę dorosnąć, bo jak widać stale robię z siebie idiotkę. – Rozumiem, zajmę się wszystkim. Dziękuję za pomoc, oficerze Tealvash – skinęłam mu rzeczowo, tak jak powinnam według etykiety i tak, jak jeszcze ani razu nie zrobiłam. Za bardzo sobie zaczęłam folgować w jego otoczeniu, ale nie chcę, aby przez to stracił jakąś iskierkę sympatii. Jeśli więc muszę zachowywać się tak, jak teraz, aby nie stracić w jego oczach, to jestem gotowa udawać kogoś, kim nie jestem.
       Nie czekając na jego słowa odwróciłam się i wyszłam równym, niemalże żołnierskim krokiem. Szybko wtopiłam się też w tłum i zaraz skierowałam swe kroki do namiotu tancerek. Nie był on zbyt blisko, ale dotarłam bez problemu. Przyznaję jednak, że wolałabym, aby Tealvash był tutaj ze mną. Żałowałam, że wszystko tak się potoczyło, ale z drugiej strony karciłam się za takie myśli. Nie mogę stale na nim polegać, tym bardziej, że najwidoczniej to go męczy. Dlatego też sama przywitałam się z Freyą i robiłam cały czas wszystko, co mi kazała. Tym razem była już milsza, a taniec okazał się naprawdę przyjemny, chociaż miejscami zbyt wyzywający, jak dla mnie, co ją osobiście bawiło. Ostatecznie pochwaliła mnie, a ja mogłam skierować się do Lance’a, którego chciałam odwiedzić. Jego stan polepszył się już znacznie. Ucieszył się na mój widok, co było najmilszą rzeczą, jaka mnie dziś spotkała – szczery uśmiech.
       - Muszę się już zbierać… mam lekcje jady konnej – siedziałam u niego długo, opowiadając mu o różnych sprawach i dopytując o jego stan zdrowia. Poprawił mi znacznie humor, więc wstąpiło we mnie nieco energii.
       - No proszę! W takim razie muszę stąd szybko wyjść i zabrać ciebie na przejażdżkę – zaśmiał się, co i u mnie wywołało tą samą reakcję. Pożegnałam się z nim i znacznie weselej poszłam na trening. Miałam na powrót dobry humor, pewna tego, że nic mi go nie zepsuje. Trening poszedł dobrze, ale kiedy przechadzałam się w kierunku namiotu Eliah’a, aby zjeść z nim obiad, ktoś zastąpił mi drogę. Niby żołnierz, ale ubrany strojniej. Czekała na mnie księżniczka Maurycja, wraz z bratem. Skrzywiłam się lekko, ale skinęłam głową i ruszyłam na spotkanie.
       Rozpoczęło się ono naturalnie, poproszono mnie, żebym usiadła i zjadła wraz z nimi. Zrobiłam to. Księżniczka była bardzo zadbaną kobietą. Nie widziałam jeszcze takiej, ale miałam pewność, że właśnie ona była w namiocie Nevan’a, bo w powietrzu unosił się znany już mi zapach. Mogłabym nawet powiedzieć, że nie byłam aż tak spięta, do czasu, gdy minęło już kilka minut od rozpoczęcia posiłku.
       - Na pewno znana ci jest data oddania… mogłabyś mi ją podać ? – odezwała się księżniczka, a ja przełknęłam niespokojnie kęs, który miałam w ustach.
       - Pierwszego dnia wiosny… pani – odpowiedziałam niezbyt pewnie i odłożyłam sztućce. Chociaż nic złego się nie wydarzyło, wiedziałam, że nie przełknę już kęsa. Kobieta wstała ze swojego miejsca i zaczęła kierować się do mnie. Okrążyła mnie jednak, zatrzymując się za moimi plecami.
       - Mogłabym sprawdzić symbol na obręczy? Pozwoli zlokalizować twego narzeczonego – wyjaśniła, a ja bez słowa zabrałam warkocz na jedną stronę. Cmoknęła pod nosem, naskrobała coś na pergaminie i na powrót zajęła swoje miejsce. – Oficer Tealvash zdał mi już raport, mogę jednak zapytać czemu nosisz męski strój?
       - Jest mi w nim wygodniej… pani – wyjaśniłam, a ona uniosła jedynie brew.
       - Tak się nie godzi, by osoba z twoim statusem wyglądała jak byle żołnierz. Każę niezwłocznie dostarczyć do twej kwatery suknie, byś wyglądało, jak na twoją pozycję przystało – rozkazała, a mi naprawdę się to nie podobało. Najpierw przez nią mój dzień zaczął się okropnie, a kiedy wyszłam na prostą, znów postanowiła go skomplikować? Poza tym kim ona jest, żeby tak się starać o moje zamążpójście? 
       - Pani wybaczy, ale to jest obóz wojskowy. Tutaj umierają ludzie. Ja widziałam już jedną rzeź i jeśli zastanie mnie kolejna, chcę mieć możliwość ucieczki, zamiast męczyć się z ciężką suknią – powiedziałam zdecydowanie, patrząc w jej piękne, zadbane lico. Mierzyła mnie wzrokiem, aż w końcu prychnęła.
       - Dobrze więc… Nie martw się jednak o swój los, zadbam o to być jak najszybciej trafiła do swego męża, a tam ciężkie suknie będą już na porządku dziennym – oznajmiła sucho. Jej brat mało się odzywał. Widać było, że jest starsza. Ja sama na nowo stałam się raczej wrakiem, niźli sobą i w taiej formie udałam się też na trening z Nevanem.
       Prawdę mówiąc przez cały dzień wolałam o tym nie myśleć. Po tym, jak opuściłam jego namiot nie czułam się najlepiej i nadal nie wiedziałam, jak powinnam się przy nim teraz zachowywać. Z drugiej strony zbyt wiele o tym myślałam, kiedy dobijało mnie to, iż on zapewne w trakcie dnia nie przejmował się mną wcale. Dochodząc do miejsca spotkania stale w głowie miałam te same słowa „jesteś tylko misją wojskową, Esjo”, nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Czemu chciałam tak bardzo się z nim przyjaźnić? Może bez tego nie mogłam w pełni wierzyć, że ten obóz to miejsce dla mnie? Stale wmawiałam więc sobie, że Tealvash jest mi przychylny, podczas gdy on marzył o tym, abym już znalazła się u swojego narzeczonego. Żeby w stolicy przestało wrzeć.
       - Przybyłam, oficerze. Wybacz za spóźnienie, zatrzymała mnie księżniczka i książę – skinęłam z gracją, widząc, że on jest już na miejscu. Nie patrzyłam mu w oczy, stałam prosto, ręce opuściłam wzdłuż ciała, nie bawiłam się nimi, jak zwykle. – Wykonałam też wszystkie przypisane mi obowiązki na dzisiejszy dzień i jestem gotowa na rozpoczęcie treningu – zakończyłam wypowiedź, nie ruszając się z miejsca bez wyraźnego polecenia.
       Tak oto zaczęłam zachowywać się jak przystało na żołnierza. Nie zmieniało to jednak czegoś bardzo naturalnego i dziewczęcego – uczucia smutku, które nie chciało mnie opuścić.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/