Odprowadziłam go spojrzeniem, kiedy
siadał za biurkiem. Nadal czekałam na jego słowa, a kiedy te nastąpiły,
skrzywiłam się lekko, czując, że rumienię się jeszcze bardziej. Zatem o to
chodziło. Bał się podobnych plotek, a przecież wiem doskonale, że w życiu by
mnie nie tknął. Nie był złym mężczyzną, więc jakże ktoś mógłby go oskarżyć o
coś takiego? Niedorzeczne! Nie mniej jednak robienie mu problemów nigdy nie
było w moich planach. Poza tym podskoczyłam lekko, gdy kazał mi się ubrać.
Moja obecność musiała rzeczywiście nie
być mu na rękę, skoro tak mnie poganiał. To jeszcze bardziej mnie przygnębiło.
Sama nie wiem, sądziłam, że może jednak mnie nieco polubił, a od początku
wizyty tej kobiety, wyszło na jaw, jak nieistotna dla niego byłam. Wszystko to
niesamowicie mnie męczyło. Wierzyłam, że znaleźliśmy nic porozumienia, jakieś
wspólne cele, ale widocznie zbyt wiele sobie wyobrażałam. Nawet wiadomość o
tym, że to nie była jego narzeczona jakoś mnie nie zainteresowała. Obecnie
chyba nie chciałam już ciągnąć tematu związanego z jak się okazało księżniczką.
Najlepiej byłoby gdybym zapomniała o jej wizycie. Poza tym… Nevan dziwie się
zachowywał. Lepiej było nie drążyć dalej, nie wypominać, że przecież inni
oficerowie mają żony i jakoś służba wojskowa w ogóle im nie przeszkadza. Może
po prostu Tealvash nie lubił kobiet? Jest chłodny, często mało mówi, a dla mnie
bywa wręcz niemiły. Opiekuje się mną, a wówczas wyobrażam sobie, że to przez
sympatię, ale takie chwile, jak obecna uświadamiają mi, że to tylko rozkaz…
jestem w jego mniemaniu misją, niczym więcej.
- Niczym się nie martwię – skłamałam wstając
z łóżka i sięgnęłam po swoje rzeczy. – Nie odwracaj się proszę – dodałam i dla
pewności stanęłam tyłem, aby zacząć się ubierać w spokoju. Minął jakiś czas,
nim Nevan odezwał się ponownie. Tym razem jednak nie odpowiadał na moje słowa.
Na pewno pominął je specjalnie, innego wytłumaczenia nie było. Uznałam, że nie
będę się dopraszać i wysłuchałam go w spokoju, kiedy relacjonował, co mam w
planach na dzisiejszy dzień. Było tego dużo, może nawet więcej, niż
przypuszczałam.
Chyba pierwszy raz poczułam się
problemem. Nie mogłam znieść atmosfery jaka tu panowała, jak i silnego zapachu
perfum, który nieustanie przypominał mi słowa o których wolałabym zapomnieć.
Przeszłam w końcu na początek namiotu, kończąc zaplatanie długiego warkocza. Teraz
mężczyzna mógł już mnie zobaczyć, ale nie wiem nawet, czy to go interesowało.
- Nie musisz nigdzie ze mną iść, nie
chcę zabierać ci twojego czasu – powiedziałam niezbyt głośno, zgodnie z prawdą.
Miałam ochotę już stąd wyjść, wyzbyć się poczucia, że na siłę zarzucam go swoją
obecnością. Gdzie ja miałam oczy? Jest dowódcą, a ja powinnam znać swoje
miejsce, pewnie nawet byłoby mu na rękę, gdyby już mnie stąd zabrali, a ja,
głupie dziecię prosiłam, aby jakoś odwlekł to w czasie. Muszę dorosnąć, bo jak
widać stale robię z siebie idiotkę. – Rozumiem, zajmę się wszystkim. Dziękuję
za pomoc, oficerze Tealvash – skinęłam mu rzeczowo, tak jak powinnam według
etykiety i tak, jak jeszcze ani razu nie zrobiłam. Za bardzo sobie zaczęłam
folgować w jego otoczeniu, ale nie chcę, aby przez to stracił jakąś iskierkę
sympatii. Jeśli więc muszę zachowywać się tak, jak teraz, aby nie stracić w
jego oczach, to jestem gotowa udawać kogoś, kim nie jestem.
Nie czekając na jego słowa odwróciłam
się i wyszłam równym, niemalże żołnierskim krokiem. Szybko wtopiłam się też w
tłum i zaraz skierowałam swe kroki do namiotu tancerek. Nie był on zbyt blisko,
ale dotarłam bez problemu. Przyznaję jednak, że wolałabym, aby Tealvash był
tutaj ze mną. Żałowałam, że wszystko tak się potoczyło, ale z drugiej strony
karciłam się za takie myśli. Nie mogę stale na nim polegać, tym bardziej, że
najwidoczniej to go męczy. Dlatego też sama przywitałam się z Freyą i robiłam
cały czas wszystko, co mi kazała. Tym razem była już milsza, a taniec okazał
się naprawdę przyjemny, chociaż miejscami zbyt wyzywający, jak dla mnie, co ją
osobiście bawiło. Ostatecznie pochwaliła mnie, a ja mogłam skierować się do
Lance’a, którego chciałam odwiedzić. Jego stan polepszył się już znacznie.
Ucieszył się na mój widok, co było najmilszą rzeczą, jaka mnie dziś spotkała –
szczery uśmiech.
- Muszę się już zbierać… mam lekcje jady
konnej – siedziałam u niego długo, opowiadając mu o różnych sprawach i
dopytując o jego stan zdrowia. Poprawił mi znacznie humor, więc wstąpiło we
mnie nieco energii.
- No proszę! W takim razie muszę stąd
szybko wyjść i zabrać ciebie na przejażdżkę – zaśmiał się, co i u mnie wywołało
tą samą reakcję. Pożegnałam się z nim i znacznie weselej poszłam na trening.
Miałam na powrót dobry humor, pewna tego, że nic mi go nie zepsuje. Trening
poszedł dobrze, ale kiedy przechadzałam się w kierunku namiotu Eliah’a, aby
zjeść z nim obiad, ktoś zastąpił mi drogę. Niby żołnierz, ale ubrany strojniej.
Czekała na mnie księżniczka Maurycja, wraz z bratem. Skrzywiłam się lekko, ale
skinęłam głową i ruszyłam na spotkanie.
Rozpoczęło się ono naturalnie,
poproszono mnie, żebym usiadła i zjadła wraz z nimi. Zrobiłam to. Księżniczka
była bardzo zadbaną kobietą. Nie widziałam jeszcze takiej, ale miałam pewność,
że właśnie ona była w namiocie Nevan’a, bo w powietrzu unosił się znany już mi
zapach. Mogłabym nawet powiedzieć, że nie byłam aż tak spięta, do czasu, gdy
minęło już kilka minut od rozpoczęcia posiłku.
- Na pewno znana ci jest data oddania…
mogłabyś mi ją podać ? – odezwała się księżniczka, a ja przełknęłam
niespokojnie kęs, który miałam w ustach.
- Pierwszego dnia wiosny… pani –
odpowiedziałam niezbyt pewnie i odłożyłam sztućce. Chociaż nic złego się nie
wydarzyło, wiedziałam, że nie przełknę już kęsa. Kobieta wstała ze swojego
miejsca i zaczęła kierować się do mnie. Okrążyła mnie jednak, zatrzymując się
za moimi plecami.
- Mogłabym sprawdzić symbol na obręczy? Pozwoli
zlokalizować twego narzeczonego – wyjaśniła, a ja bez słowa zabrałam warkocz na
jedną stronę. Cmoknęła pod nosem, naskrobała coś na pergaminie i na powrót
zajęła swoje miejsce. – Oficer Tealvash zdał mi już raport, mogę jednak zapytać
czemu nosisz męski strój?
- Jest mi w nim wygodniej… pani –
wyjaśniłam, a ona uniosła jedynie brew.
- Tak się nie godzi, by osoba z twoim
statusem wyglądała jak byle żołnierz. Każę niezwłocznie dostarczyć do twej
kwatery suknie, byś wyglądało, jak na twoją pozycję przystało – rozkazała, a mi
naprawdę się to nie podobało. Najpierw przez nią mój dzień zaczął się okropnie,
a kiedy wyszłam na prostą, znów postanowiła go skomplikować? Poza tym kim ona
jest, żeby tak się starać o moje zamążpójście?
- Pani wybaczy, ale to jest obóz
wojskowy. Tutaj umierają ludzie. Ja widziałam już jedną rzeź i jeśli zastanie
mnie kolejna, chcę mieć możliwość ucieczki, zamiast męczyć się z ciężką suknią –
powiedziałam zdecydowanie, patrząc w jej piękne, zadbane lico. Mierzyła mnie
wzrokiem, aż w końcu prychnęła.
- Dobrze więc… Nie martw się jednak o
swój los, zadbam o to być jak najszybciej trafiła do swego męża, a tam ciężkie
suknie będą już na porządku dziennym – oznajmiła sucho. Jej brat mało się
odzywał. Widać było, że jest starsza. Ja sama na nowo stałam się raczej
wrakiem, niźli sobą i w taiej formie udałam się też na trening z Nevanem.
Prawdę mówiąc przez cały dzień wolałam o
tym nie myśleć. Po tym, jak opuściłam jego namiot nie czułam się najlepiej i
nadal nie wiedziałam, jak powinnam się przy nim teraz zachowywać. Z drugiej
strony zbyt wiele o tym myślałam, kiedy dobijało mnie to, iż on zapewne w
trakcie dnia nie przejmował się mną wcale. Dochodząc do miejsca spotkania stale
w głowie miałam te same słowa „jesteś tylko misją wojskową, Esjo”, nie wyobrażaj
sobie zbyt wiele. Czemu chciałam tak bardzo się z nim przyjaźnić? Może bez tego
nie mogłam w pełni wierzyć, że ten obóz to miejsce dla mnie? Stale wmawiałam
więc sobie, że Tealvash jest mi przychylny, podczas gdy on marzył o tym, abym
już znalazła się u swojego narzeczonego. Żeby w stolicy przestało wrzeć.
- Przybyłam, oficerze. Wybacz za
spóźnienie, zatrzymała mnie księżniczka i książę – skinęłam z gracją, widząc,
że on jest już na miejscu. Nie patrzyłam mu w oczy, stałam prosto, ręce
opuściłam wzdłuż ciała, nie bawiłam się nimi, jak zwykle. – Wykonałam też
wszystkie przypisane mi obowiązki na dzisiejszy dzień i jestem gotowa na
rozpoczęcie treningu – zakończyłam wypowiedź, nie ruszając się z miejsca bez
wyraźnego polecenia.
Tak oto zaczęłam zachowywać się jak
przystało na żołnierza. Nie zmieniało to jednak czegoś bardzo naturalnego i
dziewczęcego – uczucia smutku, które nie chciało mnie opuścić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz