Zdziwił
mnie zarówno oficjalny ton głosu jak I prosty sposób odpowiedzi. Żadnych
sprzeciwów, żadnych wyrzutów, uśmiechów ani nawet żadnego miłego słowa? Przez
chwilę siedziałem bez ruchu, a kiedy usłyszałem, jak opuszcza namiot odwróciłem
się energicznie w tamtym kierunku.
Głupcze, co cię tak zaskoczyło?,
upomniałem się, przykładając dwa palce do skroni i powoli znów odwracając się
do dokumentów czekających na biurku. I co to było za ukłucie? Dlaczego w ogóle
oczekiwałem po niej czegokolwiek? Nic nas przecież nie łączyło. Czysty rozkaz i
posłuszeństwo. A jednak kiedy moje oczekiwania stały się rzeczywistością… Coś
wydawało się nie w porządku. Czułem, że rozmyślanie o tym przyprawia mnie o
rosnącą migrenę, warknąłem rozrzucając kartki po nierównej drewnianej
powierzchni. Bez Esji nie byłoby tu tyle problemów. Bez niej wszystko byłoby
tak proste, jak było wcześniej. Zabijać albo zostać zabitym. Teraz tymczasem…
Nagle nawet to moje proste żołnierskie życie stało się bardziej skomplikowane.
Kiedy wyszła i kiedy widmo jej osoby zniknęło
z mojej świadomości, sam niechętnie podniosłem się ze swojego miejsca.
Codzienne poranne ubieranie swojej zbroi, którą nosiłem do służby w obozie było
ulubioną częścią każdego mojego poranka, ale teraz zdawało się przykrym
obowiązkiem. Jakby kapłanka była w stanie rzucić na mnie klątwę, po której
wszystko przychodziło mi z trudem.
Bzdury. Co za kretyńskie, pieprzone
bzdury.
Ubrany w mundur i ze swoim czarnym
mieczem przytroczonym do szerokiego pasa wyszedłem na zewnątrz, w głowie mając
utworzone początki swojego planu. Odnalezienie żołnierzy, którzy mieli pełnić
wczorajszą wartę znalazłem niemal od razu, w koszarach, gdzie przeglądali
zapasy swojego oddziału. Skierowałem się prosto w ich stronę. Zauważyli mnie o
chwilę za późno, żeby się wycofać bądź zwyczajnie uciec.
Byłem zły. Być może wyczuli to w mojej
aurze, a ich zachowanie od razu podpowiedziało mi, że wiedzą, że zrobili coś
złego, niczym dzieci przyłapane przez gospodynię na wykradaniu cukierków ze
spiżarni. Pytanie, czy zdawali sobie sprawę z tego, na jaką skalę spierdolili
swoje zadanie. Zamierzałem się tego dowiedzieć.
W koszarach o tej porze był mały ruch.
Większość z mężczyzn na służbie albo zajmowała się własnymi sprawami albo była
na treningu, który miał prowadzić dzisiaj Eliah. Dopadłem do nich szybkim, ale
niewymuszonym krokiem i zasalutowałem
Odpowiedzieli. Nieco opieszale, patrząc
po sobie.
— Oficerze Tealvash… — zaczął niższy,
poprawiając mundur. — Właśnie sprawdzaliśmy…
— Cisza. Proszę zdać raport z
wczorajszego wieczoru. — Mocno starałem się, żeby wyraz mojej twarzy pozostał
niewzruszony. Żeby nie skrzywiła się gniewnie. — Krótki i treściwy. Gdzie do
chuja byliście, kiedy kapłanka wróciła do namiotu?
Wyprostowali się, słysząc ton mojego
głosu.
— Myślmy tylko pomyśleli — podjął
wyższy, odkładając fragment tarczy, który trzymał w dłoniach na bok — znaczy się,
zaproponowano nam kolację… W namiocie medycznym, a tam żarcie mają treściwsze…
— Chorych lepiej tu karmią — wcisnął
niższy.
— A jak wróciliśmy, to najświętszej
jeszcze nie było wewnątrz, świecy nikt nie zapalił. Przecie pomyśleliśmy jeno,
że nic wielkiego się pod naszą nieobecność stało.
Zadarłem lekko głowę do góry. Złość
niczym szpila wbijała mi się w przerwę między żebrami, kuła prosto w
zlodowaciałe gniewem serce, objęte rządzą brutalności. Zauważyli chyba subtelną
zmianę wyrazu mojej twarzy, bo wyższy tym razem nieco się zgarbił.
— No i jest coś więcej, oficerze.
— To dlatego ta wizyta? — chciał
upewnić się drugi, niepewnie rozglądając się dookoła.
— Ale myśmy niewinni! Nie wiemy, gdzie
kapłanka spędziła noc!
Zamachał nerwowo dłońmi w powietrzu
przed sobą. Być może gdzieś daleko na północy oboje mieli rodziny, które
musieli utrzymywać ze swojego żołdu. Może obawiali się, że utnę im miesięczną
wypłatę, a rodzina umrze z zimna lub głodu. Zwyczajnie mogli też liczyć na
niedługi awans, a taka sprawa mogła bardzo niepochlebnie odbić się na ich
karierze. Obserwując ich widziałem, że wiedzieli, że robią źle schodząc z
warty. A mimo wszystko to zrobili. Sprzeciwili się prostemu rozkazowi! To
sprawiało, że nie miałem nawet poczucia winy za to, co zamierzałem zrobić. Za
karę, jaką miałem ich wymierzyć. Jeśli mieli rodziny, mogli o ich dobrze myśleć
wczoraj, kiedy planowali się nażreć darmową ucztą. A jeżeli skazali je na
zagładę… Byłem gotowy ponieść to brzemię. Jak zwykle, brzemię nieludzkiego
brutala. Pasowała mi taka opinia.
— Wrócicie dzisiaj do tego namiotu.
Wejdziecie do środka, zobaczycie, dlaczego kapłanka nie spędziła tam nocy.
Waszym zadaniem jest go doprowadzić do używalności — zadecydowałem w końcu,
rozluźniając ramiona i opuszczając dłonie wzdłuż ciała.
— Oh… Dzięki ci panie!
Zmarszczyłem brwi, a później odwróciłem
się w stronę wyjścia
— To nie wszystko. W tym miesiącu
dostaniecie jedynie połowę z przynależnego wam żołdu.
W akompaniamencie westchnięć i cichych
przekleństw opuściłem koszary. Czując się przynajmniej nieco lżej na duszy ze
swoją decyzją. Jeśli potwory nie zabiją ich, kiedy będą sprzątali, to
przynajmniej taka kara będzie równie dotkliwa.
Reszta dnia zniknęła w zastraszającym
tempie. Dalsze śledztwo wykazało co prawda kilka możliwych tropów, którymi
można było podążyć, ale nie doprowadziło mnie – ku mojej rosnącej frustracji – do
żadnej konkretnej odpowiedzi. Z ciężkim sercem przyznałem, że na tym etapie
problemem planowanej akcji zabójstwa kapłanki będę musiał podzielić się
przynajmniej ze swoją gwardią honorową. Nakazać im mieć oczy otwarte i szukać
niebezpieczeństw wszędzie. Dzięki rozmowie z kilkoma ludźmi z Gwardii
dowiedziałem się ciekawych informacji. Dotarły do mnie pogłoski na temat
panujących w obozie nastrojów i to było kolejną wskazówką. Cała sprawa na razie
jednak nie układała się w żaden spójny obraz. Szukanie poszczególnych
fragmentów zajęło mi większość popołudnia i wieczora.
Oczywiście nie licząc odwiedzin
księcia. Te ja zwykle sprawiały, że miałem ochotę wyćwiczyć sobie mięśnie do
takiego bólu, że będę miał ochotę je wyszarpać. Znalazł mnie w stajniach, gdzie
przygotowywałem kilka ze swoich ulubionych wierzchowców do służby i patroli
poza terenem obozu.
Opowiadał szczegółowo i z zapałem. Jak
zawsze, kiedy planował konkretne marnowanie czasu wojska i pieniędzy ze skarbu
państwa. Słuchałem z uprzejmą obojętnością jak rozprawiał o zaplanowanym
pikniku, zaproszonych na nią gościach i splendorze planowanego przedsięwzięcia.
Zaznaczył, że potrzebuje ochrony dodatkowej z naszego obozu. Nie omieszkał
dodać, że chodzi mu o mój oddział. W ustach mełłem przekleństwa na tego
dzieciaka, który nic nie wiedział ani o życiu w wojsku ani o wojnie, ani w
ogóle o niczym.
— …odbędzie się polowanie, ale mamy ze
sobą konie z królewskich stadnin. — Rzucił łaskawie okiem na znajdujące się w
stajni wierzchowce. — Nie potrzeba nam dodatkowych stąd. Nasze rumaki mają
najszlachetniejszą krew, hodowane od wielu pokoleń na łąkach wewnątrz gór, na
pastwiskach, które nie są skute lodem. Prawdziwe konie dla wojowników takich,
jakich potrzeba nam w stolicy.
Po raz kolejny skinąłem głową.
Machinalnie, jak na rozkaz.
— Ale nie mam teraz niestety więcej
czasu na naszą przyjemną pogawędkę, oficerze. Liczę, że pojawicie się jutro na
czas, ty i wasi ludzie. — Odwrócił się i razem ze swoją eskortą skierował się
do wyjścia. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach. — Ach, oczywiście. Proszę, nie
zapomnij przyprowadzić także naszej najświętszej kapłanki. Powinna zobaczyć to
przedstawienie na własne oczy, z pewnością będzie warte jej pięknych oczu.
Uśmiechnął się melancholijnie,
odgarniając jasne włosy ze swojego czoła. Straż przyboczna ruszyła za nim
niemal od razu.
Kiedy tak, jak poprzedniego wieczoru, na
niebo wszedł jeden z księżyców, wyszedłem ze swojej kwatery i pod osłoną nocy
udałem się na arenę, gdzie mieliśmy się spotkać. Byłem pewien, że nikt nie
interesuje się tym, co robię wieczorami. Moja wysoka pozycja w wojsku
sprawiała, że w tym temacie byłem niemal nietykalny. A przynajmniej lubiłem tak
myśleć. Kiedy wszedłem w cień pierwszej rozpalonej przeze mnie latarni zauważyłem,
że Esji jeszcze nie ma. Wykorzystałem tą chwilę na przyniesienie nam naszych
mieczy, które oparłem o niewysoki murek okalający piaszczystą arenę.
Pojawiła się kilka minut później. Weszła
w krąg światła i odnalazła mnie wzrokiem, a ja starałem się przeanalizować, czy
coś się zmieniło. Zwłaszcza wewnątrz mnie. Z ulgą jednak zauważyłem, że nic nie
uległo zmianom, być może przez wszystkie wydarzenia tego dnia skumulowane razem
ze sobą. Skinąłem głową, podchodząc do mieczy.
— Zacznij trening od obiegnięcia całej
areny dziesięć razy.
Rozkaz krótki, prosty i być może
zrozumiały. Dla niej mógł być treningiem wytrzymałości, ale naprawdę chciałem
sam się zmęczyć. Potrenować swobodnie, dać zatrzasnąć się w tym świecie wysiłku
mięśni niczym pod powierzchnią wody bez tlenu. Ale powietrzem dla mnie był ten
palący ból i zmęczenie. Chciałem zająć ją czymś, żeby móc skupić się na sobie,
jakkolwiek egoistyczne to było.
Odeszła bez słowa, więc złapałem
pewniej za drewniany miecz, który używaliśmy do treningów. Po kilku minutach
jednak uznałem to za dziecinną zabawę i odrzuciłem go gniewnie na piasek.
Dobywając swojego skarbu ze stalowej pochwy z charakterystycznym sykiem
sprawiło, że poczułem nagłe rozluźnienie. Intuicyjnie ustawiłem się w pierwszej
postawie, gotowości do działania. Każda kolejna, znajoma poza i ruch mięśni
sprawiał, że moje myśli powoli klarowały się i destylowały z niepotrzebnego
chłamu. Nie zauważyłem nawet, kiedy dziewczyna skończyła biegać i wróciła –
zdyszana, ale starająca się zamaskować zmęczenie. Przekrzywiłem lekko głowę.
Trenowanie wytrzymałości z pewnością jest ważną rzeczą, zwłaszcza dla
dziewczyny takiej jak ona, która nie znała żadnego wysiłku fizycznego innego
niż – zapewne – taniec.
— Jeszcze dziesięć — rzuciłem nieco
chłodno, stopami rozrzucając dookoła piasek i wyciągając przed siebie miecz.
Kątem oka obserwowałem ją sylwetkę. Jako potencjalne źródło zagrożenia i ataku.
A później, właściwie bez słowa i ostrzeżenia, odbiłem się silnie z miejsca,
powodując fontannę drobinek piasku i rzuciłem się w jej stronę z nagim, czarnym
mieczem.
Powinna umieć odskoczyć przed tak
podstawowym ciosem – wczoraj ćwiczyliśmy to co najmniej kilka godzin. A jeśli
nie… Cóż, może byłem w stanie zatrzymać się, zanim stałoby się coś złego. Może.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz