poniedziałek, 11 września 2017

XCVI



        Zdziwił mnie zarówno oficjalny ton głosu jak I prosty sposób odpowiedzi. Żadnych sprzeciwów, żadnych wyrzutów, uśmiechów ani nawet żadnego miłego słowa? Przez chwilę siedziałem bez ruchu, a kiedy usłyszałem, jak opuszcza namiot odwróciłem się energicznie w tamtym kierunku.
        Głupcze, co cię tak zaskoczyło?, upomniałem się, przykładając dwa palce do skroni i powoli znów odwracając się do dokumentów czekających na biurku. I co to było za ukłucie? Dlaczego w ogóle oczekiwałem po niej czegokolwiek? Nic nas przecież nie łączyło. Czysty rozkaz i posłuszeństwo. A jednak kiedy moje oczekiwania stały się rzeczywistością… Coś wydawało się nie w porządku. Czułem, że rozmyślanie o tym przyprawia mnie o rosnącą migrenę, warknąłem rozrzucając kartki po nierównej drewnianej powierzchni. Bez Esji nie byłoby tu tyle problemów. Bez niej wszystko byłoby tak proste, jak było wcześniej. Zabijać albo zostać zabitym. Teraz tymczasem… Nagle nawet to moje proste żołnierskie życie stało się bardziej skomplikowane.
        Kiedy wyszła i kiedy widmo jej osoby zniknęło z mojej świadomości, sam niechętnie podniosłem się ze swojego miejsca. Codzienne poranne ubieranie swojej zbroi, którą nosiłem do służby w obozie było ulubioną częścią każdego mojego poranka, ale teraz zdawało się przykrym obowiązkiem. Jakby kapłanka była w stanie rzucić na mnie klątwę, po której wszystko przychodziło mi z trudem.
        Bzdury. Co za kretyńskie, pieprzone bzdury.
        Ubrany w mundur i ze swoim czarnym mieczem przytroczonym do szerokiego pasa wyszedłem na zewnątrz, w głowie mając utworzone początki swojego planu. Odnalezienie żołnierzy, którzy mieli pełnić wczorajszą wartę znalazłem niemal od razu, w koszarach, gdzie przeglądali zapasy swojego oddziału. Skierowałem się prosto w ich stronę. Zauważyli mnie o chwilę za późno, żeby się wycofać bądź zwyczajnie uciec.
        Byłem zły. Być może wyczuli to w mojej aurze, a ich zachowanie od razu podpowiedziało mi, że wiedzą, że zrobili coś złego, niczym dzieci przyłapane przez gospodynię na wykradaniu cukierków ze spiżarni. Pytanie, czy zdawali sobie sprawę z tego, na jaką skalę spierdolili swoje zadanie. Zamierzałem się tego dowiedzieć.
        W koszarach o tej porze był mały ruch. Większość z mężczyzn na służbie albo zajmowała się własnymi sprawami albo była na treningu, który miał prowadzić dzisiaj Eliah. Dopadłem do nich szybkim, ale niewymuszonym krokiem i zasalutowałem
        Odpowiedzieli. Nieco opieszale, patrząc po sobie.
        — Oficerze Tealvash… — zaczął niższy, poprawiając mundur. — Właśnie sprawdzaliśmy…
        — Cisza. Proszę zdać raport z wczorajszego wieczoru. — Mocno starałem się, żeby wyraz mojej twarzy pozostał niewzruszony. Żeby nie skrzywiła się gniewnie. — Krótki i treściwy. Gdzie do chuja byliście, kiedy kapłanka wróciła do namiotu?
        Wyprostowali się, słysząc ton mojego głosu.
        — Myślmy tylko pomyśleli — podjął wyższy, odkładając fragment tarczy, który trzymał w dłoniach na bok — znaczy się, zaproponowano nam kolację… W namiocie medycznym, a tam żarcie mają treściwsze…
        — Chorych lepiej tu karmią — wcisnął niższy.
        — A jak wróciliśmy, to najświętszej jeszcze nie było wewnątrz, świecy nikt nie zapalił. Przecie pomyśleliśmy jeno, że nic wielkiego się pod naszą nieobecność stało.
        Zadarłem lekko głowę do góry. Złość niczym szpila wbijała mi się w przerwę między żebrami, kuła prosto w zlodowaciałe gniewem serce, objęte rządzą brutalności. Zauważyli chyba subtelną zmianę wyrazu mojej twarzy, bo wyższy tym razem nieco się zgarbił.
        — No i jest coś więcej, oficerze.
        — To dlatego ta wizyta? — chciał upewnić się drugi, niepewnie rozglądając się dookoła.
        — Ale myśmy niewinni! Nie wiemy, gdzie kapłanka spędziła noc!
        Zamachał nerwowo dłońmi w powietrzu przed sobą. Być może gdzieś daleko na północy oboje mieli rodziny, które musieli utrzymywać ze swojego żołdu. Może obawiali się, że utnę im miesięczną wypłatę, a rodzina umrze z zimna lub głodu. Zwyczajnie mogli też liczyć na niedługi awans, a taka sprawa mogła bardzo niepochlebnie odbić się na ich karierze. Obserwując ich widziałem, że wiedzieli, że robią źle schodząc z warty. A mimo wszystko to zrobili. Sprzeciwili się prostemu rozkazowi! To sprawiało, że nie miałem nawet poczucia winy za to, co zamierzałem zrobić. Za karę, jaką miałem ich wymierzyć. Jeśli mieli rodziny, mogli o ich dobrze myśleć wczoraj, kiedy planowali się nażreć darmową ucztą. A jeżeli skazali je na zagładę… Byłem gotowy ponieść to brzemię. Jak zwykle, brzemię nieludzkiego brutala. Pasowała mi taka opinia.
        — Wrócicie dzisiaj do tego namiotu. Wejdziecie do środka, zobaczycie, dlaczego kapłanka nie spędziła tam nocy. Waszym zadaniem jest go doprowadzić do używalności — zadecydowałem w końcu, rozluźniając ramiona i opuszczając dłonie wzdłuż ciała.
        — Oh… Dzięki ci panie!
        Zmarszczyłem brwi, a później odwróciłem się w stronę wyjścia
        — To nie wszystko. W tym miesiącu dostaniecie jedynie połowę z przynależnego wam żołdu.
        W akompaniamencie westchnięć i cichych przekleństw opuściłem koszary. Czując się przynajmniej nieco lżej na duszy ze swoją decyzją. Jeśli potwory nie zabiją ich, kiedy będą sprzątali, to przynajmniej taka kara będzie równie dotkliwa.

        Reszta dnia zniknęła w zastraszającym tempie. Dalsze śledztwo wykazało co prawda kilka możliwych tropów, którymi można było podążyć, ale nie doprowadziło mnie – ku mojej rosnącej frustracji – do żadnej konkretnej odpowiedzi. Z ciężkim sercem przyznałem, że na tym etapie problemem planowanej akcji zabójstwa kapłanki będę musiał podzielić się przynajmniej ze swoją gwardią honorową. Nakazać im mieć oczy otwarte i szukać niebezpieczeństw wszędzie. Dzięki rozmowie z kilkoma ludźmi z Gwardii dowiedziałem się ciekawych informacji. Dotarły do mnie pogłoski na temat panujących w obozie nastrojów i to było kolejną wskazówką. Cała sprawa na razie jednak nie układała się w żaden spójny obraz. Szukanie poszczególnych fragmentów zajęło mi większość popołudnia i wieczora.
        Oczywiście nie licząc odwiedzin księcia. Te ja zwykle sprawiały, że miałem ochotę wyćwiczyć sobie mięśnie do takiego bólu, że będę miał ochotę je wyszarpać. Znalazł mnie w stajniach, gdzie przygotowywałem kilka ze swoich ulubionych wierzchowców do służby i patroli poza terenem obozu.
        Opowiadał szczegółowo i z zapałem. Jak zawsze, kiedy planował konkretne marnowanie czasu wojska i pieniędzy ze skarbu państwa. Słuchałem z uprzejmą obojętnością jak rozprawiał o zaplanowanym pikniku, zaproszonych na nią gościach i splendorze planowanego przedsięwzięcia. Zaznaczył, że potrzebuje ochrony dodatkowej z naszego obozu. Nie omieszkał dodać, że chodzi mu o mój oddział. W ustach mełłem przekleństwa na tego dzieciaka, który nic nie wiedział ani o życiu w wojsku ani o wojnie, ani w ogóle o niczym.
        — …odbędzie się polowanie, ale mamy ze sobą konie z królewskich stadnin. — Rzucił łaskawie okiem na znajdujące się w stajni wierzchowce. — Nie potrzeba nam dodatkowych stąd. Nasze rumaki mają najszlachetniejszą krew, hodowane od wielu pokoleń na łąkach wewnątrz gór, na pastwiskach, które nie są skute lodem. Prawdziwe konie dla wojowników takich, jakich potrzeba nam w stolicy.
        Po raz kolejny skinąłem głową. Machinalnie, jak na rozkaz.
        — Ale nie mam teraz niestety więcej czasu na naszą przyjemną pogawędkę, oficerze. Liczę, że pojawicie się jutro na czas, ty i wasi ludzie. — Odwrócił się i razem ze swoją eskortą skierował się do wyjścia. Zatrzymał się dopiero przy drzwiach. — Ach, oczywiście. Proszę, nie zapomnij przyprowadzić także naszej najświętszej kapłanki. Powinna zobaczyć to przedstawienie na własne oczy, z pewnością będzie warte jej pięknych oczu.
        Uśmiechnął się melancholijnie, odgarniając jasne włosy ze swojego czoła. Straż przyboczna ruszyła za nim niemal od razu.
       Kiedy tak, jak poprzedniego wieczoru, na niebo wszedł jeden z księżyców, wyszedłem ze swojej kwatery i pod osłoną nocy udałem się na arenę, gdzie mieliśmy się spotkać. Byłem pewien, że nikt nie interesuje się tym, co robię wieczorami. Moja wysoka pozycja w wojsku sprawiała, że w tym temacie byłem niemal nietykalny. A przynajmniej lubiłem tak myśleć. Kiedy wszedłem w cień pierwszej rozpalonej przeze mnie latarni zauważyłem, że Esji jeszcze nie ma. Wykorzystałem tą chwilę na przyniesienie nam naszych mieczy, które oparłem o niewysoki murek okalający piaszczystą arenę.
        Pojawiła się kilka minut później. Weszła w krąg światła i odnalazła mnie wzrokiem, a ja starałem się przeanalizować, czy coś się zmieniło. Zwłaszcza wewnątrz mnie. Z ulgą jednak zauważyłem, że nic nie uległo zmianom, być może przez wszystkie wydarzenia tego dnia skumulowane razem ze sobą. Skinąłem głową, podchodząc do mieczy.
        — Zacznij trening od obiegnięcia całej areny dziesięć razy.
        Rozkaz krótki, prosty i być może zrozumiały. Dla niej mógł być treningiem wytrzymałości, ale naprawdę chciałem sam się zmęczyć. Potrenować swobodnie, dać zatrzasnąć się w tym świecie wysiłku mięśni niczym pod powierzchnią wody bez tlenu. Ale powietrzem dla mnie był ten palący ból i zmęczenie. Chciałem zająć ją czymś, żeby móc skupić się na sobie, jakkolwiek egoistyczne to było.
        Odeszła bez słowa, więc złapałem pewniej za drewniany miecz, który używaliśmy do treningów. Po kilku minutach jednak uznałem to za dziecinną zabawę i odrzuciłem go gniewnie na piasek. Dobywając swojego skarbu ze stalowej pochwy z charakterystycznym sykiem sprawiło, że poczułem nagłe rozluźnienie. Intuicyjnie ustawiłem się w pierwszej postawie, gotowości do działania. Każda kolejna, znajoma poza i ruch mięśni sprawiał, że moje myśli powoli klarowały się i destylowały z niepotrzebnego chłamu. Nie zauważyłem nawet, kiedy dziewczyna skończyła biegać i wróciła – zdyszana, ale starająca się zamaskować zmęczenie. Przekrzywiłem lekko głowę. Trenowanie wytrzymałości z pewnością jest ważną rzeczą, zwłaszcza dla dziewczyny takiej jak ona, która nie znała żadnego wysiłku fizycznego innego niż – zapewne – taniec.
        — Jeszcze dziesięć — rzuciłem nieco chłodno, stopami rozrzucając dookoła piasek i wyciągając przed siebie miecz. Kątem oka obserwowałem ją sylwetkę. Jako potencjalne źródło zagrożenia i ataku. A później, właściwie bez słowa i ostrzeżenia, odbiłem się silnie z miejsca, powodując fontannę drobinek piasku i rzuciłem się w jej stronę z nagim, czarnym mieczem.
        Powinna umieć odskoczyć przed tak podstawowym ciosem – wczoraj ćwiczyliśmy to co najmniej kilka godzin. A jeśli nie… Cóż, może byłem w stanie zatrzymać się, zanim stałoby się coś złego. Może.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/