czwartek, 14 września 2017

XCVII


       Spojrzał na mnie w dziwny sposób, a kiedy się odezwał, poczułam dziwne ukłucie zawodu. Rozkaz. To tak, czemu spodziewałam się czegoś innego? Kiedy w ogóle zaczęłam oczekiwać czegokolwiek? Myślałam, że zapyta się o mój dzień, o samopoczucie? Naprawdę dałam sobie wmówić, że nasza relacja mu na to pozwala? Nie wiem sama, co mam w głowie, dlaczego zależy mi tak na jego aprobacie? Przecież do niedawna łączyła mnie z nim jedynie chłodna rezerwa. Teraz mnie trenował, dał szansę za nauki... Opacznie, może nawet głupio wzięłam to za znak, że mu na mnie zależy. Jestem jak sierota bez szczególnej przeszłości i z nieznaną przyszłością. To żałosne, że na siłę próbuje szukać sobie jakiś powodów, by czuć się z kimś związaną. Mogłam jednak wcześniej zauważyć, że to jedynie ja tak to postrzegam... Myślami wciąż wracałam do wizyty księżniczki w namiocie Nevana. Do jego słów, tak prostych, nie ozdobionych żadnym uczuciem. Byłam głupia i będę musiała z tym żyć, bo sama sobie wyrzadziłam krzywdę.
       Skinęłam jedynie głową i zrzuciłam z siebie pelerynę. Bieganie nie było moją mocną stroną. Co innego pełne ekscytacji pląsanie... Chociaż i tego zabraniano nam w świątyni. Kobieta miała być ostoją spokoju, wyrafinowana i zawsze opanowana. Nie dla nas treningi fizyczne. Czułam się więc dość niezręcznie biegając przy nim, ale oficer zajęty był sobą, a ja ukradkiem przypatrywałam mu się, podziwiając płynność jego ruchów.
       Zdyszana, ciężko oddychająca zatrzymałam się po kilku okrążeniach. Nim jednak zdążyłam poinformować o zakończonej rozgrzewce, on już nakazał dalsze bieganie. Zacisnęłam dłonie w pięści. Czułam, że rośnie we mnie irytacja, nie wiem skąd u mnie to uczucie, ale po prostu byłam zła... Zła na niego, za własne wyobrażenia tego, jak powinno między nami wyglądać. Wiedziałam, że to głupie, by karać kogoś za osobiste błędy, ale wcale mi nie pomagało to, że nie poświęcał mi uwagi. Nie musiał tego robić, ale... Ale mógł na mnie spojrzec.
       Ja obserwowałam go cały czas, jednak przyznaję, że byłam zbyt pochłonięta myślami, aby w pełni kontrolować otoczenie. Dlatego też dopiero w ostatniej chwili zrozumiałam, że jestem atakowana. Moje oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, gdy dotarli do mnie, że przecież nie drewniany miecz, a normalny znajduje się w dłoniach mężczyzny. Pisnęłam, ale ciało zareagowało odruchowo, przechodząc w płynny unik z odskokiem. Może jednak nie tak idealny, zbyt nagły, szybki i paniczny, bo zaraz z głośnym stęknięciem poleciałam do tyłu, czując jak moje pośladki boleśnie amortyzują upadek.
       Spojrzałam na niego zszokowana, mrugając  dłuższą chwilę. Chciałam na spokojnie to przekalkulować, ale emocje zbierające się we mnie caly dzień, teraz nałożyły się na siebie. Wiedziałam, że nie zostawię tego bez komentarza, w zasadzie już otwierałam usta.
       - Mogłeś mnie zranić! - rzuciłam oskarżająco, a zamiast się podnieść, odpełzlam kawałek w tył, aż nie poczułam pod ręką znajomego materiału. Peleryna, w w niej schowany prezent od niego, prezent, którego nie miałam jeszcze używać. On pierwszy zagrał nieczysto. Dlaczego ja miałam być dobra? Jestem kapłanką, owszem, ale to on tak naprawdę mnie nauczył, że nie zawsze muszę o tym pamiętać.
       Palcami wyczułam rękojeść swej broni i najszybciej jak potrafiłam, dobyłam jej, widząc jak ostrze przecina powietrze. Nie wątpiłam, że zauważy, zawsze będzie widział więcej, niż ja. Nie chodziło o to, by go nastraszyć. Chciałam... Nie wiem, może pokazać, że ja też mam coś do powiedzenia. Że nie będę grzecznie siedziała i udawała, że wszystko mi pasuje.
       Podniosłam się na nogi i wymierzyłam pierwszy cios. Był pełen wahania, ostrożności. Gdy jednak ostrze obiło się o to, które dzierżył Nevan poczułam, jak pewność siebie we mnie wzrasta. Odbiłam w tył i znów zaatakowałam, frustracja zdawała się kumulować w moich dłoniach i z każdym uderzeniem jakaś jej część ze mnie ulatywała, dźwięk uderzającej o siebie stali był niczym ukochaną muzyka, koił nerwy.
       - Nie oczekuj, że będę grzecznie stała, gdy będziesz mnie atakował! - kolejne dwa cięcia. Jeden z butów ujechał delikatnie po piasku, nie wybiło mnie to z równowagi. Pewność siebie otworzyła mi usta. Włosy dawno pożegnały się z porządnym upięciem. Cały ogrom emocji, jaki od dnia najazdu na świątynię tylko przybierał na siłę, zdawał się szukać w tej chwili ujścia. Nie potrafiłam dłużej go utrzymać. Nie bylo szans, że się powstrzymam. Dopóki miałam siły, umówiłam raz po raz odpychane przez niego ostrzę. - Wszyscy tu traktujecie mnie, jak bezmyślny symbol, głupi, tchórzliwy i niedoświadczony! Też jestem człowiekiem, i jestem do jasnej cholery rozumną istotą!!! Nie rozkazem... Tylko istotą... - ramiona zaczynały mnie boleć, nogi powoli z trudem odnajdywały odpowiednie tory ruchów. Oddech był nierówny i szybki, a w słowa wdarła się frustracja, pozwalająca mi nawet użyć słowa, jakie usłyszałam wśród żołnierzy, a jakiego nigdy wcześniej nie wypowiadałam.
       - Dlaczego więc nie spojrzysz na mnie, jak na Esję..? - opuściłam miecz w jednej chwili, ramiona opadły, wzrok nieco spuścił z tonu. Głos... Nie był już pełen jadu, a raczej dziwnej nostalgii. Nie patrzyłam mu w oczy. Czułam się rozbita. Cały dzień się tak czułam. - Jak na kobietę, normalną ludzką istotę... - kontynuowałam, czując dopiero teraz, jak długo trwała nasza potyczka. Ile czasu tak pozwalał mi na to, bym go atakowała? Miałam wrażenie, że wszystko mnie boli, a przecież to on musiał się bronić. - Nie chcę być rozkazem... Czy nikt... Nie może dbać o mnie? Ale o mnie, a nie o kapłankę, czy ja się nie liczę? - i po tych słowach nie wytrzymałam i uniosłam spojrzenie. Jego czerwone oczy, różne od wszystkich, jakie widziałam w swoim życiu.
       Zacisnęłam dłonie na mieczu, chociaż mięśnie delikatnie nimi potrząsała, to jednak znalazłam w sobie siłę, by podnieść broń do góry, zawiesić w powietrzu, z ostrzem wycelowanym w jego stronę. Przez moment miałam mocno zaciśnięte usta, brwi opuszczone do dołu. Zastanawialam się, czy powiem to, co sobie wymyśliłam. Czy się odważę zagrozić komuś, kogo przecież sama się lękałam.
       - Nie uciekniesz od odpowiedzi - spróbowałam warknąć, ale chyba nie byłam w tym najlepsza. Mimo to nie rezygnowałam z pewnej siebie postawy, wmawiając sobie, że ta na pewno jest wiarygodna. - Nie próbuj nawet, bo będę zmuszona zrobić ci krzywdę... - jakby na potwierdzenie tych słów jeszcze pewniej wycelowałam w niego broń. Wcale nie myślałam o tym, ile moich ciosów już dzisiaj sparował. W głowie miałam bowiem... Bałagan. Nie potrafiłam sobie z nim poradzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/