czwartek, 19 października 2017

XCVIII



        Gdybym chciał, mógłbym wykonać szybki półobrót, zatoczyć mieczem mały młynek, przerzucić do pewnej, prawej dłoni, a później ciąć szybko, płasko, bez zbędnego machania mieczem w widowiskowy sposób. Mógłbym też odsunąć się o krok, zatoczyć małe koło i dopaść ją, zanim jeszcze upadła na tyłek. Albo zamachnąć się majestatycznie – dziewczyna, w dodatku niewyszkolona tak jak ona, nie zdążyłaby zareagować pod podwójnie złożonym atakiem, nieważne jak szybko udałoby mi się go wykonać. W myślach odgrywałem kilka scenariuszy, a każdy kończył się tak samo: jej jasną krwią na mieczu, plamiącą piasek i jasne ubranie. Nie wiem dlaczego. To była krótka chwila w czasie, ale tak długa w moim umyśle, objętym tą jedną, szaleńczą myślą wizji krwią kapłanki. Podobno świętą krwią. Ciekawe, czy wygląda tak samo, jak nasza?, przemknęło mi przez myśl, kiedy usta powoli rozciągały się w drapieżnym uśmiechu, nie mającym nic wspólnego z poczuciem winy za ten nagły i faktycznie skrajnie nie bezpieczny atak.
        W mojej głowie dogasały wizje zabójstwa Esji, a później zniknęły zupełnie, kiedy zauważyłem, co dziewczyna robi. Początkowo wyglądało to, jakby zamierzała się po prostu wycofać, ale zmrużyłem lekko oczy i dostrzegłem, po co sięga. Odrobinę później, niż powinienem, ale wargi rozciągnęły się jeszcze szerzej, teraz już praktycznie w szaleńczym uśmiechu.
        Tak! Właśnie o to chodzi! Tak, tak, tak! Miałem ochotę to wykrzyczeń, ale resztka zdrowego rozsądku powstrzymała mnie przed tym. Cokolwiek przejęło teraz władzę nad moim ciałem, na pewno nie miało dobrych zamiarów. W tym wszystkim był gdzieś ten neutralny, chłodny Nevan, ale obecnie przytłoczyło go coś mrocznego, morderczego. Ale ile w niej było agresji! Ile złości, która malowała się w błysku w oczach, kiedy spojrzałem w nie jak nasza stal znów się spotkała. Ile frustracji, poczucia niesprawiedliwości, zranienia i tylu emocji, których nie potrafiłem zinterpretować. Zaskoczyła mnie bardziej, niż niejeden z chłopów, których przychodziło mi trenować długimi godzinami. Siła i pasja znaczyły często więcej, niż sama fizyczność. Zaśmiałem się krótko, gardłowo, z łatwością odpychając każde kolejne jej cięcie, ale nie napierając już więcej. Nie atakowałem sam. Wewnątrz, głęboko w środku swojego jestestwa trawiło mnie przerażenie, że byłbym zdolny naprawdę ją zabić.
        Szał walki, choć tak koślawej i nieudolnej, w swoim nieudacznictwie porwał mnie zupełnie. Wypełniło mnie znajome uczucie, które odpędzało każdą cząstkę zmęczenia. Adrenalina wyostrzała wszystkie moje zmysły. Zapach naszych zmęczonych ciał i mokrego piasku, który leżał głębiej, ziemisty zapach gleby odkrytej w kilku miejscach. Każdy drobny ruch, każdą kolejną fontannę małych kamyczków spod naszych stóp. Śpiew stali w zwarciu. To wszystko było mieszanką przyjemnych wspomnień. Było jedyną przystanią bezpieczeństwa, jaką miałem na tym świecie. Wcześniej ani łono matki ani troskliwy ojciec nie pozwolili mi zacumować na niegroźnych wodach. To życie w wojsku sprawiło, że poczułem się sobą.
        Wydawało mi się nawet, że czuję zapach krwi.
        Nasze starcie powoli wytracało swoją początkową energię. Włosy Esji lepiły się do jej czoła, rozrzucone byle jak na ramionach i plecach. Szybkie uderzenia zamieniały się w rzadkie i zdecydowanie słabsze. Jakby miecz w jej rękach nagle był zbyt ciężki, żeby go unieść.
        Wycofałem się o krok dopiero, kiedy wszystko umilkło, zamarło w ciszy. Powoli opuściłem miecz razem z nią. Opuszczały mnie wszystkie wytworzone przez mózg wizje, powoli spadała też adrenalina. Przekrzywiłem lekko głowę, przyglądając się detalom jej ubrania, pochylonej twarzy i sylwetki. Na drobne zadrapania na skórze, grudki piasku we włosach, kroplach potu perlących się na czole. Widziałem wszystkie szczegóły z zaskakującą jasnością. Podjąłem wzrokiem jej spojrzenie, spokojnym, znacznie bardziej wyważonym. Nie potrafiłem jednak zrozumieć jej słów. Wiedziałem, co teoretycznie znaczą, znałem każde z nich, ale złożenie je w sensowny ciąg przyczynowo skutkowy?... To było trudne zadanie dla kogoś takiego, jak ja. Nierozumiejącego wielu emocji.
        Wsunąłem swój miecz do pochwy przymocowanej do pasa. Wyprostowałem się i przybrałem standardową, pełną gracji sylwetkę. A później zrobiłem krok naprzód.
        Złapałem nagie ostrze miecza dłonią. Było ostre. Z pewnością przy takim uścisku mogło skaleczyć skórę na ręce. Podniosłem ostrze wyżej, powoli, aż jego czubek zatrzymał się na środku mojego skórzanego napierśnika. W miejscu, gdzie znajdowało się serce. Nie zamierzałem uciekać od odpowiedzi, choć jej groźba nie była poparta zbyt wielkimi i przekonującymi argumentami. Do zostania skusiła mnie ciekawość. Poczułem, że miecz w miejscu, w którym go ściskałem zrobił się trochę bardziej ślisku, ale nie czułem jeszcze bólu.
        Dzieliła nas odległość wyciągniętego ramienia z mieczem w dłoni. Mocniej na niego naparłem, choć to akurat w niedoświadczonych dłoniach nie groziło wielkim niebezpieczeństwem.
        — Najpierw odpowiedz mi na coś, co nie daje mi od dłuższego czasu spokoju — kiedy się odezwałem, mój głos był przejęty dziwną, niezrozumiałą emocją, a także zachrypnięty od wcześniejszego wysiłku i długiej ciszy. — Dlaczego sądzisz, że tam jest serce? Gdybyś pchnęła mocniej… Teraz, prosto, byłoby coś w środku? Coś, co rozróżniałoby mnie od innych zwierząt, które jedynie pragną osaczyć swoją ofiarę wiedząc, że to jedyna forma przetrwania?
        Nie czekałem jednak na żadną odpowiedź. Moja twarz, w przeciwieństwie do tonu głosu, nie wyrażała zbyt wiele. Była jak sprana, jasna chusta, która dawno temu straciła dowód na bycie niespotykaną i kunszt tego, który ją wykonał. Jak kawałek niegdyś szlachetnego materiału, który nieostrożny właściciel położył na podłodze i po którym przeszło zbyt wiele podbitych stalą butów.
        — Oczywiście, mam jeszcze głowę. Mózg. Zdolność mówienia i komunikacji. Mogę cię zrozumieć, rozszyfrować twoje słowa. Ale nie jestem zdolny tego poczuć, doświadczyć ani pojąć. — Zadarłem nieco wyżej głowę. Jakie znaczenie miały te słowa? A może jak wiele znaczenia im tak naprawdę brakowało? Spojrzałem jeszcze wyżej, na gwiazdy. Tutaj świeciły zdecydowanie mocniej, niż w stolicy. Z mojego domu prawie w ogóle nie było ich widać, trzeba było wyjść na wzgórze, żeby dostrzec je lepiej. Rozluźniłem palce i puściłem broń. — Chcesz troski — podjąłem po dłuższej chwili milczenia, przez moment smakując to słowo. W moich ustach było nijakie, rozwodnione. Bez znaczenia, jakie dawało doświadczenie tego uczucia. Zacisnąłem zęby, przetaczając spojrzeniem po całym niebie, aż w końcu spoczęło na ścianie areny, na piasku i w końcu na dziewczynie. Na Esji. — Troszczę się o ciebie, jak tylko mogę. Jak umiem najlepiej i nie potrafię inaczej. Nie znam innej troski niż ta, którą jest trzymanie cię z daleka ode mnie.
        Nie wiem, co wyrażała jej twarz. Nie potrafiłem odczytać emocji. Nie była to już złość, frustracja ani nawet agresja, tylko coś innego. Opuściłem spojrzenie, najpierw na jej obojczyki odsłonięte przez rozpiętą pod szyją koszulę, później na piersi, brzuch, uda. Potem ponownie przesunąłem nim na górę, ale zrobiłem to bez większego celu. Adrenalina uciekała z mojego ciała każdą jego możliwą częścią. Nawet nie zerknąłem w dół, na swoją dłoń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/