czwartek, 19 października 2017

C



        Oddychała głośno. Walczyła o każdy haust powietrza. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała, a rozchylone usta były spierzchnięte, zaróżowione od wysiłku. Wszystko, na co padało moje spojrzenie było niespotykanie nowe. Podobnie jak uczucie, które szalało wewnątrz od dłuższego czasu. Czym było? Jak można je zdefiniować? Z pewnością nie było czymś przyjemnym. Złapałem się na tym, że niecierpliwie zaciskam palce niezranionej ręki, a później je rozluźniam. Stary tik, jeszcze z czasów szkolenia na szeregowego żołnierza. Nerwowy. Tylko dlaczego? Przecież nie było się czym denerwować. Kiedy sobie uświadomiłem, co robię, od razu przestałem.
        Obserwowałem co robi, choć w tym momencie czułem się bardziej jako świadek obserwujący całe to zdarzenie z flanki areny, a nie osoba, która bierze w nim udział. To wszystko… Dotyk, te gesty, taka bliskość, były dla mnie nieznane, dziwne, obce. Nie potrafiłem określić ich znaczenia. Ani tego, dlaczego moje serce tłucze się tak głośno i szybko, skoro nie powinno już tego robić kilka minut po wysiłku fizycznym. To nie było moje ciało. Jakby nie należało do mnie.
        Ciało Esji też nie było czymś znanym. Fizjonomia kobiety, ale jej dotyk niczym nie przypominał tych, z którymi już wcześniej miałem kontakt. Nie była to wręcz mlecznobiała, zawsze zimna skóra matki, o którą tamta dbała zawsze z przesadną powagą. W niczym nie przypominała żadnej z ciemnych karnacji moich kochanek, których miałem dużo przez czas swojego pobytu w wojsku, a najwięcej wspólnego miała z damami na dworze, które czasem przyszło mi spotykać. Poświęciłem tej myśli kilka długich chwil. I później również odrzuciłem tę opcję. Esja była czymś zupełnie innym, kimś zupełnie innym. W oddali kilkakrotnie zabił dzwon z wieży strażniczej. Musiało już być późno.
        Moja szorstka, poraniona teraz i wiele razy wcześniej dłoń nie pasowała do delikatnej faktury jej skóry i ubrań. Wiedziałem o tym. Racjonalna część rozumiała, że tak nie może być. Ale ta, która przebudziła się wraz z dotykiem jej ręki i która szalała wewnątrz… Nie uznawała żadnych podziałów. Żadnego zwierzchnictwa.
        I nagle odkryłem, że brakuje mi głosu. Że to jest moment, w którym chcę się sprzeciwić, wydać rozkaz, odsunąć się i zagrodzić płotem najeżonym kolcami. Uciec na bezpieczny grunt i tam odetchnąć, zastanowić się, co zrobić. Tylko nie było na to czasu. Stłumiony głos dziewczyny docierał do moich uszu, a ja szukałem wytłumaczenia tych słów, choć żadne nie przychodziło do głowy na czas. W końcu zamknąłem usta i, zdecydowanie nieporadnie, położyłem dłoń na ramieniu blondwłosej kapłanki. Przyciągnąłem ją bliżej, choć i ten gest nie miał w sobie charakterystycznej pewności ani ostrości, która była dla mnie tak naturalna. Jakby tak otwarte dotknięcie skóry Esji sprawiło, że nagle stała się bardziej delikatna niż w momencie, kiedy rzucałem się na nią bezlitośnie z mieczem.
        — Wtedy — zacząłem, ale dopiero wtedy, kiedy miałem nadzieję, że zabrzmi to naturalnie — wystawisz się na niebezpieczeństwo, przed którym nikt nie będzie w stanie cię ochronić — dokończyłem przyciszonym głosem, wbijając spojrzenie w dal. W żaden konkretny punkt. Te słowa i uczucia, które za nimi stały miały tak głębokie i bolesne znaczenie, że nie miałem sił podążać nimi jeszcze bardziej w głąb siebie.
        Nie zabroniłem jej jednak niczego. Nie czułem się do tego uprawniony, już nie. Jej słowa miały w sobie dziwną siłą i nie przeciwstawiłem im się, chociaż początkowo instynkt podpowiadał, że to właśnie powinienem zrobić. Ochronić się, odsunąć, zagrodzić. Myśli ciągle podsuwały te wyuczone przez lata strategie. Poznane w czasie bycia dzieckiem, a później szybko opanowane do perfekcji. Nabyte mechanizmy ochronne niczym stalowa zbroja.
        A więc chcesz być blisko mnie? Chcesz sprawdzić, co czai się w głębi, jakbyś stała na skraju przepaści i pochylała się w dół? Zaglądała w ciemną studnię i liczyła na to, że na dole jest tajemniczy, drogocenny skarb tylko dlatego, że nikt wcześniej nie miał odwagi i chęci, żeby tyle poświęcić i spojrzeć w ciemną otchłań? Niech tak będzie. Otworzyłem szerzej oczy czując, jak moje serce znowu przyśpiesza nierytmicznie, jakby nie należało do mnie. Tak będzie. Jeśli rozczarujesz się, kiedy zobaczysz, że ta studnia jest zupełnie pusta, że nie ma w niej nawet odrobiny wody, zawsze będziesz mogła sobie powiedzieć, że warto było próbować. A ja? Mnie nic już bardziej nie zniszczy. Nic bardziej nie zahartuje stali, którą wypalano tak wiele razy, którą rozłamywano i kuto od nowa. Ja sobie poradzę. Podniosę się. Ale nie zapomnę.
        Nie miałem sił, żeby się sprzeciwiać. Żeby odepchnąć ją teraz, w gwieździstą, wilgotną i pachnącą lasem i ogniem noc.

        Koń zarżał cicho, kiedy stajenny zarzucił mu na grzbiet ciężką derkę z przytroczonymi do niej jukami wypełnionymi po same brzegi. Z założonymi na napierśniku rękami obserwowałem królewską kawalkadę jeźdźców przygotowujących swoje majestatyczne rumaki do opuszczenia obozu. Miałem ochotę rżeć jak ten koń, choć z rozbawienia bardziej niż irytacji. Gryzipiórki nazywające się bardami wszechczasów i poeci, którzy nie mają pojęcia o poezji. Wielkie damy, napuszone swoją własną obecności, zastępy kucharzy i ważnych urzędników – nie na tyle ważnych, oczywiście, żeby koniecznym była ich obecność w stolicy. Cała ta kolorowa zbieranina pogrążona była w chaosie, co oglądało mi się niezwykle przyjemnie. Zwłaszcza spod zacienionej części stajni wojskowej, w której wszystko było znacznie prostsze, zaczynając od ogłowia, a kończąc na strojach i nakryciach głowy.
        — Oficerze — młody mężczyzna, wyglądający na strażnika o niezbyt wielkim doświadczeniu przyszedł ze strony placu jarmarcznego i zasalutował starannie. Tym złapał moją uwagę, choć okazałem ją jedyni wzruszeniem brwi. — Jego wysokość książę Azir, z rodziny…
        — Daruj sobie — machnąłem dłonią, na której na razie miałem tylko skórzaną rękawiczkę. — Jakie rozkazy?
        — Książę naciska, żeby wziąć jego rumaki dla twoich ludzi, panie — powiedział chłopak, zaciskając usta. Nie wiedział, gdzie podziać oczy i niezwykle mnie to bawiło. — Mówił, że wojskowe konie, jakimi dysponujecie…
        — Mamy pełnić straż, nie wyglądać jak grupa pajaców — wtrącił się ktoś zza moich pleców, spluwając głośno. Zaśmiałem się całkiem szczerze.
        Chłopakowi, któremu przerwano po raz drugi nie spodobał się obrót spraw. Zaraz się nadął i uniósł swoją chłopięcą dumą.
        — Jak śmiesz przerywać posłańcowi królewskiemu? — zagrzmiał, nabierając dużo powietrza w płuca.
        Może zrobił to, żeby się wydawało, że jest większy, co dało groteskowy efekt. Niski mężczyzna wyłonił się zza moich pleców i również się zaśmiał. Miał na głowie przyłbicę z dużymi, czarnymi rogami. Kiedy chłopiec go zauważył, zbladł nieco.
        — Po pierwsze, żaden z ciebie posłaniec królewski. Króla to tu w obozie nie ma, o ile mi wiadomo. A po drugie, zasuwaj przekazać księciu wiadomość, że oficer jest naciskany przez swoich ludzi, którzy nie będą się czuli bezpiecznie siedząc na tych wątłych koniach ze stolicy, które mają takie cienkie nóżki, że wydaje się, że połamią się lada moment pod człowiekiem w zbroi, albo że kręgosłup im pęknie, ino się na nie siądzie — zakończył Ithrick, ponownie spluwając, tym razem zdecydowanie bliżej buta posłańca.
        Chłopak ulotnił się, jakby słusznie się martwił, że kolejne plwociny wylądują na jego bucie, który musiał czyścić przed wyjściem co najmniej dwa kwadranse. Niski mężczyzna oparł się na prostym ramieniu o drewniany słup, pokręcił głową, podobnie jak ja przyglądając się kolorowej zbieraninie.
        — To najgłupsza misja, jaką przydzielili nam od dawna — stwierdził.
        Pokiwałem powoli głową. Stajenny siodłał dalej mojego konia, co widziałem jedynie kątem oka. Czego żaden z znajdujących się w mojej obecności mężczyzn nie mógł wiedzieć, to tego, kogo szukam wzrokiem w tłumie ludzi i koni. Niby niezobowiązująco, ale moje uważne spojrzenie przeczesywało wszystko, co działo się na dziedzińcu. Moje milczenie musiało też zachęcić Ithricka do dalszego mówienia.
        — Będziemy pilnować tej bandy, jak zgrai dzieci. Nie daj bogom któreś z nich spadnie z konia, a wtedy to już… — pokiwałem głową.
        Wyłączyłem się z słuchania w momencie, kiedy moim oczom ukazała się sylwetka o długich blond włosach, upiętych misternie na czubku głowy i opadających w dół, na plecy. Ktoś musiał zmusić ją do przebrania się w mniej męskie i zdecydowanie ubrania z wyższej półki, bo odkąd była w obozie, stroniła od takich wygód. Teraz, zajmując miejsce obok księcia wydawała się być zupełnie inną osobą i tym bardziej dziwił mnie fakt, że ta sama Esja wczoraj tkwiła w dziwnie intymnym uścisku wraz ze mną na piasku areny.
        Ithrick ciągle gadał, ale dotarło to do mnie dopiero, kiedy rozległ się dźwięk kilku trąbek grających równocześnie. Poderwałem spojrzenie na dzikie ptaki zrywające się do lotu z pobliskich drzew.
        — Czas ruszać — rzuciłem cicho, zakładając swoje naramienniki sprawnie, a później także hełm. Ithrik pierdnął, przeklną i znowu splunął, założył swoją przyłbicę i wyjątkowo nieeleganckim krokiem jak na takiego znakomitego wojownika potoczył się do swojego konia. Zaiste, chwilę później jeden z heroldów donośnym głosem oświadczył, że ruszamy i wesoła, kolorowa kompania wsiadła do swoich wozów i na konie, kierując się do wyjścia z obozu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/