czwartek, 19 października 2017

XCIX


       Starałam się stać prosto, na tyle, na ile ta sytuacja i emocje, jakie we mnie panowały mi pozwalały. Czułam się tak, jakby coś usiadło na moich barkach, ciągnęło mnie w dół, na ziemię. Nogi trzęsły się, niby ze zmęczenia, ale też siły, której jeszcze nie znałam. Tak mało w swym życiu doświadczyłam, a już na pewno w temacie rozmów z innymi. Znałam tylko kapłanów, to oni stanowili mój świat. Może roztropniej byłoby stronić od ludzi, którzy nie są członkami tej nacji? Takich, jak Nevan. Przecież bałam się go z początku... ile dni minęło odkąd go zobaczyłam po raz pierwszy? Zadziwiające jak czas płynął w otoczeniu obozu, coraz rzadziej płakałam nad losem swoich sióstr, coraz rzadziej bałam się o swoje życie. Czy osiągnęłam spokój? Wszystko mogło na to wskazywać, ale nie było tak wcale. Na spokój nie miałam co liczyć. I wiedziałam kto jest tego przyczyną, kto jest huraganem stale przestawiającym to, co próbowałam sobie poustawiać. Stał przede mną prosto, wyniośle i najpewniej nieświadomy swoich win! Win dotyczących mnie, tego co robił, jak mnie zmieniał i do jakich konsternacji doprowadzał. Jedno jego słowo potrafiło zaburzyć jakiś rytm, który udało mi się z trudem osiągnąć. Nie musiał się starać, wystarczył po prostu jeden gest, bądź jego brak. Mieszał... tak bardzo mieszał mi w głowie, do której nie powinien mieć wstępu. Nie był Eliahem, który wydawał się na każdym kroku pokazywać, że zależy mu na mnie, a jednak... wiedziałam, że i Nevan nie pozwoli mnie skrzywdzić. Skąd zatem była we mnie ta pewność? Co mną kierowało, by tak zawierzać temu człowiekowi? 
       Drgnęłam, kiedy ruszył się z miejsca, a chociaż miecz nie był już tak lekki, jak z początku, to nadal trzymałam go przed sobą. Miałam zachować pewną siebie minę, ale wargi poruszyły się, gdy uchwycił ostrze. Miały go ostrzec, uchronić przed zranieniem, bo przecież wcale jego krzywdy nie pragnęłam. Dobrze więc, że duma zamknęła usta, nim pokazałam wszystko, w tak dosadny sposób. 
       Obserwowałam go w milczeniu, zaglądając w oczy bestii, którą sama do siebie zaprosiłam. Na miecz nie chciałam patrzeć, nie chciałam czuć tego, jak niewiele mi brakuje do zadania mu bólu. Nie mógł cierpieć, nie z mojej ręki. Uniosłam brwi, słysząc jego pytanie, ale nie odpowiedziałam. Chciałam się cofnąć gdy naparł na miecz, jednak sam go trzymał i to on panował w tej chwili nad tą sytuacją, mimo, że postronny świadek mógłby opisać to całkiem inaczej. Zbierałam więc myśli, obserwowałam go i składałam słowa w zdania, niemające zgoła sensu. Znów to robił, znów mieszał to co poukładałam. Znów zabrał mi grunt spod stóp i oczekiwał, że nie upadnę. To takie samolubne, a może raczej podłe? Tylko, że w nim nie było podłości. Nie w tym mężczyźnie, który stał teraz przede mną, bo wiem, że odsłon ma znacznie więcej, niż dane było mi poznać. 
       Bolało mnie to, co mówił, z tą twarzą jak śnieg, który opadł na świat i jeszcze nikt nie zdążył wydeptać na nim żadnego śladu. Oddychałam ciężej, niż wtedy, gdy jedynie zmęczenie wymagało ode mnie większych porcji tlenów. Teraz było coś innego, był też ucisk w żołądku i chęć przerwania mu. Dobrze, że tego nie zrobiłam. Pochwaliłam swoją cierpliwość, bo bez niej na pewno nie usłyszałabym tego, na co warto czekać. Na prawdziwe znaczenie, prawdziwe uczucia... na sens, którego nie każdy może doświadczyć, bo wymaga on i szczęścia i cierpliwości. 
       Cisza, jaka zapanowała nie była całkowita. Nadal mój oddech w niej rozbrzmiewał, a potem doszedł dźwięk stali uderzającej o piasek, gdy moja broń przestała stanowić barierę między nami. Potem... potem był jeszcze odgłos małych kamyczków, deptanych przez moje buty, gdy powoli się do niego zbliżałam. Zawstydzona spojrzeniem mężczyzny, którego miałam się bać, a którego bać się nie potrafiłam. Dotyk jego dłoni... był obcy i znajomy zarazem. Był jak groźba i obietnica, nagroda i kara. Był wszystkim, co rozumiałam i czego nie rozumiałam. Przede wszystkim, czując teraz jego skórę pod swoimi palcami wiedziałam już, że nadal stoję. Już nie wisiałam nad przepaścią i była to prawda tak dotkliwa, że aż niosąca ze sobą nieprzyjemny ból. 
       - Jak mam rozumieć twoje słowa? - zapytałam w końcu, a mój głos był tak zachrypnięty, jak chyba jeszcze nigdy. Sama go nie poznałam w pierwszej chwili, ale bez wątpienia wypowiedziałam to, co chodziło mi po głowie. - Dlaczego mi to robisz? Dlaczego wszystko jest takie trudne? - kolejne pytania. Chyba byliśmy oboje lepsi w ich zadawaniu, niż szukaniu konkretnych odpowiedzi. Odetchnęłam głębiej i chociaż ruch ten mógł zostać źle odebrany, chociaż nie był zbyt mądry i w innych okolicznościach wywołałby u mnie skrępowanie, to podniosłam jego ranną dłoń i ułożyłam na swojej lewej piersi, czując, jak krew barwi materiał, jak ciepło jego skóry drażni moje ciało. Sama wolną dłoń ułożyłam na jego torsie, chociaż znacznie bardziej obudowanym, niż mój, to jednak i to było dziwnie niepoprawne. Teraz jednak nie interesowały mnie konwenanse, nie liczyły się zasady. 
       - Nie jesteś zwierzęciem, ani potworem, czy łowcą - powiedziałam z siłą, zadzierając podbródek, poszukując swego odbicia w krwistoczerwonych oczach. Moje brwi poruszyły się lekko, a ich wewnętrzne kąciki do tej pory ułożone do dołu, teraz uniosły się znacznie. - Nie dla mnie. 
       Wypowiadając te słowa nie mogłam wiedzieć, ile prawdy w nich było, ile dla mnie znaczyły. Nie sądziłam, że już od dawna to wiedziałam i może równie długo chciałam mu to powiedzieć. teraz nadarzyła się okazja i przyszło mi to tak naturalnie, jak naturalne jest łapanie każdego nowego oddechu. 
       Zjechałam spojrzeniem na swoją dłoń, lekko zginając palce, jakbym chciała poznać fakturę, jaka znajduje się pod moją skórą. Potem... potem westchnęłam i oparłam czoło na własnej dłoni, tłumacząc sobie, że to nic. Nie wtulam się w niego, między nami nadal jest moja ręka, która w tej chwili była barierą, podobnie, jak wcześniej miecz. Tak to sobie tłumaczyłam, bo było mi łatwiej, właśnie tak wyzbyłam się jakiegokolwiek skrępowania, jakie w tej sytuacji mogłoby mnie dopaść. 
       - A co jeśli... jeśli nie chcę takiej troski? - ciche słowa wyleciały z moich ust. Krew zaszumiała mi w uszach, poczułam, że serce zabiło mocniej, a on również mógł to wyczuć, gdyż dłoń jego nadal znajdowała się na moim sercu. W jednej chwili poczułam się mniejsza, naga, nieokryta niczym, co byłoby zasłoną. Miałam wrażenie, że mój znak na plecach parzy nieco moją skórę, jakby ostrzegał. Mimo to nie odsunęłam się i nie przeprosiłam. Nie chciałam się wypierać tego, co czułam, nie chciałam być tylko symbolem, czy też kartą przetargową. - W takim razie... nie dbaj o moje dobro, o zdrowie i zaszczyty... Bo teraz jestem blisko ciebie i wiesz... pierwszy raz czuję ciepło drugiej osoby - przymknęłam oczy, nie kontrolując już własnych słów. - Jeśli twoja troska ma mi odebrać to uczucie, to wyrzeknę się jej za wszelką cenę. Oficerze Tealvash... proszę pozwolić mi na taką samolubność. 
       Zmęczenie, jakie czułam mówiło jasno o tym, że tego wieczora żaden trening się nie odbędzie. A jednak miałam wrażenie, że oboje nauczyliśmy się dziś nieco więcej, niż zwykle. Na pewno ja... Za moje słowa przyjdzie zapłacić, palący plecy znak o tym świadczył. Nie mam nic przy duszy, mimo to z uniesioną głową jestem gotowa na cenę mych słów. Chociaż raz w życiu chcę wziąć sama za coś odpowiedzialność i może wierzyć, że mam prawo ingerować w swój los. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/