piątek, 20 października 2017

CI


       Długo leżałam w swoim nowym namiocie, nim dane było mi zasnąć. Myślami stale wracałam na arenę, do chwili, która nigdy nie powinna mieć miejsca, a którą sama wymusiłam na sobie i przede wszystkim na Nevanie. A jednak jakiś głosik mówił, że mógł mnie odepchnąć, miał do tego prawo i to on z niego nie skorzystał. Mógł na mnie warknąć, przypomnieć o naszych pozycjach, rolach... o różnicach, jakich w dwóch istnieniach było od groma. Nie zrobił tego, nadal czułam jego dotyk na ciele, jakby mimo, iż minęło już kilka godzin, a on był u siebie, wciąż trzymał mnie w objęciach. A w  głowie... w głowie nadal rozbrzmiewała mi odpowiedź, teraz, z perspektywy czasu głupia, może zbyt prosta, może mogłam się lepiej postarać, a może nigdy nie wypowiedziałam niczego mądrzejszego? 
       Niebezpieczeństwa czają się wszędzie, jeśli mogę więc wybrać te, które mnie dopadnie, nie zamierzam już dłużej uciekać.
       Potem... potem sama nie wiem ile czasu minęło, kiedy dokładnie znalazłam się w namiocie. Przed kotarą usłyszałam brzdęk, który bez wątpienia oznaczał, że zmieniła się warta. Byłam teraz lepiej strzeżona, co przynosiło ulgę, ale też swojego rodzaju przytłaczało. Nie byłam już tak bezpieczna, jak kiedyś, ktoś na pewno chciał zrobić mi krzywdę, a chociaż Nevan nie mówił o tym wprost, to podejrzewałam wiele. To i wydarzenia z dzisiejszego treningu bardzo długo trzymały mnie na jawie, sen natomiast był zbawieniem, jakie przyszło dużo później. 

       Obudziłam się inaczej niż zwykle. Budzona, ale nie przez zastępcę Tealvasha, a kobietę, jakiej nie znałam. Zamrugałam kilka razy, gdy kłaniała się i tłumaczyła, że jest służką księcia. Kiedy podniosłam się do siadu dotarło do mnie, że Eliah też jest obecny, ale stoi w wejściu, a w namiocie są jeszcze dwie inne kobiety. Był to widok nietypowy i blondyn jako jedyny pospieszył z wyjaśnieniami. Książę poprosił służki, by te mnie przygotowały, a on z racji wzmożonej ostrożności nie mógł pozwolić by te weszły tutaj same. Pokiwałam więc głową, po czym poprosiłam je o wyjście, nie czując ochoty korzystania z ich pomocy przy kąpieli. Potem natomiast... pozbyć się ich już nie mogłam. 
       Uczesanie bez wątpienia nie sprzyjało galopowi, suknia natomiast była droższa, niż to do czego przywykłam. Rękawiczki, nie skórzane, jak te, które noszę na treningach, a aksamitne... Miałam wrażenie, że zamienili mnie w element dworu i chociaż wszystko to było piękne i ja sama wyglądałam pięknie, to poczułam się okropnie. Jakby ktoś odebrał mi jeden dzień z mojego obozowego życia. Przecież mam jeszcze czas na piękne stroje, teraz nie chcę poświęcać dni, które mogłam spędzać tutaj. 
       - Najświętsza! Przyćmiewasz swym pięknem duszy i oblicza całą naszą kompanię! - takimi słowami powitał mnie książę Azir. Czarne loczki zatrzęsły się w powietrzu, gdy podszedł do mnie skocznym krokiem i ujął mą dłoń. Dotyk mężczyzny przypomniał mi ponownie o wczorajszym wieczorze i tak oto zaczęłam wodzić wzrokiem po zebranych. Mimowolnie szukać jednego wśród nich, ale ludzi było tak wielu, że nie potrafiłam tego uczynić. W dodatku książę rozprawiał o tym, co na dzisiaj zaplanował, jak i o tym, że cieszy się, iż będę mogła bawić się z nimi. Nieopodal otoczona dwórkami księżniczka mówiła coś o tutejszym klimacie. Ja sama niewiele mówiłam, dając myślą władzę nade mną. 
       - Czy coś nie tak, moja pani? - zagadnął w końcu książę, a ja speszyłam się lekko. 
       - Nie, wybacz panie, bardzo jestem ciekawa ilu nas jest, więc nie mogę się oprzeć, by nie oglądać się dookoła - uśmiechnęłam się zgrabnie i w tym też momencie odwróciłam się w tył. Nie było to bezpieczne, ale czułam, że muszę i nie zawiodłam się. Bo oto między głowami tuzina nieznanych mi osób ujrzałam parę czerwonych oczu, krzyżujących się z moimi. Lekko otworzyłam wargi, może trwało to jedynie sekundy, a może godziny. Bezgłośne "witaj", skinienie głową i rumieniec, którego mam nadzieję, z tej odległości nie dostrzegł. Musiałam zaraz odwrócić głowę do księcia. On już widział doskonale moje lico. 
       - Ależ nie musisz się wstydzić, moja droga - źle zinterpretował kolor moich polików, ale było mi to w zasadzie na rękę. - Przy mnie możesz być sobą, Esjo - zwrócił się po imieniu, co nieco mnie zaskoczyło, ale zaraz podjechał do niego ktoś i na moment nie musiałam martwić się rozmową. 

       Kiedy dotarliśmy na miejsce pikniku, zaskoczyło mnie, jak wszystko było już gotowe. Prawdę mówiąc spodziewałam się tylko koców i jakiegoś ogniska, tym czasem na ziemi rozłożono dywany, na nich poduszki, a po środku wielkie palenisko. Jeden dywan ustawiony był pod imponującym parawanem, a książę zaraz mi powiedział, że służba wyruszyła jeszcze w nocy. Widziałam strażników, ale nie powiem, abym była zadowolona z tego, co słyszałam. te lasy bywały niebezpieczne, więc po co tyle ryzykować? Dla jakich wartości? 
       - Wybacz pani, możesz już spocząć, służba wskaże ci miejsce, ja muszę przedyskutować kilka kwestii związanych z polowaniem - Azir skłonił się lekko i odjechał konno do jakiegoś mężczyzny, przy którym płynnie zeskoczył z siodła. 
       Jeśli chodzi o mojego wierzchowca, nie zeszłam jeszcze na ziemię. Instynktownie odwróciłam się i zmusiłam go do podejścia w stronę drzewa, przy którym stał Nevan i jego ludzie. Widzieli z daleka, że nadchodzę. Ithrick właśnie wylazł z krzaków, nie widział mnie jeszcze i dość niewybrednie tłumaczył, jak mu się chciało lać przez całą drogę. Cóż, nauczyłam się już przymykać oko na język tego mężczyzny, nawet, chociaż wiem, że nie powinien, to miejscami mnie bawił. 
       - Brakowało mi twojego towarzystwa, panie Ithricku, podróż na pewno nie byłaby tak nużąca - przywitałam się takimi słowami, spoglądając na niskiego mężczyznę. Pozwoliłam też, by jeden z ludzi Nevana złapał za wodzę mojego konia i podprowadził go bezpiecznie, po czym zmusił do zatrzymania. Przekrzywiłam się więc w siodle, nieco mając z tym więcej problemu, niż zwykle, przez materiały, jakie zdobiły moje ciało. 
       - Będziecie brali udział w polowaniu? Sama chętnie zobaczyłabym je z bliska, miast siedzieć tutaj - zapytałam. Wcześniej usilnie unikałam spojrzenia Nevana, ale teraz, kiedy i tak wyszło na to, że mój koń najbliżej był jego osoby, uznałam, że jest to dziecinne. Przygotowałam się spokojnie i w końcu moje błękitne oczy napotkały na jego twarz. Chwilę na nią patrzyłam, może ułamek w ciszy, a potem uśmiechnęłam się delikatnie, uznając, że to reakcja taka, jak zawsze. 
       - Pomożesz mi zejść, oficerze? Nie przywykłam do takich strojów - poprosiłam naturalnie, chociaż nigdy wcześniej o nic podobnego nie prosiłam. 
       - Trza przyznać, że z naszej kapłaneczki zrobili swoją damulkę - mruknął Ithrick, przeciągając się przy tym. Zaśmiał się krótko, a ja skrzywiłam się nieco. 
       - Spokojnie, to tylko strój - rzuciłam zaraz, nie wiedzieć czemu tak mnie to obruszyło.  W zasadzie... w zasadzie miał rację. Może nawet powinnam już się przyzwyczajać, ale tak bardzo nie chciałam. Znacznie lepiej czułam się w tej chwili, w ich towarzystwie. Mogłam pozwolić sobie na swobodę, bo tu nauczyłam się już, nikt nie patrzy na mnie z krytyczną chęcią oceny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/