piątek, 20 października 2017

CII



        Zatrzymaliśmy się na przestronnej polanie, którą przez dwa ostatnie dni wzdłuż i wszerz przeczesywały partole ludzi wysłanych z obozu innego oficera. Zapuszczali się daleko, sprawdzając, czy teren jest wystarczająco bezpieczny, a wszystko to na zlecenie księcia Azira. Podobno chciał mieć pewność, że jego ludziom nic nie grozi, ale miałem podstawy żeby sądzić, że to nie o ich bezpieczeństwo martwi się najbardziej. Oczywiście, w obozie po cichu narzekano na cyrk, który przywiózł ze sobą Azir i na ilość czasu i ludzi z wojska poświęcanych dla jego dobra, zamiast dla przykładu, dla dobra kraju. Pierwsze fanfary z jego przybycia na ten kraniec świata już opadły, niczym kurz po walce, bawienie się w towarzystwie nowych prostytutek też najwidoczniej zbrzydło. Najzwyczajniej w świecie obecność księcia w obozie wszystkim przestała być na rękę. Tylko on jeden nie czuł jeszcze potrzeby opuszczenia tego miejsca i jeśli nie mamy szczęścia, będzie mógł zabawić tu znacznie dłużej.
        Rozciągnąłem zastałe mięśnie, pozwalając swoim ludziom zejść z koni, zająć miejsca w cieniu wysokich drzew, które od tej strony okalały polanę. Uważnym spojrzeniem przyjrzałem się swoim ludziom. Wszyscy byli – obowiązkowo – w pełnej zbroi, chociaż pogoda zachęcała, żeby ubrać cienkie lniane spodnie i wskoczyć do wody, która nieopodal musiała tutaj płynąć. Wyglądali na zrelaksowanych, leniwych, rozmawiając tak między sobą bądź zajmując się wierzchowcami, ale w ich oczach widziałem potwierdzenie własnego wyboru. Byli czujni, choć wydawali się tak nieprzygotowani. Bystro obserwowali wszystko, choć wyglądali, jakby nic ich zbytnio nie obchodziło. Byłem z nich dumny, jak z własnych dzieci – nie miało znaczenia to, że większość była starsza ode mnie.
        Zdjąłem swój hełm i dłonią przeczesałem zlepione ze sobą pod nim włosy.
        — Chyla będziemy mieć towarzystwo — rzucił ktoś wtedy z przekąsem, a ja automatycznie odwróciłem się przez ramię i spojrzałem na konia. A później na siedzącą na nim osobę. Nie dałem poznać po sobie tego, że żołądek odwrócił się nieprzyjemnie.
        Bez ruchu czekaliśmy, aż kapłanka pojawi się obok, a później jeden z młodszych mężczyzn w moim oddziale złapał wodze jej wierzchowca, jakby bał się, że ten zaraz ją poniesie. Choć zwierzę miało szlachetnie wyrzeźbioną głowę, wydawało się niezdolne do zbyt porywczych akcji. Znałem aż za dobrze stajnie królewskie w stolicy, widywałem takie konie niemal codziennie. Przypominały mi o przeszłości, którą wolałem wyprzeć ze świadomości.
        Podniosłem głowę na dziewczynę. Uśmiechała się jak zwykle. Tym razem jednak dokładniej przyjrzałem się temu wyrazowi twarzy. Zawsze był taki czysty i szczery i po prostu nie zwróciłem wcześniej na to uwagi?
        Ithrick cały się rozpromienił, słysząc uwagę na swój temat i nagle wydawał się jakiś taki wyższy, jakby duma go tak skutecznie napompowała. Oczywiście nie zmieniło to ani jego naturalnie ponurego wyrazu twarzy ani skwaszonej miny, wymielił z siebie dodatkowo kilka przekleństw. Znałem go na tyle dobrze żeby wiedzieć, co to znaczy.
        — Pomóż panience, pomóż, oficerze — dodał z przekąsem, jakby zawstydzony, że ujawnił swoją dumę. — Oni chyba poszaleli, że w tej sukni na konia kogoś sadzają. Rozumu to za grosz nie ma, spodnie powinni kapłance dać — rzucił, po czym oparł się na swoim mieczu schowanym w pochwie i z namysłem przyglądnął się kolorowej zbieraninie ludzi w oddali.
        Inni żołnierze albo przyglądali się nam z nieukrywaną ciekawością, albo zajęli się swoimi sprawami. Złapałem wodze konia i bez słowa pomogłem zejść Esji na ziemię, łapiąc ją w pasie i asekurując w miarę możliwości. Nie miało to nic wspólnego z dworską gracją, ale było szybkie, proste i nieprzesadzone w gestach. Dotyk jej ciała teraz wydał mi się dziwnie znajomy. Odsunąłem się, kiedy tylko jej stopy dotknęły ziemi, bez ociągania się.
        Niski mężczyzna w końcu zajął się czymś innym, więc przy koniu zostaliśmy we dwójkę. Oczywiście, wszyscy mogli słyszeć naszą rozmowę, ale coraz mniej członków gwardii zwracało na nią uwagę. Oparłem ramię na hełmie, który trzymałem pod pachą i skupiłem spojrzenie na dziewczynie.
        — Nie ma konieczności, żeby któryś z moich ludzi brał udział w tym przedstawieniu — odpowiedziałem, nawiązując do jej pytania o polowanie. — Książę ma po to swoją straż przyboczną, my zajmujemy się ochroną ich przed tubylcami i najeźdźcami… Którzy nie powinni się tu pojawić. Ale najwidoczniej jego wysokość lubi dmuchać na zimne — zrobiłem zacięty wyraz twarzy. W oddali kilku mężczyzn krzyczało, większa grupa zbierała się, żeby ruszyć na polowanie, ale organizacja szła im jak na razie opornie. Dawałem swoim ludziom więc jeszcze więcej czasu na odpoczynek, zanim rozkażę im ustawiać się na wartach. W końcu jednak zdecydowałem, że chcę nawiązać jakoś do wczorajszej nocy. Po odrzuceniu kilku pierwszych lepszych frazesów, jakie przyszły mi do głowy i które były zbyt oczywiste, zdecydowałem się na coś innego. — Dobrze spałaś?
        Odwróciłem głowę, jakbym chciał nadać temu nonszalancki wyraz. W obecności Esji jednak przychodziło mi to znacznie mniej naturalnie. Zwłaszcza teraz, kiedy bariera, jaka do tej pory nas dzieliła zniknęła.
        Na polanie nagle się zakotłowało, nawet z tego punktu jednak łatwo było zauważyć, że w centrum afery stoi księżniczka. Któraś z kobiet krzyknęła krótko, Eliah rzucił się w tamtym kierunku, a po nim kilku innych żołnierzy z mojego oddziały. Dopiero, kiedy zauważyłem jego ruch zrozumiałem, że musiał się nam do tej pory przyglądać. Instynktownie położyłem dłoń na rękojeści swojego miecza, ale szybko się okazało, że nie będzie tutaj konieczny. Wybuch nagłego zamieszania nie tkwił bynajmniej w tym, że ktoś napadł na piknikujących ludzi.
        Usłyszałem czyjeś westchnięcie, a później zauważyłem, kto się do nas zbliża. Podeszła do nas kobieta, która nadal miała hełm na głowie, który tylko dodawał jej wzrostu. W dłoni miała swoją ulubioną długą włócznię. Żeby spojrzeć na jej twarz musiałem zadrzeć głowę. W mojej Gwardii była praktycznie od zawsze. Przywykłem do jej niecodziennych gabarytów. Oparła swoje wielkie łapy na szerokich biodrach.
        — To tylko księżniczka — zrelacjonowała, bo była jedną z pierwszych, którzy zareagowali na nagłe zamieszanie, a kiedy w końcu przestała kręcić głową i się odezwała, miała zaskakująco kobiecy, melodyjny głos, który pasował do jej rosłej sylwetki niczym pięść do nosa. — Stwierdziła, że musi ukarać jedną ze swoich podwładnych, bo tamta podała jej wachlarz, zamiast ją wachlować, więc publicznie wymierzyła jej kilkanaście solidnych batów palcatem. Ja bym tak konia nawet nie potraktowała — skrzywiła się, a na jej nierównej, brzydkiej twarzy wykwitł zły grymas. Pomimo swojej postury i aparycji raczej odstraszającej, ta kobieta miała złote serce. Czasem tylko nie potrafiła tego odpowiednio pokazać, zapewne dlatego, że tak dużo czasu spędzała w towarzystwie wojskowych. Po chwili ocknęła się, a jej twarz znowu stała się niezmącona złą myślą. — Kapłanko. Wiele dobrego słyszałam o tobie, Esjo.
        Bez skrępowania swoim brakiem manier, wyciągnęła do dziewczyny swoją niedźwiedzią dłoń. Wychowana w prostym domu nigdy nie nauczyła się zwrotów grzecznościowych i nie opanowała etykiety, a wszystko, co robiła było tak słodko autentyczne. Nie chowała swoich intencji pod grubą skórą, choć nigdy nie udawała, że lubi kogoś, kto grał jej na nerwach.
        — Tylko ostrożnie — wtrąciłem, a uśmiech namalował się w kącikach moich ust. — Nie zmiażdż jej dłoni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/