Zatrzymaliśmy się na przestronnej polanie,
którą przez dwa ostatnie dni wzdłuż i wszerz przeczesywały partole ludzi
wysłanych z obozu innego oficera. Zapuszczali się daleko, sprawdzając, czy
teren jest wystarczająco bezpieczny, a wszystko to na zlecenie księcia Azira.
Podobno chciał mieć pewność, że jego ludziom nic nie grozi, ale miałem podstawy
żeby sądzić, że to nie o ich bezpieczeństwo martwi się najbardziej. Oczywiście,
w obozie po cichu narzekano na cyrk, który przywiózł ze sobą Azir i na ilość
czasu i ludzi z wojska poświęcanych dla jego dobra, zamiast dla przykładu, dla
dobra kraju. Pierwsze fanfary z jego przybycia na ten kraniec świata już
opadły, niczym kurz po walce, bawienie się w towarzystwie nowych prostytutek
też najwidoczniej zbrzydło. Najzwyczajniej w świecie obecność księcia w obozie
wszystkim przestała być na rękę. Tylko on jeden nie czuł jeszcze potrzeby
opuszczenia tego miejsca i jeśli nie mamy szczęścia, będzie mógł zabawić tu
znacznie dłużej.
Rozciągnąłem zastałe mięśnie,
pozwalając swoim ludziom zejść z koni, zająć miejsca w cieniu wysokich drzew,
które od tej strony okalały polanę. Uważnym spojrzeniem przyjrzałem się swoim
ludziom. Wszyscy byli – obowiązkowo – w pełnej zbroi, chociaż pogoda zachęcała,
żeby ubrać cienkie lniane spodnie i wskoczyć do wody, która nieopodal musiała
tutaj płynąć. Wyglądali na zrelaksowanych, leniwych, rozmawiając tak między
sobą bądź zajmując się wierzchowcami, ale w ich oczach widziałem potwierdzenie
własnego wyboru. Byli czujni, choć wydawali się tak nieprzygotowani. Bystro
obserwowali wszystko, choć wyglądali, jakby nic ich zbytnio nie obchodziło.
Byłem z nich dumny, jak z własnych dzieci – nie miało znaczenia to, że większość
była starsza ode mnie.
Zdjąłem swój hełm i dłonią przeczesałem
zlepione ze sobą pod nim włosy.
— Chyla będziemy mieć towarzystwo —
rzucił ktoś wtedy z przekąsem, a ja automatycznie odwróciłem się przez ramię i
spojrzałem na konia. A później na siedzącą na nim osobę. Nie dałem poznać po
sobie tego, że żołądek odwrócił się nieprzyjemnie.
Bez ruchu czekaliśmy, aż kapłanka
pojawi się obok, a później jeden z młodszych mężczyzn w moim oddziale złapał
wodze jej wierzchowca, jakby bał się, że ten zaraz ją poniesie. Choć zwierzę
miało szlachetnie wyrzeźbioną głowę, wydawało się niezdolne do zbyt porywczych
akcji. Znałem aż za dobrze stajnie królewskie w stolicy, widywałem takie konie
niemal codziennie. Przypominały mi o przeszłości, którą wolałem wyprzeć ze
świadomości.
Podniosłem głowę na dziewczynę.
Uśmiechała się jak zwykle. Tym razem jednak dokładniej przyjrzałem się temu
wyrazowi twarzy. Zawsze był taki czysty i szczery i po prostu nie zwróciłem
wcześniej na to uwagi?
Ithrick cały się rozpromienił, słysząc
uwagę na swój temat i nagle wydawał się jakiś taki wyższy, jakby duma go tak
skutecznie napompowała. Oczywiście nie zmieniło to ani jego naturalnie ponurego
wyrazu twarzy ani skwaszonej miny, wymielił z siebie dodatkowo kilka
przekleństw. Znałem go na tyle dobrze żeby wiedzieć, co to znaczy.
— Pomóż panience, pomóż, oficerze —
dodał z przekąsem, jakby zawstydzony, że ujawnił swoją dumę. — Oni chyba
poszaleli, że w tej sukni na konia kogoś sadzają. Rozumu to za grosz nie ma,
spodnie powinni kapłance dać — rzucił, po czym oparł się na swoim mieczu
schowanym w pochwie i z namysłem przyglądnął się kolorowej zbieraninie ludzi w
oddali.
Inni żołnierze albo przyglądali się nam
z nieukrywaną ciekawością, albo zajęli się swoimi sprawami. Złapałem wodze
konia i bez słowa pomogłem zejść Esji na ziemię, łapiąc ją w pasie i asekurując
w miarę możliwości. Nie miało to nic wspólnego z dworską gracją, ale było
szybkie, proste i nieprzesadzone w gestach. Dotyk jej ciała teraz wydał mi się
dziwnie znajomy. Odsunąłem się, kiedy tylko jej stopy dotknęły ziemi, bez
ociągania się.
Niski mężczyzna w końcu zajął się czymś
innym, więc przy koniu zostaliśmy we dwójkę. Oczywiście, wszyscy mogli słyszeć
naszą rozmowę, ale coraz mniej członków gwardii zwracało na nią uwagę. Oparłem
ramię na hełmie, który trzymałem pod pachą i skupiłem spojrzenie na
dziewczynie.
— Nie ma konieczności, żeby któryś z
moich ludzi brał udział w tym przedstawieniu — odpowiedziałem, nawiązując do
jej pytania o polowanie. — Książę ma po to swoją straż przyboczną, my zajmujemy
się ochroną ich przed tubylcami i najeźdźcami… Którzy nie powinni się tu
pojawić. Ale najwidoczniej jego wysokość lubi dmuchać na zimne — zrobiłem
zacięty wyraz twarzy. W oddali kilku mężczyzn krzyczało, większa grupa zbierała
się, żeby ruszyć na polowanie, ale organizacja szła im jak na razie opornie. Dawałem
swoim ludziom więc jeszcze więcej czasu na odpoczynek, zanim rozkażę im
ustawiać się na wartach. W końcu jednak zdecydowałem, że chcę nawiązać jakoś do
wczorajszej nocy. Po odrzuceniu kilku pierwszych lepszych frazesów, jakie
przyszły mi do głowy i które były zbyt oczywiste, zdecydowałem się na coś
innego. — Dobrze spałaś?
Odwróciłem głowę, jakbym chciał nadać
temu nonszalancki wyraz. W obecności Esji jednak przychodziło mi to znacznie
mniej naturalnie. Zwłaszcza teraz, kiedy bariera, jaka do tej pory nas dzieliła
zniknęła.
Na polanie nagle się zakotłowało, nawet
z tego punktu jednak łatwo było zauważyć, że w centrum afery stoi księżniczka.
Któraś z kobiet krzyknęła krótko, Eliah rzucił się w tamtym kierunku, a po nim
kilku innych żołnierzy z mojego oddziały. Dopiero, kiedy zauważyłem jego ruch
zrozumiałem, że musiał się nam do tej pory przyglądać. Instynktownie położyłem
dłoń na rękojeści swojego miecza, ale szybko się okazało, że nie będzie tutaj
konieczny. Wybuch nagłego zamieszania nie tkwił bynajmniej w tym, że ktoś
napadł na piknikujących ludzi.
Usłyszałem czyjeś westchnięcie, a później
zauważyłem, kto się do nas zbliża. Podeszła do nas kobieta, która nadal miała
hełm na głowie, który tylko dodawał jej wzrostu. W dłoni miała swoją ulubioną
długą włócznię. Żeby spojrzeć na jej twarz musiałem zadrzeć głowę. W mojej
Gwardii była praktycznie od zawsze. Przywykłem do jej niecodziennych gabarytów.
Oparła swoje wielkie łapy na szerokich biodrach.
— To tylko księżniczka —
zrelacjonowała, bo była jedną z pierwszych, którzy zareagowali na nagłe
zamieszanie, a kiedy w końcu przestała kręcić głową i się odezwała, miała zaskakująco
kobiecy, melodyjny głos, który pasował do jej rosłej sylwetki niczym pięść do
nosa. — Stwierdziła, że musi ukarać jedną ze swoich podwładnych, bo tamta
podała jej wachlarz, zamiast ją wachlować, więc publicznie wymierzyła jej
kilkanaście solidnych batów palcatem. Ja bym tak konia nawet nie potraktowała —
skrzywiła się, a na jej nierównej, brzydkiej twarzy wykwitł zły grymas. Pomimo
swojej postury i aparycji raczej odstraszającej, ta kobieta miała złote serce.
Czasem tylko nie potrafiła tego odpowiednio pokazać, zapewne dlatego, że tak
dużo czasu spędzała w towarzystwie wojskowych. Po chwili ocknęła się, a jej
twarz znowu stała się niezmącona złą myślą. — Kapłanko. Wiele dobrego słyszałam
o tobie, Esjo.
Bez skrępowania swoim brakiem manier,
wyciągnęła do dziewczyny swoją niedźwiedzią dłoń. Wychowana w prostym domu
nigdy nie nauczyła się zwrotów grzecznościowych i nie opanowała etykiety, a
wszystko, co robiła było tak słodko autentyczne. Nie chowała swoich intencji
pod grubą skórą, choć nigdy nie udawała, że lubi kogoś, kto grał jej na
nerwach.
— Tylko ostrożnie — wtrąciłem, a
uśmiech namalował się w kącikach moich ust. — Nie zmiażdż jej dłoni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz