piątek, 20 października 2017

CIII



       Tutaj, w cieniu drzew, które dawały nieco chłodu, jak i w otoczeniu ludzi odzianych, bądź mających pod swym ramieniem hełmy zdobione rogami, czułam się znacznie lepiej i swobodniej, niż przy całej zgrai strojnych ludzi. Może kiedyś się to zmieni, może przywyknę, gdy oddadzą mnie do mojego męża. Coraz częściej o tym myślałam, miałam już dwadzieścia lat, młodsze kapłanki wysyłano już do mężczyzn, więc i ja niedługo będę mogła przed tym uciekać. Z każdą nocą miałam świadomość tego, że moje przeznaczenie jest coraz bliżej, że przed nim nie ucieknę, chociaż przyznaję, chciałam. Teraz, gdy poznałam nowe życie, gdy odnalazłam miejsce w którym naprawdę czuję się dobrze, a nie po prostu egzystuję, bo nie mam innego wyboru. Kiedyś, przyznaję, chociaż niechętnie, kapłani wyjaśniliby mi, ze towarzystwo takiego Ithricka mi nie przystoi. Że jest on, nie szukając daleko prostakiem, z którym dama nie powinna mieć zbyt wiele wspólnego. Ja osobiście polubiłam towarzystwo tego mężczyzny. Nie udawał przynajmniej i nie ofiarował mi szacunku, na który jeszcze nie zdążyłam sobie zasłużyć. Mimo mej wielkiej sympatii do Nevana i Eliaha, to on jako pierwszy, miałam takie wrażenie, patrzył na mnie, jak na Esję, a nie na kapłankę. Pewnie nie robił tego specjalnie, nie miał na celu potraktowania mnie wyjątkowo, wręcz przeciwnie. Jego podejście do świata zwyczajnie nałożyło się na moje potrzeby względem innych ludzi. Odnaleźliśmy wspólny język, nie szukając go wcale. 
       Pochyliłam się nieco do przodu, aby Nevanowi był wygodniej mnie złapać. Przyznaję, byłabym w stanie zejść bez jego pomocy i nie wiem, co dokładnie mną kierowało. Może znów chciałam poczuć jego dotyk, porównać go do wczorajszego? Było to żałosne? Grzeszyłam tym małym wymuszeniem uprzejmości z jego strony? Na całe szczęście nie zrobiło się z tego żadne przedstawienie. Był wciąż taki... zasadniczo poprawny. Uśmiechnęłam się sama do siebie, trwało to zaledwie kilka chwil, może nawet nie trwało wcale? 
       Ludzie dookoła przestali nam się przyglądać tak, jakbyśmy byli czymś interesującym. Zwykłość. Słowo które przy nich poznałam. Przywykłam do tych ludzi, dziękowałam za każdą chwilę, gdy nie czynili ze mnie widowiska, gdy nie szeptali i nie patrzyli podejrzliwie. Można by pomyśleć, że jesteśmy z Nevanem sami, ale byłoby to błędne i nie zamierzałam popełniać takiego błędu. To co robimy tutaj, jest niezależne od tego, co było wczoraj. Sądziłam, że właśnie tego będzie ode mnie wymagał Nevan, że zwiększy dystans i nic nie powie. Myliłam się, przyznaję, nie miałam racji. Moje brwi uniosły się nieco, gdy zapytał o noc. Nie miałam przygotowanej żadnej odpowiedzi, bo i z jego strony nie spodziewałam się niczego. 
       - Tak, dziękuję... - odpowiedziałam pospiesznie, odruchowo i zaraz jak te słowa padły skrzywiłam się lekko, dając sobie sekundę na przemyślenie tego wszystkiego. - W zasadzie to nie... - zaprzeczyłam własnym słowom, jakby nie znając powodu, ale chyba tylko Nevan był w stanie to usłyszeć, bo cała reszta już zareagowała na poruszenie, jakie dobiegało od strony ksieżniczki. 
       Sama powiodłam spojrzeniem w tamtym kierunku, widząc, jak ludzie oficera rzucając się z pomocą. Wśród nich był też Eliah, a mnie ukuło coś w klatce piersiowej. Czy to poczucie winy? Dlaczego? Może powodem było to, że nie zauważyłam go wcześniej, że umknął mi między ludźmi Tealvasha. Tak chyba nie powinno być. Przecież był dla mnie ważny, oboje o tym wiedzieliśmy, więc skąd u mnie takie przeoczenie. Nieco otępiałym wzrokiem przyglądałam się całemu zajściu, jakby patrząc, lecz nic przy tym nie widząc. Dopiero, kiedy obraz zaczęła przysłaniać mi jakaś sylwetka, przez którą po chwili padł na mnie cień, obudziłam się z miejsca i nawet lekko drgnęłam, zadzierając głowę... byłam w prawdzie przyzwyczajona do tego gestu już przy Nevanie, ale kiedy dotarło do mnie, że przede mną stoi kobieta, nie mogłam wyjść z podziwu. 
       Gdyby nie wstrząsnęły mną słowa, jakie wypowiadała rudowłosa wojowniczka, to chyba gapiłabym się niegrzecznie przez długi czas. W pierwszej chwili byłam nieco przestraszona, w końcu była potężna i przyznaję, niezbyt urodziwa. Jej oczy jednak... wydawała sie z goła nie pasować do powłok jej ciała. Jakby ktoś opacznie nie tą duszę w błędną skórę opatulił. 
       Tak oto poznałam pierwszy raz, nieco bliżej jakąś damską przedstawicielkę obozu Nevana i szybko zrozumiałam, że się z nią polubię. Było to przeczucie tak pewne, że nie śmiałam go podważać żadnymi wątpliwościami. Potwierdziło to też lekkie speszenie, jakie chyba zauważyłam na jej twarzy, gdy Nevan, och to nie było takie częste - zażartował. 
       - Spokojnie, moja droga, nie jestem taka delikatna, żeby dać się łatwo uszkodzić - rzuciłam i najbardziej dziarskim sposobem, do jakiego byłam zdolna złapałam jej dłoń, która mogłaby chyba zamknąć całą moją szyję w uścisku. - Ja niestety o tobie słyszałam niewiele, jak powinnam się do ciebie zwracać? - zapytałam chętnie i szczerze chcąc zacieśnić nasze relacje. 
       - Girven - powiedziała krótko i uśmiechnęła sie w ten sam sposób, co ja, ze szczerością, jakiej nie można było nam w tej chwili odmówić. Kątem oka dostrzegłam jednak służkę, która bez wątpienia była tą poszkodowaną przez księżniczkę. 
       - Jeśli tak źle znosi upały, po co w ogóle wyruszała na to polowanie? - rzuciłam cierpko, czując, że nigdy nie zapałam sympatią do tej kobiety. Jak można w ogóle podnieść palcat na innych? Nie wiem, jak musiałabym być zdenerwowana, aby się tak zachować i to jeszcze przy ludziach. A dziewczyna niczym nie zawiniła. 
       - Żeby swoim cielskiem uprzykrzać nam życie... - mruknął kwaśno Ithrick i splunął sobie pod nogi. To akurat... no nigdy do tego nie przywyknę i zawsze będzie to dla mnie obrzydliwe. 
       - Lepiej uważać, skoro tak chętnie unosi rękę, raczej nie jest chętna do słuchania krytyki - westchnęłam, bo wraz z tymi słowami uświadomiłam sobie, że najpewniej obie dostaniemy zaszczytne miejsca pod baldachimem. Jak na życzenie, zaczął kierować się do nas sam książę, a ludzie Nevana siłą rzeczy stanęli prościej. Każdy skinął głową, chociaż dalekie to było od pełnych uznania pokłonów. 
       - Oficerze Tealvash, widzę, że podczas mojej nieobecności zawszę mogę liczyć na ciebie i twoich ludzi... wielce wam wdzięczny za opiekę, jaką sprawujecie nad moją towarzyszką - uśmiechnął się bajkowo, a mi chwilę zajęło, nim zrozumiałam, że o mnie mowa. W zasadzie pomogła mi to zrozumieć jego ręka, wyciągnięta w mojej stroną. Ujęłam ją niepewnie. - Moja droga, pozwól więc, że sam wskażę ci nasze miejsca, nim odjadę na polowanie. Może zechcesz dać mi swą wstążkę, na szczęście, najświętsza Esjo? - Zapytał zaraz, a ja zdziwiłam się nieco. Nie słyszałam o tym zwyczaju, jak mam być szczera. 
       - Potrzebujesz ode mnie szczęscia, panie? - zapytałam grzecznie, po czym odeszłam z nim w stronę dywanów, wcześniej skinieniem żegnając się z ludźmi Tealvasha. 
        - Szczęścia nigdy dość - zaśmiał się. 
       Ostatecznie wyciągnęłam z włosów jedną wstążkę, a on zawiązał ją wokół nadgarstka. Widziałam, że kilka dam się temu przyglądało, ale potem dostrzegłam, że niektóre również wiążą ozdobę na rękach niektórych mężczyzn. Mimo to czułam pewien niepokój, gdy książe odjeżdżał z fragmentem mojej garderoby. Oczekiwanie nie należało do najciekawszych. Poproszono mnie o zaśpiewanie kilku utworów. Siedziałam także w orszaku księżniczki, w którym miło rozmawiało mi się z jedną damą. Była bardzo głośna i zabawna, w zasadzie poprawiała mi humor. Lady Malsia była żoną jednego z doradców króla, pochodziła ze stolicy i już zdążyła mi opowiedzieć o niej więcej, niż byłam w stanie pojąć. Mimo to przy niej czas po prostu szybciej leciał. Nim się obejrzałam mężczyźni wrócili, a wraz z nimi łupy zebrane przez nich na polowaniu. W tym książę, dumnie kroczący przed jeleniem. 
       - No nareszcie, myślałam, że już nigdy nie wrócą - odezwała się księżniczka, odrzucając przy tym włosy w tył. Nie mogłam się z nią niestety nie zgodzić, bo i ja czekałam, że się pojawią. Wśród ludzi, którzy przybyli zauważyłam także Eliaha i Nevana, jadących przy sobie i jeśli się nie mylę, rozmawiających. W jednej chwili moje spojrzenie się z nimi skrzyżowało. Uśmiechnęłam się, pomachałam... ale odmachał jedynie jadący przed nimi książę, który chyba uznał to za zaproszenie, bo zaraz ruszył do mnie. Grzecznie więc podniosłam się z miejsca, chcąc dygnąć mu na powitanie. Wtedy też podbiegł nieco szybciej, klęknął na kolano i złapał moje dłonie. 
       - Esjo! Przyniosłaś więcej szczęścia, niż mógłbym się spodziewać! - zaśmiał się, ucałował moje dłonie, po czym poderwał się i odwrócił. - Muzykanci! Czas zacząć zabawę! - zawołał radośnie, a ja nadal stałam jak osłupiała. Dlatego też poczułam potrzebę, aby odetchnąć, zdystansować się i chwila zamieszania mi an to pozwoliła. Znów odszukałam wzrokiem znajome hełmy i ruszyłam w ich kierunku, prosto do Nevana i Eliaha. 
       - Ostatnio, gdy do nas podchodziłaś byłaś weselsza - odezwał się blondyn, gdy byłam już blisko. Ta uwaga nieco mnie speszyła. 
       - Najwyraźniej wraz z waszym zniknięciem, mój humor się pogorszył - odpowiedziałam niepewnie, co chyba go nieco zaskoczyło, ale zaraz zaśmiał się ciepło. 
       - Słyszałeś, Nevanie? Esjo, chyba nie chcesz powiedzieć, że towarzystwo wojaków milsze ci jest, od wygód i dworzan - zażartował, a ja spojrzałam na niego spode łba. 
       - Pytasz, a wiesz - mruknęłam i poprawiłam misterne upięcie, które niezwykle mnie irytowało, a jakoś tak po uwadze zastępcy było jeszcze bardziej denerwujące, niż wcześniej. - Przynajmniej nie wszyscy dworzanie są przerażający. Lady Malsia jest bardzo przyjemna. 
       - Czyżbyś zyskała pierwszą przyjaciółkę? Bardzo mnie to cieszy - znów używał tego tonu, jakiego mógłby używać ojciec, gdybym go miała. Lubiłam, gdy tak się zachowywał, a jednak teraz, pierwszy raz, będąc przy Nevanie czułam się nieco skrępowana. Odwróciłam spojrzenie i dopiero po chwili zdecydowałam się na to, by unieść wzrok na czerwone tęczówki. 
       - Do której będę musiała tutaj zostać? Nawet nie wiem, ile takie pikniki trwają... Goście odchodzą razem, czy mogą osobno? - zapytałam, próbując nie zdradzać tego, że najchętniej już bym się zbierała. Oczywiście udawałam, że tak nie jest. Miałam też świadomość, że conajmniej do zjedzenia mięsa nie ma szans, bym opuściła towarzystwo. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/