piątek, 20 października 2017

CIV



        Ruda kobieta miała w sobie tyle gracji ile wielki trupojad na lodzie, a przy Esji wydawała się być jeszcze większa i jeszcze mniej zgrabna niż normalnie, bez kontrastu. Odchyliłem głowę do tyłu, a wiatr przyjemnie wdzierał się pomiędzy pasma moich włosów, rozwiewając je. Stanie w cieniu miało więcej praktycznych zastosowań, ale dostojnicy, którzy przyjechali tu ze stolicy traktowali tak ostre i ciepłe słońce jak cud natury. Nic dziwnego. W mieście panuje wieczna zima, a słońce jest chłodne i nieprzystępne, zawsze zawieszone nisko nad horyzontem. Ci ludzie po prostu nigdy wcześniej prawdopodobnie nie mieli okazji się opalić, a chowanie się w cieniu wydawało im się marnotrawstwem.
        Wyprostowałem się, widząc księcia, ale nie wtrąciłem się ani słowem. Kiedy tamta dwójka odeszła zająłem się wydawaniem poleceń i rozkazów swoim podwładnym, wyznaczając poszczególne warty i partole, które miały sprawdzać okoliczny las. Wolałem nie igrać z losem i zabezpieczyć całą polanę najlepiej, jak to było możliwe. Nawet, jeśli jakikolwiek atak tak blisko bazy wojskowej był praktycznie niemożliwy.
        Polowanie było popularną rozrywką, zwłaszcza wśród niekoniecznie najbogatszych kręgów szlacheckich rodzin. Ci, którzy mieszkali z dala od głównego miasta Aletharionu musieli na co dzień zmagać się z dziką zwierzyną, ale dworskie życie rzadko miało okazję zaznać polowań. Dlatego wyprawy cieszyły się wielką popularnością. Wszyscy na tym zyskiwali – być może jedynie nie zwierzęta, które najpierw bywały zaszczute, a później mordowane. Nie, żeby interesowało mnie życie ani przetrwanie pewnych gatunków. Tak odległe sprawy nie interesowały mnie wcale, ale udział w polowaniu uznałem za marnotrawstwo czasu. Zmuszony byłem towarzyszyć księciu osobiście, także Eliah, który siedział na koniu i jechał obok mnie. Nie wątpiłem też w to, że zostawiłem swoich ludzi nieporadnych. Byli tak zorganizowani i wyszkoleni, żeby funkcjonować nawet bez obecności wyraźnego zwierzchnika. To nie dzieciaki, które chcą wspinać się po szczeblach kariery wojskowej i wykorzystują do tego każdy chwyt. Ufałem im tak, jak ufa się własnym ramionom w walce.
        Eliah nie był zbyt rozmowny, wydawał się zamyślony, ale za to książę nadrabiał za całą naszą wyprawę. Nawet ze sporej odległości słyszałem jego przechwałki, ile on to już dzikich zwierząt nie upolował i jak dobrze radzi sobie w jeździectwie. Wyprawa nie zajęła dłużej, niż dwie godziny. Nie była też mało lukratywna, co mile łechtało z pewnością napompowane już ego Azira.
        Wracając nie czułem się ani odrobinę zmęczony. Wpadliśmy na polanę kłusem, a później książę zwolnił na początku kolumny do stępa i tak podeszliśmy do kobiet, które zostały na polanie. Księżniczka wstała powoli, jakby nasz powrót niezbyt zainteresował jej osobę, ale reszta kobiet okazała znacznie więcej podekscytowania i ciekawości. Niedługo później w centrum łysego pagórka zrobiło się tłoczno jak w ulu, skierowałem więc swojego konia w miejsce, gdzie stały inne wojskowe rumaki. Nie odmachałem Esji, bo uczynił to za mnie Azir. Udałem, że nie widzę tego gestu i z obojętnością wymalowaną na twarzy odwróciłem spojrzenie. Nie było to przekonujący gest. Ale blondynkę szybko zajęło co innego: wielkie osiągnięcia księcia, którymi już na pewno się przed nią popisywał, bo puszył się jak paw.
        Nawet później, kiedy dziewczyna podeszła do nas, z nieco markotnym wyrazem twarzy. To Eliah mówił, a ja przysłuchiwałem się rozmowie jednym uchem. Spojrzeniem wyłowiłem młodą dziewczynę, która siedziała na skraju polany, skurczona, z opuszczoną głową, robiła coś na ziemi. Miała splątane, brudne włosy, wydawała się młoda. Na chwilę skupiłem na niej spojrzenie, ale później odezwała się Esja. Skupiłem na niej wzrok, mrużąc oczy niebezpiecznie.
        — Nie mam zbyt wiele doświadczenia z polowaniami — odpowiedziałem nieco oschle, ale zgodnie z prawdą.
        Eliah jednak od razu przyszedł z wyjaśnieniem, rozkładając dłonie na boki. Ktoś zajął się uprzejmie naszymi wierzchowcami, podczas gdy ja zająłem się lokalizowaniem swoich oddziałów.
        — Musimy tu wszyscy zostać aż do rozkazu księcia. Cała karawana wraca razem, oczywiście mowa tu o dostojnikach. Służba i niewolnicy zostaną, żeby zabrać całą resztę rzeczy pod czujnym okiem straży — skrzywił się nieco, jakby myślenie o tym nie było dla niego najwygodniejszym tematem. Eliah był osobą, którą zazwyczaj dotykało cierpienie innych. Martwił się, troszczył. Moim zdaniem to były jedyne cechy, które stały na przeszkodzie stworzenia z niego żołnierza idealnego, ale on zawsze zbywał to śmiechem. Mówił, ze w naszej dwójce musi znajdować się ktoś z ludzkimi uczuciami. I pewnie miał rację. Nigdy mu nie zaprzeczałem. — Żeby niczego nie ukradli.
        — Taka procedura — wzruszyłem ramionami, wcinając się w zdanie.
        Blondwłosy był pod pewnym względem podobny do Esji. On także starał się zobaczyć we mnie coś ludzkiego, coś głębszego, choć nigdy nie robił tego tak otwarcie. Drążył skałę niczym krople wody, subtelnie, nieustannie. Tylko on czasami potrafił przemówić mi do rozsądku, zwłaszcza za czasów, kiedy dopiero zaczynałem.
        Czyli dawnych czasów. Nie było sensu w ogóle o tym myśleć. Odchrząknąłem.
        Na polanie zaczęła grać muzyka, włączały się różne głosy i instrumenty, a upolowane mięso wsadzono na rożen i położono nad ogniem. W miarę z upływem czasu, zaczynało się robić głośniej i jakby weselej, chociaż słońce stało jeszcze wysoko na niebie. Bez wątpienia ktoś przybył także z beczką nieodłącznego alkoholu. Albo kilkunastoma.
        — Przynajmniej oni nieźle się bawią — dodał z rozrzewnieniem Eliah, patrząc po zbiorowisku. — Chyba powinnaś do nich wrócić, Esjo, zanim ktoś się oburzy, że tak długo przebywasz w naszym towarzystwie. — Choć mężczyzna powiedział to uprzejmie, z troską, to w jego głosie brzmiała twarda nuta, która nie znosiłaby sprzeciwu. Blondyn gotowy był negocjować z dziewczyną, na wypadek, gdyby zgłosiła sprzeciw.
        Nie zdążyliśmy jednak nic zrobić, kiedy zauważyłem, ze w naszą stronę kieruje się znajoma sylwetka. Książę maszerował szybko, prosto w naszym kierunku. Nawet nie drgnąłem, nie siląc się na wyrazy szacunku. Jego spojrzenie było wbite w dziewczynę.
        — Najświętsza! — zawołał, a wiatr rozwiał mu włosy. Miał zaróżowione policzki. Niewątpliwie nie spowodowane to było już pędem wiatru na polowaniu. — Szukałem cię, najdroższa bogom i ludziom. Powinnaś do nas dołączyć, świętujemy i bawimy się. Będą pokazy poezji, sztuk pięknych i akrobacji, które przygotowaliśmy w twoim imieniu.
        Wymieniłem z Eliahem porozumiewawcze spojrzenia. Książę ignorował naszą obecność, ale nie to było najgorsze. Stało się to dopiero, kiedy przeniósł na nas swoje pełne pogardy spojrzenia. Czyżby nie w smak mu było, że kapłanka wybierała nasze towarzystwo ponad jego? Z ledwością udało mi się powstrzymać ironiczny wyraz twarzy. Złapał dłoń Esji, szarpiąc lekko w swoją stronę, jakby chciał ją odciągnąć, ale później się rozmyślił. Eliah drgnął, zrobił pół kroku w stronę pary. Ja zostałem bez ruchu, czujnie ich obserwując.
        — Wy, żołnierze — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Nie zajmujcie uwagi naszego najświętszego gościa. To zabawa na cześć Esji. — Dziewczyna, nawet jeśli chciałaby coś wtrącić, nie miała do tego okazji. Podobnie jak żaden z nas. Tyle tylko, ze i ja i Eliah mieliśmy wystarczająco rozumu, żeby nie wchodzić Azirowi w słowo. — Pamiętajcie, że nie jesteście tu dla zabawy, a na służbie. Zapominanie o swoich obowiązkach nie będzie mile widziane u waszych przełożonych.
          Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, książę odwrócił się napięcie i z większym szacunkiem poprowadził kapłankę za sobą. Oboje w ciszy przyglądaliśmy się plecom odchodzącej od nas pary.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/