Ruda kobieta miała w sobie tyle gracji
ile wielki trupojad na lodzie, a przy Esji wydawała się być jeszcze większa i jeszcze
mniej zgrabna niż normalnie, bez kontrastu. Odchyliłem głowę do tyłu, a wiatr
przyjemnie wdzierał się pomiędzy pasma moich włosów, rozwiewając je. Stanie w
cieniu miało więcej praktycznych zastosowań, ale dostojnicy, którzy przyjechali
tu ze stolicy traktowali tak ostre i ciepłe słońce jak cud natury. Nic
dziwnego. W mieście panuje wieczna zima, a słońce jest chłodne i nieprzystępne,
zawsze zawieszone nisko nad horyzontem. Ci ludzie po prostu nigdy wcześniej
prawdopodobnie nie mieli okazji się opalić, a chowanie się w cieniu wydawało im
się marnotrawstwem.
Wyprostowałem się, widząc księcia, ale
nie wtrąciłem się ani słowem. Kiedy tamta dwójka odeszła zająłem się wydawaniem
poleceń i rozkazów swoim podwładnym, wyznaczając poszczególne warty i partole,
które miały sprawdzać okoliczny las. Wolałem nie igrać z losem i zabezpieczyć
całą polanę najlepiej, jak to było możliwe. Nawet, jeśli jakikolwiek atak tak
blisko bazy wojskowej był praktycznie niemożliwy.
Polowanie było popularną rozrywką,
zwłaszcza wśród niekoniecznie najbogatszych kręgów szlacheckich rodzin. Ci,
którzy mieszkali z dala od głównego miasta Aletharionu musieli na co dzień
zmagać się z dziką zwierzyną, ale dworskie życie rzadko miało okazję zaznać polowań.
Dlatego wyprawy cieszyły się wielką popularnością. Wszyscy na tym zyskiwali –
być może jedynie nie zwierzęta, które najpierw bywały zaszczute, a później
mordowane. Nie, żeby interesowało mnie życie ani przetrwanie pewnych gatunków.
Tak odległe sprawy nie interesowały mnie wcale, ale udział w polowaniu uznałem
za marnotrawstwo czasu. Zmuszony byłem towarzyszyć księciu osobiście, także
Eliah, który siedział na koniu i jechał obok mnie. Nie wątpiłem też w to, że
zostawiłem swoich ludzi nieporadnych. Byli tak zorganizowani i wyszkoleni, żeby
funkcjonować nawet bez obecności wyraźnego zwierzchnika. To nie dzieciaki,
które chcą wspinać się po szczeblach kariery wojskowej i wykorzystują do tego każdy
chwyt. Ufałem im tak, jak ufa się własnym ramionom w walce.
Eliah nie był zbyt rozmowny, wydawał
się zamyślony, ale za to książę nadrabiał za całą naszą wyprawę. Nawet ze
sporej odległości słyszałem jego przechwałki, ile on to już dzikich zwierząt
nie upolował i jak dobrze radzi sobie w jeździectwie. Wyprawa nie zajęła
dłużej, niż dwie godziny. Nie była też mało lukratywna, co mile łechtało z
pewnością napompowane już ego Azira.
Wracając nie czułem się ani odrobinę
zmęczony. Wpadliśmy na polanę kłusem, a później książę zwolnił na początku
kolumny do stępa i tak podeszliśmy do kobiet, które zostały na polanie.
Księżniczka wstała powoli, jakby nasz powrót niezbyt zainteresował jej osobę,
ale reszta kobiet okazała znacznie więcej podekscytowania i ciekawości.
Niedługo później w centrum łysego pagórka zrobiło się tłoczno jak w ulu,
skierowałem więc swojego konia w miejsce, gdzie stały inne wojskowe rumaki. Nie
odmachałem Esji, bo uczynił to za mnie Azir. Udałem, że nie widzę tego gestu i
z obojętnością wymalowaną na twarzy odwróciłem spojrzenie. Nie było to
przekonujący gest. Ale blondynkę szybko zajęło co innego: wielkie osiągnięcia
księcia, którymi już na pewno się przed nią popisywał, bo puszył się jak paw.
Nawet później, kiedy dziewczyna
podeszła do nas, z nieco markotnym wyrazem twarzy. To Eliah mówił, a ja
przysłuchiwałem się rozmowie jednym uchem. Spojrzeniem wyłowiłem młodą
dziewczynę, która siedziała na skraju polany, skurczona, z opuszczoną głową,
robiła coś na ziemi. Miała splątane, brudne włosy, wydawała się młoda. Na
chwilę skupiłem na niej spojrzenie, ale później odezwała się Esja. Skupiłem na
niej wzrok, mrużąc oczy niebezpiecznie.
— Nie mam zbyt wiele doświadczenia z polowaniami
— odpowiedziałem nieco oschle, ale zgodnie z prawdą.
Eliah jednak od razu przyszedł z
wyjaśnieniem, rozkładając dłonie na boki. Ktoś zajął się uprzejmie naszymi
wierzchowcami, podczas gdy ja zająłem się lokalizowaniem swoich oddziałów.
— Musimy tu wszyscy zostać aż do
rozkazu księcia. Cała karawana wraca razem, oczywiście mowa tu o dostojnikach.
Służba i niewolnicy zostaną, żeby zabrać całą resztę rzeczy pod czujnym okiem
straży — skrzywił się nieco, jakby myślenie o tym nie było dla niego
najwygodniejszym tematem. Eliah był osobą, którą zazwyczaj dotykało cierpienie
innych. Martwił się, troszczył. Moim zdaniem to były jedyne cechy, które stały
na przeszkodzie stworzenia z niego żołnierza idealnego, ale on zawsze zbywał to
śmiechem. Mówił, ze w naszej dwójce musi znajdować się ktoś z ludzkimi
uczuciami. I pewnie miał rację. Nigdy mu nie zaprzeczałem. — Żeby niczego nie ukradli.
— Taka procedura — wzruszyłem
ramionami, wcinając się w zdanie.
Blondwłosy był pod pewnym względem
podobny do Esji. On także starał się zobaczyć we mnie coś ludzkiego, coś
głębszego, choć nigdy nie robił tego tak otwarcie. Drążył skałę niczym krople
wody, subtelnie, nieustannie. Tylko on czasami potrafił przemówić mi do
rozsądku, zwłaszcza za czasów, kiedy dopiero zaczynałem.
Czyli dawnych czasów. Nie było sensu w
ogóle o tym myśleć. Odchrząknąłem.
Na polanie zaczęła grać muzyka,
włączały się różne głosy i instrumenty, a upolowane mięso wsadzono na rożen i
położono nad ogniem. W miarę z upływem czasu, zaczynało się robić głośniej i
jakby weselej, chociaż słońce stało jeszcze wysoko na niebie. Bez wątpienia
ktoś przybył także z beczką nieodłącznego alkoholu. Albo kilkunastoma.
— Przynajmniej oni nieźle się bawią —
dodał z rozrzewnieniem Eliah, patrząc po zbiorowisku. — Chyba powinnaś do nich
wrócić, Esjo, zanim ktoś się oburzy, że tak długo przebywasz w naszym
towarzystwie. — Choć mężczyzna powiedział to uprzejmie, z troską, to w jego
głosie brzmiała twarda nuta, która nie znosiłaby sprzeciwu. Blondyn gotowy był
negocjować z dziewczyną, na wypadek, gdyby zgłosiła sprzeciw.
Nie zdążyliśmy jednak nic zrobić, kiedy
zauważyłem, ze w naszą stronę kieruje się znajoma sylwetka. Książę maszerował
szybko, prosto w naszym kierunku. Nawet nie drgnąłem, nie siląc się na wyrazy
szacunku. Jego spojrzenie było wbite w dziewczynę.
— Najświętsza! — zawołał, a wiatr
rozwiał mu włosy. Miał zaróżowione policzki. Niewątpliwie nie spowodowane to
było już pędem wiatru na polowaniu. — Szukałem cię, najdroższa bogom i ludziom.
Powinnaś do nas dołączyć, świętujemy i bawimy się. Będą pokazy poezji, sztuk
pięknych i akrobacji, które przygotowaliśmy w twoim imieniu.
Wymieniłem z Eliahem porozumiewawcze
spojrzenia. Książę ignorował naszą obecność, ale nie to było najgorsze. Stało
się to dopiero, kiedy przeniósł na nas swoje pełne pogardy spojrzenia. Czyżby
nie w smak mu było, że kapłanka wybierała nasze towarzystwo ponad jego? Z
ledwością udało mi się powstrzymać ironiczny wyraz twarzy. Złapał dłoń Esji,
szarpiąc lekko w swoją stronę, jakby chciał ją odciągnąć, ale później się
rozmyślił. Eliah drgnął, zrobił pół kroku w stronę pary. Ja zostałem bez ruchu,
czujnie ich obserwując.
— Wy, żołnierze — wycedził przez
zaciśnięte zęby. — Nie zajmujcie uwagi naszego najświętszego gościa. To zabawa
na cześć Esji. — Dziewczyna, nawet jeśli chciałaby coś wtrącić, nie miała do
tego okazji. Podobnie jak żaden z nas. Tyle tylko, ze i ja i Eliah mieliśmy
wystarczająco rozumu, żeby nie wchodzić Azirowi w słowo. — Pamiętajcie, że nie
jesteście tu dla zabawy, a na służbie. Zapominanie o swoich obowiązkach nie
będzie mile widziane u waszych przełożonych.
Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać,
książę odwrócił się napięcie i z większym szacunkiem poprowadził kapłankę za
sobą. Oboje w ciszy przyglądaliśmy się plecom odchodzącej od nas pary.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz