sobota, 21 października 2017

CV



       Nevan wydawał mi się dziwnie ponury, ale może zwyczajnie był taki, jak zwykle, a ja po prostu spodziewałam się czegoś, czego nigdy nie powinna się spodziewać? W każdym razie to Eliah odpowiedział na moje słowa, wyjaśniając mi wszystko, nie przejmując się tym, że te słowa nie muszą mi się koniecznie spodobać. Myślę, że wiedział o tym, a chociaż w jego głosie zabrzmiała znajoma mi nuta, wyjaśniająca, że to nie czas się sprzeczać, to jednak otwierałam już usta. Komu niby ma przeszkadzać to, z kim wolę spędzać czas? Moje zdanie się nie liczy? Mam udawać, że to wszystko mnie bawi? Może jeszcze trwać przy księżniczce i nie zwracać uwagi na jej zachowanie, które dla mnie miejscami było karygodne, ale póki co nie zwróciłam jej uwagi na nic. W wojsku był przynajmniej rygor, zasady, które były pierwszym, co poznałam po opuszczeniu światyni. Przywykłam do tych ludzi, do żołnierzy i może dlatego tak dziwne wydawało mi się miejscami zachowanie dworzan. To zabawne... nie byłam ani szlachcianką, ani wojowniczką, a jednak złapałam siebie nieraz na tym, by w towarzystwie dam pomyśleć "u nas się tak nie zachowujemy", mając w domyśle obóz. U nas... Jak to pięknie brzmiało, a ileż było w tym nieprawdy, tylko ja mogłam wiedzieć. 
       Nim zebrałam się na słowa sprzeciwu, poparte dobrymi argumentami, musiałam się odwrócić, gdyż do naszego towarzystwa dołączył książę Azir. Dotychczas znałam jedynie jego miłą, żartobliwą naturę, dlatego tak mną wstrząsną obraz, jaki teraz stał przed moimi oczami. Skrzywiłam się nieco, mając go cały czas za nieszkodliwego panicza. Mimo jego słów, ani Eliah, ani Nevan nic nie powiedzieli. Ja jedynie stęknęłam cichutko, gdy pociągnął mnie za rękę. Gest nieco krępujący, odważny i na pewno niespodziewany.
       Nie miałam wyboru. Musiałam z nim ruszyć, pozostawiając za sobą dwóch rosłych mężczyzn. Przyznaję, że chwilę zajęło mi, nim zrozumiałam, co właśnie się stało, a przede wszystkim nim przenalizowałam jego słowa i odzyskałam zdolność mówienia. 
       - Mój panie... - zwróciłam na siebie jego uwagę. Musiałam być delikatna, tak podpowiadał mi rozsądek. Dlatego też, w chwili, w której się do mnie odwrócił, uśmiechnęłam się grzecznie. - Nie musiałeś być dla nich taki szorstki. To moi wybawiciele i sama do nich podeszłam - przypomniałam, zwalniając nieco i tym razem monarcha dostosował się do mojego tempa. 
       Miałam wrażenie, że na jego twarzy pojawiło się naraz wiele skrajnych emocji. Jakby analizował jak powinien się zachować, jaką drogę obrać. Tak oto, z dziwnego oburzenia przeszedł w przyjemny, może nawet nieco protekcjonalny uśmiech. 
       - Moja mała, bezbronna Esjo... - westchnął. Nieco zaskoczyła mnie to wypowiedź. Poczułam, tak częstą przy nim krępację. Może nawet pod naciskiem jego spojrzenia zarumieniłam się, co w mym mniemaniu przypadło mu do gustu. Uniósł dłoń, wodził palcami w powietrzu, jakby chciał dotknąć mego polika, ale rozmyślił się zaraz. - Żołnierze mają ciebie chronić, ale lepiej za bardzo im nie ufać... chyba nie muszę ci mówić, jakie większość z nich ma podejście do kobiet? - zapytał wprost, a ja uniosłam brwi. 
       - Nie rozumiem... - przyznałam bardzo cicho. Zaśmiał się krótko, sam ułożył moją rękę tak, bym szła z nim pod ramię i zaczął prowadzić w stronę naszego miejsca. 
       - Wojna to okrutne kampania, a ludzie jej oddani... sami stają się okrutni. Z dala od rodzin, kobiety postrzegają niczym bestie patrzące na zwierzynę. Obawiam się, moja miła, że w świątyni widziałaś to, o czym mówię - te słowa sprawiły, że zrobiło mi się z miejsca niedobrze. Fala wspomnień, tak usilnie skrywanych zaatakowała znienacka. Krzyki dziewczyn, śmiechy i warknięcia barbarzyńców. Zachwiałam się nieco, ale Azir pomógł mi usiąść. 
       - Oni tacy nie są... - powiedziałam jedynie, a on spojrzał na mnie opiekuńczo. 
       - Dla ciebie nie są, ale czy wiesz, jacy są dla innych? - podał mi kielich. Nie odpowiedziałam. Nie chciałam z nim dyskutować. Od tej chwili byłam jedynie cieniem towarzysza rozmów. 
       Niewiele zjadałam, a to co faktycznie znalazło się w moim żołądku było raczej wyrazem kurtuazji, niż chęcią jedzenia. Na występy patrzyłam nieobecnym wzrokiem, z każdą minutą czując się coraz gorzej. Tak długo, jak książę był w centrum uwagi, mogłam sobie sama istnieć, nie przejmując się niczym. Czas mijał, zaczęło dopiero zmierzchać. Dookoła zrobiło się, jak to określiłam... niebezpiecznie. Kiedy cały ten czas mi przeleciał? Poznałam tylu ludzi, ktoś tam biegał, jakaś roześmiana panna siedziała na czyiś kolanach, ktoś tańczył, ogień puszczał w powietrze pełno małych iskierek, drewno strzelało co jakiś czas. Muzyka. Śpiew. Wrzask. Śmiech. Krzyk. Uderzenie. Pocałunki. Chichoty. 
       - ESJO! - podskoczyłam, wyrwana ze stanu, który chyba można nazwać snem na jawie. Odwróciłam wzrok od ognia, spojrzałam na księcia i dotarło do mnie, że trzyma moje ramiona. Dało się od niego czuć alkohol. Od każdego dało się tutaj go wyczuć. Zamrugałam patrząc na księcia nieco pewniej. 
       - Przepraszam, mój panie, zamyśliłam się - powiedziałam skołowana, ale nie puścił mnie mimo to. Przysunął się bardziej, nachylił twarz by jego usta znalazły się przy moim uchu, które sam odsłonił z włosów. 
       - Widzę, że nie czujesz się najlepiej. Może spacer nam pomoże? - zaproponował i autentycznie zyskał tym moją wdzięczność. Poczułam się lepiej, gdy podawał mi dłoń. Uznałam, że nie widzę, jak jakiś szlachcic oblepia dłońmi rozchichotaną tancerkę. Takie zachowanie przy księciu? On sam był tym nieprzyjęty. Nic nie rozumiałam. 
       Z każdym krokiem odgłos muzyki cichnął, powietrze było chłodniejsze, a tym samym koiło nerwy. Mogłam się uspokoić, a tego naprawdę potrzebowałam. 
       - Dziękuję, panie... zgiełk źle na mnie działa - pierwsza przerwałam ciszę, która dotychczas zmącona była jedynie odgłosem łamanych gałązek pod naszymi nogami. Azir nie odpowiedział od razu, jedynie pokiwał głową na boki i objął mnie ramieniem. 
       - To ja ci dziękuję, Esjo. Ja również marzyłem o chwili z tobą, sam na sam - w końcu udzielił odpowiedzi, która mnie zaskoczyła. Spojrzałam na niego pytająco, jednak jego wzrok utkwiony był w czymś przed nami. Mimo to jego postawa wskazywała na to, że nie skończył mówić i szybko zrozumiałam, że mam rację. - Od chwili, w której cię poznałem, czułem, że jest między nami więź. Nie, nie próbuj zaprzeczać... nie chcę słyszeć, żeś tylko kapłanką. W moich oczach jesteś wszystkim, Esjo - w końcu na mnie spojrzał, a do mnie dotarło, że nie słyszę już prawie w ogóle muzyki. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć, ale nie czułam się pewnie. 
       - Mój panie, ja... - ucięłam, a on zmniejszył między nami dystans. Odruchowo wykonałam krok w tył. 
       - Ty...? Cóż chcesz mi powiedzieć, najdroższa Esjo? - zapytał i tym razem nie wahał się, ale dotknął delikatnie mego polika. - Widzę, jak się przy mnie rumienisz, słyszę bogów, wiem, że nie bez powodu zesłali cię przed me szlachetne oblicze - zaśmiał się, ale mi do śmiechu nie było. Zrobiłam kolejne dwa kroki w tył, aż plecami napotkałam na konar drzewa. To ponownie rozbawiło mojego towarzysza. - Nie udawaj... przy mnie nie musisz, wiem, jak na mnie patrzysz - przyparł do mnie. Czułam jedynie, jak serce zaczyna mi bić z taką szybkością, jakby zaraz miało wybuchnąć. 
       - Książę, źle mnie zrozumiałeś... - odezwałam się w końcu, czując, że dalsze milczenie mi nie pomoże. Tylko, że jego twarz już zawisła przy mojej. Znów poczułam zapach alkoholu, a potem drgnęłam, gdy odrzucił moje włosy i przejechał palcami po mojej szyi. 
       - Ciiii... to nic złego - wyszeptał napierając na mnie mocniej. - Oboje jesteśmy święci... grzechem byłoby nie wykorzystać takiej szansy... - nic więcej nie powiedział, ale ja już nie miałam czasu, aby zastanawiać się nad słowami. Zamiast tego postanowiłam działać, przypominając sobie kilka ruchów z treningów. Ostatecznie dość pokraczne je wykorzystałam, ale książę jęknął i zaraz zwolnił uścisk, a ja odskoczyłam, oddychając ciężko z przerażeniem wymalowanym na twarzy. 
       - Nie masz prawa mnie dotykać, panie! - zawołałam oburzona, lecz przez mój stan nie brzmiało to zbyt przerażająco. Mimo to mężczyzna rozszerzył oczy, jakby zrozumiał, że poległ i jakie mogą być tego konsekwencje. 
       - Esjo, ja... nie chciałem ciebie urazić... - zaczął, wyciągając ręce, jakby oswajał dzikie zwierze. - Proszę, nie bądź zła... wróćmy do zabawy, koniec ze spacerem - zaproponował, a ja zdążyłam zrobić już następne dwa kroki w tył. 
       - Nigdzie już z tobą nie pójdę książę! Zastaw mnie samą, proszę - nie czekałam na jego odpowiedź, odwróciłam się i puściłam biegiem. Słyszałam, jak zawołał moje imię, ale mnie nie gonił. Byłam przerażona, jak w dzień rzezi. Nogi same niosły, chociaż nie znałam tego lasu i nie miałam celu podróży. Biegłam tak długo, aż nie dotarłam do jakiegoś strumyka, z rozpędu i nieuwagi wbiegając do niego aż po kolana, mocząc nie tylko buty, ale i suknię. Cofnęłam się zaraz, znalazłam dużą wyrwę skalną i usiadłam pod nią, skuliłam się. 
       Byłam przerażona. Teraz gdy dotarło do mnie wszystko. Jak mogłam czuć się bezpiecznie, po co w ogóle tu przybyłam.... minęło kilka minut, w czasie których w ogóle nie przejmowałam się tym, gdzie jestem. Po prostu zwinęłam się w kulkę, obejmując kolana ramionami. Nie wiedziałam, czy płaczę, czy nie. Mało wiedziałam. 
       - Parszywiec... ktoś taki, jak on śmiał źle mówić o żołnierzach... - stęknęłam sama do siebie, przecierając twarz. Nie miał prawa oceniać innych, samemu zachowując się w ten sposób. Czułam nadal zapach jego oddechu i dotyk na swojej szyi. Złapałam za nią, jakby z obrzydzeniem. Strach nie mijał, ale nie miałam zbyt wiele sił. Nie chciałam też tam wracać i w zasadzie to nie wiedziałam, czy znajdę drogę. Powoli docierało do mnie, jak nieuważnie się zachowałam. Jeszcze mocniej przytuliłam się do głazu, teraz czując się tak, jakby z każdej strony mógł nadejść potencjalny atak. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/