Zmrużyłem oczy. Dziewczyna wyglądała
jak zaszczute zwierzę. A jedynym drapieżnikiem, jakiego do tej pory poznałem i
który pozostawia swoją ofiarę żywą, był człowiek. Oparłem dłoń chronioną przez
grubą warstwę skórzanego ochraniacza na kamieniu, lekko powyżej swojej głowy i
pochyliłem się lekko w przód. Oparcie zapewniało nieco więcej stabilności.
Dookoła szybko zapadała ciemność, a ja nie wziąłem ze sobą nawet pochodni. Mój
wzrok jednak powoli przyzwyczajał się do panującego półmroku. Niebo na
zachodzie nadal było w odcieniach głębokiej czerwieni, ale w lesie rozłożyste
korony drzew ograniczały widoczność.
Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem
ślady na jej szyi i krew na dłoniach. Miała zniszczoną suknię, wyglądała niczym
siedem nieszczęść i w niczym nie przypominała takiej Esji, za jaką ją miałem.
Nie potrafiłem jednak rzeczowo ocenić, czy mnie to zawiodło.
Skupiłem swoją uwagę, kiedy zaczęła
mówić o lesie, nic jednak więcej nie dodała. Nie zamierzałem naciskać,
dopytywać się. Z ulgą jednak zauważyłem, że kapłanka sama postanowiła wyjść ze
swojej kryjówki i nie będę musiał się uciekać do ostateczności wyciągnięcia jej
stamtąd siłą. Koń za moimi plecami prychnął, niepewny tej sytuacji i
pojawiającej się dziewczyny. Czułem, że wierzchowiec nieufnie cofa się o krok i
przebiera kopytem w żwirze. Ale nie odszedł. Nie uciekł. Ufał mi tak samo, jak
ta dziewczyna, choć żadnemu z nich nigdy nie dałem powodów do tego, żeby obarczali
mnie swoim zaufaniem.
Nie miałem chwili czasu do namysłu,
kiedy ona wpadła w moje ramiona, nieświadomie przed nią otworzone szeroko. Moje
powieki rozchyliły się szeroko, czując na sobie dotyk jej dłoni, zaciskanych
usilnie na fragmentach mojej zbroi. Ponownie znaleźliśmy się w ten sytuacji,
tak podobnej do wczorajszej i jednocześnie tak zupełnie innej. Odchrząknąłem
cicho. Będę musiał ją uprzedzić, żeby tego nie robiła tak nagle, pomyślałem.
Ale to kiedy indziej… Nie teraz… Na moich ustach pojawił się cień uśmiechu.
Zniknął tak szybko, jak sobie to uświadomiłem.
— Bogowie nie istnieją — powiedziałem
nagle, cicho i miękko, a były to pierwsze słowa wypowiedziane od dłuższego
czasu. Woda szumiała gdzieś za naszymi plecami, a poza moim wierzchowcem nie
było w pobliżu żywej duszy.
Wypowiedzenie tych słów, takich
prostych i jednocześnie przerażających przyszło mi zadziwiająco łatwo. Opuściły
moje usta nie jako balast, ale jako najprostsza, najprawdziwsza opinia. Nie
spodziewałem się, że kiedykolwiek podzielę się tym z kolejną osobą ani tego, że
poczuję tak głęboką, dławiącą ulgę, że te słowa tak długo formowane w końcu
opuściły moje usta. Zacisnąłem dłoń na plecach Esji i podniosłem naszą dwójkę
do pionu. To nie czas na płacz. Jeśli znałem jedną niezawodną i odpowiednią
metodę na poradzenie sobie z tym, zamierzałem ją wykorzystać. Nie musiałem
pytać, co książę zrobił, ani dlaczego byli razem w lesie. Nie chciałem znać
prawdy, a może zwyczajnie mnie nie interesowała. Miałem wrażenie, że wypełnia
mnie chłodne, twarde uczucie, które nie zamierzało się uginać.
— Nie powinnaś ufać nikomu —
powtórzyłem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na tym świecie. — Czasem
nawet sobie i swoim osądom. Musisz się nauczyć, że nie wszystko na tym świecie
jest takie, na jakie wygląda. Być może w świątyni panowały honorowe zasady, ale
nie tutaj. Przekonasz się o tym na każdym kroku, jaki postawisz w stolicy —
każdy ufa tylko sobie, dokończyłem w głowie, surowo patrząc przed siebie i prowadząc
naszą dwójkę do konia, który nadal miał przytroczone juki. — I musisz być na to
gotowa. W każdej chwili — dodałem, wypuszczając ją z ramion nagle, jakby na potwierdzenie
własnych słów.
Odwróciłem się w stronę czworonożnego
zwierzęcia i chwyciłem pewnie dodatkową broń, mniejszą niż mój miecz, pełniącą
funkcję pomocniczą. Używałem jej, kiedy sytuacja była wyjątkowo beznadziejna.
Ostra, brutalna, prosta. Odpędziłem konia nagłym machnięciem ramienia.
Spłoszone zwierzę odskoczyło na kilka kroków, ale nie odbiegło zbyt daleko,
byłem tego pewny.
Swój miecz miałem ciągle przymocowany
do pasa. Czarne, złowrogie ostrze było ukryte w pochwie, ale kusiło, wręcz
błagało, żeby je odsłonić. Czułem znajomy bitewny szał, rosnącą adrenalinę.
Żwir skrzeczał pod moimi ciężkimi butami, kiedy odwracałem się w stronę
dziewczyny. Teraz, kiedy stała łatwiej było mi ocenić jej stan. Suknia zupełnie
mokra aż do kolan, rozczochrana fryzura, którą dzisiaj rano ktoś misternie
upiął, czerwone ślady na szyi i dekolcie. Zacisnąłem mocniej szczęki i rzuciłem
w jej stronę miecz. Upadł o krok od jej stóp z głośnym brzdęknięciem.
— Podnieś go — rozkazałem, nie
wyciągając swojego ostrza. — Wygodniej ci też będzie, jeśli pozbędziesz się
dolnej części sukni — zasugerowałem, powoli kładąc dłoń na rękojeści swojego
oręża.
W lesie było zaskakująco cicho. A może
tylko mi się tak wydawało. Strumień nawet ucichł, czekając na pierwszy ruch
Esji. Wydawało mi się, że na moment wszystko zamarło, a ptaki, które jeszcze
niedawno temu ćwierkały wesoło gdzieś w drzewach, teraz umilkły, przerażone
albo speszone naszą gwałtowną obecnością.
Widziałem na jej twarzy wahanie.
Zastanawiała się, czy da radę? Czy powinna sięgać po broń? A może czy
powiedzieć mi kilka ostrych słów i oświadczyć, że nic z tego nie będzie?
Pozwoliłem sobie na chwilę wyczekiwania w napięciu, a później pospieszyłem ją
jedynie drobnym gestem dłoni. Moja twarz była stężała i poważna. Na wypadek,
gdyby uznała, że to jakiś wyjątkowo nietrafiony żart z mojej strony.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz