poniedziałek, 23 października 2017

CVIII



        Zmrużyłem oczy. Dziewczyna wyglądała jak zaszczute zwierzę. A jedynym drapieżnikiem, jakiego do tej pory poznałem i który pozostawia swoją ofiarę żywą, był człowiek. Oparłem dłoń chronioną przez grubą warstwę skórzanego ochraniacza na kamieniu, lekko powyżej swojej głowy i pochyliłem się lekko w przód. Oparcie zapewniało nieco więcej stabilności. Dookoła szybko zapadała ciemność, a ja nie wziąłem ze sobą nawet pochodni. Mój wzrok jednak powoli przyzwyczajał się do panującego półmroku. Niebo na zachodzie nadal było w odcieniach głębokiej czerwieni, ale w lesie rozłożyste korony drzew ograniczały widoczność.
        Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem ślady na jej szyi i krew na dłoniach. Miała zniszczoną suknię, wyglądała niczym siedem nieszczęść i w niczym nie przypominała takiej Esji, za jaką ją miałem. Nie potrafiłem jednak rzeczowo ocenić, czy mnie to zawiodło.
        Skupiłem swoją uwagę, kiedy zaczęła mówić o lesie, nic jednak więcej nie dodała. Nie zamierzałem naciskać, dopytywać się. Z ulgą jednak zauważyłem, że kapłanka sama postanowiła wyjść ze swojej kryjówki i nie będę musiał się uciekać do ostateczności wyciągnięcia jej stamtąd siłą. Koń za moimi plecami prychnął, niepewny tej sytuacji i pojawiającej się dziewczyny. Czułem, że wierzchowiec nieufnie cofa się o krok i przebiera kopytem w żwirze. Ale nie odszedł. Nie uciekł. Ufał mi tak samo, jak ta dziewczyna, choć żadnemu z nich nigdy nie dałem powodów do tego, żeby obarczali mnie swoim zaufaniem.
        Nie miałem chwili czasu do namysłu, kiedy ona wpadła w moje ramiona, nieświadomie przed nią otworzone szeroko. Moje powieki rozchyliły się szeroko, czując na sobie dotyk jej dłoni, zaciskanych usilnie na fragmentach mojej zbroi. Ponownie znaleźliśmy się w ten sytuacji, tak podobnej do wczorajszej i jednocześnie tak zupełnie innej. Odchrząknąłem cicho. Będę musiał ją uprzedzić, żeby tego nie robiła tak nagle, pomyślałem. Ale to kiedy indziej… Nie teraz… Na moich ustach pojawił się cień uśmiechu. Zniknął tak szybko, jak sobie to uświadomiłem.
        — Bogowie nie istnieją — powiedziałem nagle, cicho i miękko, a były to pierwsze słowa wypowiedziane od dłuższego czasu. Woda szumiała gdzieś za naszymi plecami, a poza moim wierzchowcem nie było w pobliżu żywej duszy.
        Wypowiedzenie tych słów, takich prostych i jednocześnie przerażających przyszło mi zadziwiająco łatwo. Opuściły moje usta nie jako balast, ale jako najprostsza, najprawdziwsza opinia. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek podzielę się tym z kolejną osobą ani tego, że poczuję tak głęboką, dławiącą ulgę, że te słowa tak długo formowane w końcu opuściły moje usta. Zacisnąłem dłoń na plecach Esji i podniosłem naszą dwójkę do pionu. To nie czas na płacz. Jeśli znałem jedną niezawodną i odpowiednią metodę na poradzenie sobie z tym, zamierzałem ją wykorzystać. Nie musiałem pytać, co książę zrobił, ani dlaczego byli razem w lesie. Nie chciałem znać prawdy, a może zwyczajnie mnie nie interesowała. Miałem wrażenie, że wypełnia mnie chłodne, twarde uczucie, które nie zamierzało się uginać.
        — Nie powinnaś ufać nikomu — powtórzyłem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na tym świecie. — Czasem nawet sobie i swoim osądom. Musisz się nauczyć, że nie wszystko na tym świecie jest takie, na jakie wygląda. Być może w świątyni panowały honorowe zasady, ale nie tutaj. Przekonasz się o tym na każdym kroku, jaki postawisz w stolicy — każdy ufa tylko sobie, dokończyłem w głowie, surowo patrząc przed siebie i prowadząc naszą dwójkę do konia, który nadal miał przytroczone juki. — I musisz być na to gotowa. W każdej chwili — dodałem, wypuszczając ją z ramion nagle, jakby na potwierdzenie własnych słów.
        Odwróciłem się w stronę czworonożnego zwierzęcia i chwyciłem pewnie dodatkową broń, mniejszą niż mój miecz, pełniącą funkcję pomocniczą. Używałem jej, kiedy sytuacja była wyjątkowo beznadziejna. Ostra, brutalna, prosta. Odpędziłem konia nagłym machnięciem ramienia. Spłoszone zwierzę odskoczyło na kilka kroków, ale nie odbiegło zbyt daleko, byłem tego pewny.
        Swój miecz miałem ciągle przymocowany do pasa. Czarne, złowrogie ostrze było ukryte w pochwie, ale kusiło, wręcz błagało, żeby je odsłonić. Czułem znajomy bitewny szał, rosnącą adrenalinę. Żwir skrzeczał pod moimi ciężkimi butami, kiedy odwracałem się w stronę dziewczyny. Teraz, kiedy stała łatwiej było mi ocenić jej stan. Suknia zupełnie mokra aż do kolan, rozczochrana fryzura, którą dzisiaj rano ktoś misternie upiął, czerwone ślady na szyi i dekolcie. Zacisnąłem mocniej szczęki i rzuciłem w jej stronę miecz. Upadł o krok od jej stóp z głośnym brzdęknięciem.
        — Podnieś go — rozkazałem, nie wyciągając swojego ostrza. — Wygodniej ci też będzie, jeśli pozbędziesz się dolnej części sukni — zasugerowałem, powoli kładąc dłoń na rękojeści swojego oręża.
        W lesie było zaskakująco cicho. A może tylko mi się tak wydawało. Strumień nawet ucichł, czekając na pierwszy ruch Esji. Wydawało mi się, że na moment wszystko zamarło, a ptaki, które jeszcze niedawno temu ćwierkały wesoło gdzieś w drzewach, teraz umilkły, przerażone albo speszone naszą gwałtowną obecnością.
        Widziałem na jej twarzy wahanie. Zastanawiała się, czy da radę? Czy powinna sięgać po broń? A może czy powiedzieć mi kilka ostrych słów i oświadczyć, że nic z tego nie będzie? Pozwoliłem sobie na chwilę wyczekiwania w napięciu, a później pospieszyłem ją jedynie drobnym gestem dłoni. Moja twarz była stężała i poważna. Na wypadek, gdyby uznała, że to jakiś wyjątkowo nietrafiony żart z mojej strony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/