Pierwszy odwróciłem wzrok. Eliah
jeszcze dłuższą chwilę przypatrywał się odchodzącym I może, gdybym spojrzał w
jego oczy, dostrzegłbym nieznajomy cień, który zapadł na jego twarz. Nie
interesowało mnie to teraz jednak bardziej, niż powinno, więc wróciłem do
swoich obowiązków, głęboko ukrywając pokłady furii, jakie obudził w mnie
książę-smarkacz swoim bezpodstawnym, roszczeniowym i gówniackim myśleniem.
Zebrałem całe swoje oręże, którego nie brałem na polowanie, bo nie było po temu
potrzeby i odszedłem w przeciwnym kierunku, na skraj polany, gdzie kręcił się
Ithrick, chodzący od drzewa do drzewa. Niedługo później dołączył do mnie Eliah
z pytaniem o rozkazy i niewiele myśląc wysłałem go bliżej centrum zabawy,
ogniska i piknikującej szlachty. Nieumyślnie, ale może podświadomie chciałem,
żeby pilnował Esji, bo z pewnością zrobiłby to lepiej niż ja. Sobie nie
potrafiłem zaufać tak jak jemu.
Razem z niskim mężczyzną spędziłem na
tej stronie polany długą godzinę. Oboje nie byliśmy skorzy do rozmowy, więc cisza
była z korzyścią dla obojga. I dzięki losowi, bo gdyby włączyła mu się jego
zwyczajowa gadatliwość, nie wytrzymałbym. Potarłem się po karku i odwróciłem
głowę, a moje spojrzenie padło na dziewczynę, którą obserwowałem już wcześniej.
Teraz widziałem, że zajmowała się obieraniem owoców i warzyw. Nieco dalej
siedziały inne, w podobnym wieku i tak samo brudne, więc od razu uświadomiłem
sobie, że to niewolnice. Miały w dłoniach różnej wielkości przysmaki i
przygotowywały posiłek dla swoich państwa. Z rozleniwieniem obserwowałem tą
scenę, korzystając z faktu, że nie działo się nic podejrzanego. Dla zabicia
czasu.
Od razu zauważyłem, że jedna dziewczyna
jest wyobcowana spoza grona innych. Kiedy się podniosła i poszła zanieść kosz
obranych, ciemnobrunatnych owoców do swojej przełożonej, wyraźnie utykała na
jedną nogę.
— To ta, która wkurwiła wcześniej
księżniczkę — Ithrick pojawił się obok znikąd i złapał moje spojrzenie. Za
późno, by wywinąć się i powiedzieć, że wcale jej nie obserwowałem. Skinąłem
więc jedynie głową. — Musiała się wszystkim narazić, bo dostała najbardziej
niewdzięczną robotę. — Podrapał się po brodzie, jakby na potwierdzenie tych
słów.
Dziewczyna wróciła na swoje miejsce z
czystym koszykiem. Owoce, które obierała zostawiały na jej dłoniach wyraźne
plamy, podobnie na zniszczonej, skromnej sukience. Zabrała się za dalszą pracę,
nawet nie zauważywszy, że oboje się jej przyglądamy. Wlepiła spojrzenie w
nożyk, którym żmudnie rozłupywała skórkę.
Godziny mijały, ale praca tej
dziewczyny pozostawała bez zmian. Zanim jeszcze zaczęło się ściemniać na pamięć
znałem już proces rozłupywania rośliny. Doszedłem do oczywistego wniosku, że
praca jest niegodziwa, bo zadaje jej ból. Być może roślina z zewnątrz była
trująca. Inne niewolnice nie dostawały jej w swoje ręce, więc może to była
kolejna odsłona kary za wyimaginowaną przez księżniczkę niesubordynację.
Co około pół godziny przychodził do
mnie jeden z pary żołnierzy każdego wyznaczonego patrolu i składał raport.
Pozwoliłem sobie na większe niż zwykle lenistwo, wysyłając swoich ludzi do
pilnowania lasów i terenów nad rzeką, sam zaś praktycznie nie ruszałem się z
otwartej przestrzeni przez cały czas trwania pikniku. Z raportów równie jasno
wynikało, że w pobliżu nie grasuje żadna szajka dzikusów ani zgraja drapieżnych
stworzeń, więc był to wyjątkowo nudny dzień. Jego rutyną stawało się
rozłupywanie twardej skorupy owocu i wyciąganie z jego wnętrza brunatnej
zawartości. Trwało to długo, ale równocześnie było kojące. Jak odliczanie do
tysiąca i osiąganie spokoju i jasności umysłu.
Tylko raz dziewczyna podniosła
spojrzenie. Najwyraźniej musiała czuć się obserwowana, ale kiedy tylko
ukradkiem rozglądnęła się dookoła i jej wzrok skrzyżował się z moim,
natychmiast go opuściła, przerażona. Czyli najwyraźniej nawet do jej uszu
dotarły pogłoski na mój temat. Nie drgnąłem, nawet nie zmieniła się mimika
mojej twarzy. Nie odwróciłem też spojrzenia i razem trwaliśmy w tym dziwnym
układzie. Młoda niewolnica pracowała jednak coraz bardziej opieszale, przez co
zdobyła kolejną naganę od swojej przełożonej.
— Oficerze.
Głos Girven był mocny, a kiedy się
odwróciłem w jej stronę, niechętnie, jakby przerwała mi właśnie w jakimś bardzo
ciekawym zajęciu, ona zasalutowała przede mną. Zarzuciłem głową, dając jej
znać, że może mówić. Leniwie też odpowiedziałem na jej salut.
— Lasy i tereny nad jeziorem są
bezpieczne, oficerze — powiedziała, oglądając się za plecy. — Eliah powiedział,
że między ludźmi też jest w miarę spokojnie…
Zza jej pleców po chwili wyłonił się
zastępca we własnej osobie. Uśmiechnął się, ale zrobił to niepewnie. To jako
pierwsze wziąłem za znak tego, że coś jest nie w porządku.
— Jest na tyle spokojnie, na ile może
być wśród tłumu pijanych szlachciców — uzupełnił, uprzejmie skinąwszy wielkiej
kobiecie. A później potoczył spojrzeniem dalej, gdzieś w las. To był drugi
znak. Nie spojrzał na mnie. Zmarszczyłem lekko brwi. — Ktoś maca tancerki, ktoś
klnie się na bogów i króla, dam wiarę, że jedna szlachcianka z grajkiem nie
odeszła dalej, niż w pierwsze pobliskie krzaki — mówił, niespokojnie zaciskając
i rozluźniając dłoń na rękojeści swojego miecza.
— Ale?
Oboje spojrzeli na mnie, nieco
zaskoczeni. Chociaż Eliah bardziej zaniepokojony.
— Pan oficer zawsze wszystko wyczuje —
wtrąciła rudowłosa z głosem zabarwionym czystym podziwem. Uśmiechnąłem się
jednym kącikiem ust. Choć nie było mi do śmiechu.
— Tylko nie mówcie, że na coś się
natknęliście na północy — ostrzegłem, unosząc lekko dłoń.
Przez chwilę panowała bardzo niewygodna
cisza. Przynajmniej aż do momentu, w którym podszedł Ithrick, podciągając
wygodniej pas na którym trzymały się płytki połyskującej zbroi. Oświetlała nas
jeszcze odrobina słońca, ale to szybko chowało się za górami. Choć nie było
jeszcze wyjątkowo późno, a zabawa nie zmierzała ku końcowi, wysoki łańcuch
górski na zachodzie szybko kradł tu światło dzienne. W oddali trzaskał ogień,
ludzie się śmiali i śpiewali. Wysokie snopy iskier strzelały na imponującą
wysokość.
Eliah zastanawiał się, jak ubrać swoje
obawy w słowa, a jego czoło pokryła siatka zmarszczek, tak charakterystycznych
dla tego człowieka.
— Co to, matkę komuś powiesili? —
wtrącił niski mężczyzna, po czym zaniósł się głuchym śmiechem. — Moją mogliby,
stara łupa nie chce wyciągnąć kopyt od przeszło dziesięciu lat.
Griven położyła mu dłoń na głowie.
Kontrast między tą dwójką był ogromny, a mężczyzna zaklął paskudnie, wyzywając
ją i jej siedem pokoleń wstecz od zasranych olbrzymów co kopulują z
niedźwiedziami. Sprzeczali się ostro przez chwilę i to był moment, w którym
ponownie odezwał się blondyn.
— Książę zniknął — powiedział w końcu,
wzruszył ramionami.
Poczułem przypływ ulgi. A więc to nie
było nic złego, żadne niepokojące wieści. Powtórzyłem jego gest i zmrużyłem
oczy.
— Pewnie poszedł w krzaki z jakąś panną.
I tylko o to tyle krzyku? — odpowiedziałem i od razu wiedziałem, że to jeszcze
nie koniec rewelacji.
— Właśnie w tym rzecz — rysy twarzy
starszego mężczyzny stężały i wyostrzyły się, kiedy mocno zacisnął szczękę. —
Esji też nigdzie nie ma.
Zapadło między nami milczenie. Nawet
Ithrick zamknął swoją rozgadaną japę, a Griven wypuściła go ze swojego
niedźwiedziego uścisku. Oboje przybrali markotne twarzy. W wydaniu niskiego
człowieka był to wyjątkowo paskudny widok, kiedy cienie się pogłębiły na jego
obliczu. Zerknąłem na niewolnicę, ale tej nie było już w miejscu, które
zajmowała przez cały dzień. Poczułem, że złe przeczucia ściskają wszystkie moje
wnętrzności. Chciałbym powiedzieć teraz, że może to zbieg okoliczności, ale nie
byłem w stanie okłamać tak samego siebie. Optymizm nie był moją mocną stroną.
— Oficerze! — zawołał ktoś znowu i
przeniosłem spojrzenie na najmłodszego mężczyznę w Gwardii. Dlaczego poczułem,
że to nie będą dobre wiadomości? — Oficerze!
— Zostańcie tutaj i trzymajcie, do
jasnej kurwy, nerwy na wodzy. Nic się nie stało i nikt niczego nie widział —
warknąłem, choć to była tylko formalność. W moich oczach odbijał się płomień
ognia, kiedy kierowałem się w stronę żołnierza, zostawiając wszystkich za sobą.
Wydałem szybkie polecenia, a moi ludzie
zorganizowali się w mgnieniu oka. Postronna osoba nie zauważyłaby nawet, że coś
się stało. Dostali rozkaz obserwowania, czy książę wracaj na polanę, a kiedy
wysłuchałem młodzieńca, nie zostało mi już wiele czasu na namysły. Kazałem mu
zostać, złapałem wierzchowca, którego ktoś przyprowadził i wskoczyłem na niego
niemal w biegu, od razu popędzając go do szybszego biegu. Nikt nie miał prawa
zauważyć mojego zniknięcia, może jedynie ta niewolnica.
Skierowałem się na południe, w zakole
rzeki, w miejscu gdzie był bród i którego używaliśmy do przejścia na tereny po
drugiej stronie. Wskazówki młodzieńca były jasne i proste. Te dwie cechy z
pewnością ceniłem u swoich ludzi. Wstrzymałem wierzchowca, który rwał się do
dalszego biegu. W lesie zdążyło się zrobić już zupełnie ciemno. Nie było tutaj
ognia, który dawał również ciepło, ale miałem na sobie zbroję. Zdjąłem hełm i
odruchowo przymocowałem do siodła, a później zeskoczyłem z rumaka. Zatupał i
rozgrzebał kopytem ziemię. Przerzuciłem wodze na siodło i zamocowałem tak, żeby
się nie rozwiązały, a później odwróciłem się w stronę wody. Niedaleko leżał
wielki, zawalony głaz, zupełnie pośrodku niczego. W zakolu woda przybierała na
sile, a później systemem małych kaskad spływała w niższe tereny, generując przy
tym głośny szum.
— Dlaczego nie pozwoliłaś moim ludziom
sobie pomóc? — Zadałem to pytanie, zanim jeszcze byłem w stanie w ogóle ją
zobaczyć. Ale zgodnie z opisem, właśnie tutaj miała być. Koń podążał za mną
wiernie, prychając cicho, z głową opuszczoną aż do samej ziemi. — Mieli hełmy
takie same, jak ja. Przecież wiedziałaś, że są z mojego oddziału — dodałem, ale
raczej nie po to, żeby poznać odpowiedź, a żeby podejść bliżej i nie
przestraszyć jej swoją obecnością. Żeby wiedziała, że się zbliżam.
Moi ludzie powiedzieli, że wyraźnie
płakała i była wystraszona. Nie chciała im zaufać. Cokolwiek się tutaj stało,
cokolwiek ją tutaj sprowadziło, sprawiło, że była w paskudnym stanie.
Podszedłem jeszcze trochę bliżej. Nie chcieli jej wyszarpywać spod głazu siłą.
Należeli do Gwardii Honorowej nie bez powodu.
— Spędzenie tutaj nocy nie jest
rozsądnym pomysłem —powiedziałem w końcu ściszonym głosem i kucnąłem przy
wyrwie. Dopiero, kiedy to zrobiłem, byłem w stanie dostrzec kawałek
przemoczonej sukni, niewątpliwie należącej do kapłanki. Tylko teraz była w
opłakanym stanie.
Zrozumiałem też, dlaczego ciężko było
ją wydostać. Wcisnęła się głęboko, rosły mężczyzna w pełnej zbroi nie miał
szans wejść po nią pod tak grubą warstwą skalną.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz