sobota, 21 października 2017

CVI



        Pierwszy odwróciłem wzrok. Eliah jeszcze dłuższą chwilę przypatrywał się odchodzącym I może, gdybym spojrzał w jego oczy, dostrzegłbym nieznajomy cień, który zapadł na jego twarz. Nie interesowało mnie to teraz jednak bardziej, niż powinno, więc wróciłem do swoich obowiązków, głęboko ukrywając pokłady furii, jakie obudził w mnie książę-smarkacz swoim bezpodstawnym, roszczeniowym i gówniackim myśleniem. Zebrałem całe swoje oręże, którego nie brałem na polowanie, bo nie było po temu potrzeby i odszedłem w przeciwnym kierunku, na skraj polany, gdzie kręcił się Ithrick, chodzący od drzewa do drzewa. Niedługo później dołączył do mnie Eliah z pytaniem o rozkazy i niewiele myśląc wysłałem go bliżej centrum zabawy, ogniska i piknikującej szlachty. Nieumyślnie, ale może podświadomie chciałem, żeby pilnował Esji, bo z pewnością zrobiłby to lepiej niż ja. Sobie nie potrafiłem zaufać tak jak jemu.
        Razem z niskim mężczyzną spędziłem na tej stronie polany długą godzinę. Oboje nie byliśmy skorzy do rozmowy, więc cisza była z korzyścią dla obojga. I dzięki losowi, bo gdyby włączyła mu się jego zwyczajowa gadatliwość, nie wytrzymałbym. Potarłem się po karku i odwróciłem głowę, a moje spojrzenie padło na dziewczynę, którą obserwowałem już wcześniej. Teraz widziałem, że zajmowała się obieraniem owoców i warzyw. Nieco dalej siedziały inne, w podobnym wieku i tak samo brudne, więc od razu uświadomiłem sobie, że to niewolnice. Miały w dłoniach różnej wielkości przysmaki i przygotowywały posiłek dla swoich państwa. Z rozleniwieniem obserwowałem tą scenę, korzystając z faktu, że nie działo się nic podejrzanego. Dla zabicia czasu.
        Od razu zauważyłem, że jedna dziewczyna jest wyobcowana spoza grona innych. Kiedy się podniosła i poszła zanieść kosz obranych, ciemnobrunatnych owoców do swojej przełożonej, wyraźnie utykała na jedną nogę.
        — To ta, która wkurwiła wcześniej księżniczkę — Ithrick pojawił się obok znikąd i złapał moje spojrzenie. Za późno, by wywinąć się i powiedzieć, że wcale jej nie obserwowałem. Skinąłem więc jedynie głową. — Musiała się wszystkim narazić, bo dostała najbardziej niewdzięczną robotę. — Podrapał się po brodzie, jakby na potwierdzenie tych słów.
        Dziewczyna wróciła na swoje miejsce z czystym koszykiem. Owoce, które obierała zostawiały na jej dłoniach wyraźne plamy, podobnie na zniszczonej, skromnej sukience. Zabrała się za dalszą pracę, nawet nie zauważywszy, że oboje się jej przyglądamy. Wlepiła spojrzenie w nożyk, którym żmudnie rozłupywała skórkę.
        Godziny mijały, ale praca tej dziewczyny pozostawała bez zmian. Zanim jeszcze zaczęło się ściemniać na pamięć znałem już proces rozłupywania rośliny. Doszedłem do oczywistego wniosku, że praca jest niegodziwa, bo zadaje jej ból. Być może roślina z zewnątrz była trująca. Inne niewolnice nie dostawały jej w swoje ręce, więc może to była kolejna odsłona kary za wyimaginowaną przez księżniczkę niesubordynację.
        Co około pół godziny przychodził do mnie jeden z pary żołnierzy każdego wyznaczonego patrolu i składał raport. Pozwoliłem sobie na większe niż zwykle lenistwo, wysyłając swoich ludzi do pilnowania lasów i terenów nad rzeką, sam zaś praktycznie nie ruszałem się z otwartej przestrzeni przez cały czas trwania pikniku. Z raportów równie jasno wynikało, że w pobliżu nie grasuje żadna szajka dzikusów ani zgraja drapieżnych stworzeń, więc był to wyjątkowo nudny dzień. Jego rutyną stawało się rozłupywanie twardej skorupy owocu i wyciąganie z jego wnętrza brunatnej zawartości. Trwało to długo, ale równocześnie było kojące. Jak odliczanie do tysiąca i osiąganie spokoju i jasności umysłu.
        Tylko raz dziewczyna podniosła spojrzenie. Najwyraźniej musiała czuć się obserwowana, ale kiedy tylko ukradkiem rozglądnęła się dookoła i jej wzrok skrzyżował się z moim, natychmiast go opuściła, przerażona. Czyli najwyraźniej nawet do jej uszu dotarły pogłoski na mój temat. Nie drgnąłem, nawet nie zmieniła się mimika mojej twarzy. Nie odwróciłem też spojrzenia i razem trwaliśmy w tym dziwnym układzie. Młoda niewolnica pracowała jednak coraz bardziej opieszale, przez co zdobyła kolejną naganę od swojej przełożonej.
        — Oficerze.
        Głos Girven był mocny, a kiedy się odwróciłem w jej stronę, niechętnie, jakby przerwała mi właśnie w jakimś bardzo ciekawym zajęciu, ona zasalutowała przede mną. Zarzuciłem głową, dając jej znać, że może mówić. Leniwie też odpowiedziałem na jej salut.
        — Lasy i tereny nad jeziorem są bezpieczne, oficerze — powiedziała, oglądając się za plecy. — Eliah powiedział, że między ludźmi też jest w miarę spokojnie…
        Zza jej pleców po chwili wyłonił się zastępca we własnej osobie. Uśmiechnął się, ale zrobił to niepewnie. To jako pierwsze wziąłem za znak tego, że coś jest nie w porządku.
        — Jest na tyle spokojnie, na ile może być wśród tłumu pijanych szlachciców — uzupełnił, uprzejmie skinąwszy wielkiej kobiecie. A później potoczył spojrzeniem dalej, gdzieś w las. To był drugi znak. Nie spojrzał na mnie. Zmarszczyłem lekko brwi. — Ktoś maca tancerki, ktoś klnie się na bogów i króla, dam wiarę, że jedna szlachcianka z grajkiem nie odeszła dalej, niż w pierwsze pobliskie krzaki — mówił, niespokojnie zaciskając i rozluźniając dłoń na rękojeści swojego miecza.
        — Ale?
        Oboje spojrzeli na mnie, nieco zaskoczeni. Chociaż Eliah bardziej zaniepokojony.
        — Pan oficer zawsze wszystko wyczuje — wtrąciła rudowłosa z głosem zabarwionym czystym podziwem. Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust. Choć nie było mi do śmiechu.
        — Tylko nie mówcie, że na coś się natknęliście na północy — ostrzegłem, unosząc lekko dłoń.
        Przez chwilę panowała bardzo niewygodna cisza. Przynajmniej aż do momentu, w którym podszedł Ithrick, podciągając wygodniej pas na którym trzymały się płytki połyskującej zbroi. Oświetlała nas jeszcze odrobina słońca, ale to szybko chowało się za górami. Choć nie było jeszcze wyjątkowo późno, a zabawa nie zmierzała ku końcowi, wysoki łańcuch górski na zachodzie szybko kradł tu światło dzienne. W oddali trzaskał ogień, ludzie się śmiali i śpiewali. Wysokie snopy iskier strzelały na imponującą wysokość.
        Eliah zastanawiał się, jak ubrać swoje obawy w słowa, a jego czoło pokryła siatka zmarszczek, tak charakterystycznych dla tego człowieka.
        — Co to, matkę komuś powiesili? — wtrącił niski mężczyzna, po czym zaniósł się głuchym śmiechem. — Moją mogliby, stara łupa nie chce wyciągnąć kopyt od przeszło dziesięciu lat.
        Griven położyła mu dłoń na głowie. Kontrast między tą dwójką był ogromny, a mężczyzna zaklął paskudnie, wyzywając ją i jej siedem pokoleń wstecz od zasranych olbrzymów co kopulują z niedźwiedziami. Sprzeczali się ostro przez chwilę i to był moment, w którym ponownie odezwał się blondyn.
        — Książę zniknął — powiedział w końcu, wzruszył ramionami.
        Poczułem przypływ ulgi. A więc to nie było nic złego, żadne niepokojące wieści. Powtórzyłem jego gest i zmrużyłem oczy.
        — Pewnie poszedł w krzaki z jakąś panną. I tylko o to tyle krzyku? — odpowiedziałem i od razu wiedziałem, że to jeszcze nie koniec rewelacji.
        — Właśnie w tym rzecz — rysy twarzy starszego mężczyzny stężały i wyostrzyły się, kiedy mocno zacisnął szczękę. — Esji też nigdzie nie ma.
        Zapadło między nami milczenie. Nawet Ithrick zamknął swoją rozgadaną japę, a Griven wypuściła go ze swojego niedźwiedziego uścisku. Oboje przybrali markotne twarzy. W wydaniu niskiego człowieka był to wyjątkowo paskudny widok, kiedy cienie się pogłębiły na jego obliczu. Zerknąłem na niewolnicę, ale tej nie było już w miejscu, które zajmowała przez cały dzień. Poczułem, że złe przeczucia ściskają wszystkie moje wnętrzności. Chciałbym powiedzieć teraz, że może to zbieg okoliczności, ale nie byłem w stanie okłamać tak samego siebie. Optymizm nie był moją mocną stroną.
        — Oficerze! — zawołał ktoś znowu i przeniosłem spojrzenie na najmłodszego mężczyznę w Gwardii. Dlaczego poczułem, że to nie będą dobre wiadomości? — Oficerze!
        — Zostańcie tutaj i trzymajcie, do jasnej kurwy, nerwy na wodzy. Nic się nie stało i nikt niczego nie widział — warknąłem, choć to była tylko formalność. W moich oczach odbijał się płomień ognia, kiedy kierowałem się w stronę żołnierza, zostawiając wszystkich za sobą.
        Wydałem szybkie polecenia, a moi ludzie zorganizowali się w mgnieniu oka. Postronna osoba nie zauważyłaby nawet, że coś się stało. Dostali rozkaz obserwowania, czy książę wracaj na polanę, a kiedy wysłuchałem młodzieńca, nie zostało mi już wiele czasu na namysły. Kazałem mu zostać, złapałem wierzchowca, którego ktoś przyprowadził i wskoczyłem na niego niemal w biegu, od razu popędzając go do szybszego biegu. Nikt nie miał prawa zauważyć mojego zniknięcia, może jedynie ta niewolnica.
        Skierowałem się na południe, w zakole rzeki, w miejscu gdzie był bród i którego używaliśmy do przejścia na tereny po drugiej stronie. Wskazówki młodzieńca były jasne i proste. Te dwie cechy z pewnością ceniłem u swoich ludzi. Wstrzymałem wierzchowca, który rwał się do dalszego biegu. W lesie zdążyło się zrobić już zupełnie ciemno. Nie było tutaj ognia, który dawał również ciepło, ale miałem na sobie zbroję. Zdjąłem hełm i odruchowo przymocowałem do siodła, a później zeskoczyłem z rumaka. Zatupał i rozgrzebał kopytem ziemię. Przerzuciłem wodze na siodło i zamocowałem tak, żeby się nie rozwiązały, a później odwróciłem się w stronę wody. Niedaleko leżał wielki, zawalony głaz, zupełnie pośrodku niczego. W zakolu woda przybierała na sile, a później systemem małych kaskad spływała w niższe tereny, generując przy tym głośny szum.
        — Dlaczego nie pozwoliłaś moim ludziom sobie pomóc? — Zadałem to pytanie, zanim jeszcze byłem w stanie w ogóle ją zobaczyć. Ale zgodnie z opisem, właśnie tutaj miała być. Koń podążał za mną wiernie, prychając cicho, z głową opuszczoną aż do samej ziemi. — Mieli hełmy takie same, jak ja. Przecież wiedziałaś, że są z mojego oddziału — dodałem, ale raczej nie po to, żeby poznać odpowiedź, a żeby podejść bliżej i nie przestraszyć jej swoją obecnością. Żeby wiedziała, że się zbliżam.
        Moi ludzie powiedzieli, że wyraźnie płakała i była wystraszona. Nie chciała im zaufać. Cokolwiek się tutaj stało, cokolwiek ją tutaj sprowadziło, sprawiło, że była w paskudnym stanie. Podszedłem jeszcze trochę bliżej. Nie chcieli jej wyszarpywać spod głazu siłą. Należeli do Gwardii Honorowej nie bez powodu.
        — Spędzenie tutaj nocy nie jest rozsądnym pomysłem —powiedziałem w końcu ściszonym głosem i kucnąłem przy wyrwie. Dopiero, kiedy to zrobiłem, byłem w stanie dostrzec kawałek przemoczonej sukni, niewątpliwie należącej do kapłanki. Tylko teraz była w opłakanym stanie.
        Zrozumiałem też, dlaczego ciężko było ją wydostać. Wcisnęła się głęboko, rosły mężczyzna w pełnej zbroi nie miał szans wejść po nią pod tak grubą warstwą skalną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/