Gdy tu przybyłam, widziałam las po drugiej stronie rzeki. Gdy zaczęłam drżeć, widziałam już jedynie obrys drugiego brzegu. Kiedy zaczęłam płakać, dostrzec mogłam jedynie wodę, płynącą ku dołowi.
Ściemniało się. Każda chwila sprawiała, że wzrok zawodził, a noc otulała las, chociaż pora nie mogła być późna. Mimo to, taka nagła zmiana dawała się we znaki. Sprawiała, że czułam się tak, jakbym tkwiła tu od wieków. Sama, zaraz po ucieczce od mężczyzny, który winien być szlachetny. Książę. Czymże są tytuły, jeśli nie różni się on wiele od innych. Każde mruknięcie przenosiło mnie do wspomnień dnia, w którym wszystkie moje siostry zostały zabite, a każde otwarcie oczu przypomniały zapach księcia, gdy napierał na mnie, pozbawiał możliwości ucieczki.
Wspomnienie jego dotyku było nieznośne, chciałam się go tak bardzo pozbyć, że wierzyłam, iż paznokciami będę w stanie zdrapać je ze swojej skóry. Niestety poza szczypiącym skaleczeniem nie przyniosło to zbyt wiele ulgi, mimo to raz, po raz przejeżdżałam po szyi, wierząc, że w końcu poczuję się lepiej. Co byłoby, gdybym mu się nie postawiła? Byłam na siebie wściekła, w prawdzie udało mi się go odepchnąć, ale przyszło mi to z trudem. Z początku stałam biernie, może gdyby nie starczyło mi sił, to nie spróbowałabym drugi raz zbiec? To teraz, najpewniej... Zawyłam znów, a dreszcz wstrząsnął mym ciałem. Przecież jestem kapłanką! Jak mógł oczekiwać ode mnie czegoś takiego, jak mógł zinterpretować moje zachowanie w sposób, który pozwolił mu sądzić, iż może będę skora mu się oddać. Niczym prezent, po udanym polowaniu. Znów mi to robili... A przez chwilę sądziłam, wiem, że było to głupie, ale przyjazne nastawienie ksiecia, może miejscami nachalne, pozwoliło mi wierzyć, że jest kolejną osobą, która patrzy na mnie, jak na zwykłą kobietę, a nie na symbol. Może faktycznie nie byłam w jego oczach kapłanką, ale bycie materiałem na kochankę również niekoniecznie mi odpowiadało.
Pociągnęłam nosem, mając jeszcze siły, by wyrzucić z siebie kolejną falę płaczu i właśnie wtedy usłyszałam, że ktoś się zbliża. niestety ludzie byli dobrze wyszkoleni, bo nawet gdy spróbowałam się uciszyć, to w jednej chwili stanęli przed skałą i pochylili się, prezentując hełmy z rogami.
- Najświętsza, co tu robisz? - zapytał jeden z nich, wyciągając odruchowo w moim kierunku rękę. Cofnęłam się bardziej, o ile było to możliwe. - Pani, musisz z nami wrócić. Nic złego ci nie grozi - spróbował jeszcze raz i to chyba przeraziło mnie jeszcze bardziej.
- Nie! Od nikogo z was nic złego mi nie grozi! Wszyscy to mówicie - załkałam, nie dając za wygraną. Poza tym ich towarzystwo przerażało mnie jeszcze bardziej, niż cisza. Nie wiem też ile czasu mnie prosili, namawiali. Kazałam im mnie zostawić, prosiłam, by odstąpili, błagałam, by dali spokój. Nie miałam już siły wyrzucać z siebie prośby, kiedy ostatecznie odeszli, a ja znów uznałam, że było blisko. Mogli mnie wyrwać z kryjówki i gdyby chcieli, mogliby zrobić przecież wszystko. Byłam jedynie słabą kapłanką, w świecie, którego nie rozumiałam. Wydawało mi się, że uległo to dużej zmianie, ale prawda była bolesna. Nie miałam nic, co mogłoby mnie obronić.
Znów zapanowała cisza, a ja nawet nie próbowałam patrzeć przed siebie, bojąc się, że w cieniach dostrzegę coś, czego wolałabym nie widzieć. Miałam raczej otępiałe zmysły, czego powodem mogło być ochłodzenie. Mogłam być na siebie zła za to, że ponownie zbyt późno usłyszałam, iż ktoś nadciąga. Miałam jednak świadomość, że tym razem opcje są dwie... albo umrę, albo zostanę uratowana.
Jego głos wydał mi się w tej chwili cieplejszy, niż zwykle. chociaż wątpię, aby faktycznie starał się uzyskać coś w tym kierunku. Raczej po tym, co mnie spotkało Nevan był mężczyzną, jaki mógł mi pomóc. A jednak nie wybiegłam z kryjówki, nie rzuciłam się w jego stronę. Czekałam, a serce, przyłapałam je na tym, biło z każdym krokiem mężczyzny mocniej. Aż do momentu, gdy dostrzegłam w ciemności zarys jego sylwetki i oczy, namierzające moją osobę.
- Wiedziałam... - przyznałam, a mój głos był bardziej zachrypnięty, niż zwykle. Nie przypominał tych melodyjnych tonów, jakie zazwyczaj opuszczały moje usta.
Zamrugałam kilka razy i chociaż był tak blisko, to nie ruszyłam się do niego.
- A co jeśli powrót do ogniska też nie jest rozsądnym pomysłem? - rzuciłam i wiem, że było to pytanie oschłe, a on nigdy na to nie zasłużył. No może nie nigdy, ale nie teraz. Mimo to mój stan nie pozwalał mi na inny ton głosu, byłam z siebie dumna, że jestem w stanie w ogóle mówić. Pomagała chyba dziwna myśl, że nie chciałam przy nim płakać. Wstydziłam się tego i przed nim chciałam pokazać, że to wszystko mnie nie dotyka. prawda była jednak inna. Trzęsłam się nadal, a do oczu napływały łzy. Mimo to wierzyłam, że jeśli się postaram, to nie wypadnę na obraz siedmiu nieszczęść. Tylko, że trzymanie się w pionie... nie bylo łatwe.
- Nie chcę już tutaj być! - wyrzuciłam po chwili, chociaż wcale nie pytał. Może było to złym pomysłem, bo coś jakby we mnie pękło. A może jego pojawienie się z góry przesądzało moje zachowanie. - Mówią, że to na moją cześć, a nie ode mnie zależne jest, co mi wolno, a czego nie. Mówicie, że powinnam wrócić do zabawy, ale zabawa wcale nie jest mi miła! Zmuszono mnie do towarzystwa księcia, ale nikt mnie nie ostrzegł, że... że on... tam w lesie... - zgięłam się w pół, nie przejmując się tym, że za bardzo położyłam się na tym żwirze. Zrozumiałam jednak, że wcale nie chciałam tkwić tutaj, od samego początku. Zrozumiałam też, że mogłam wrócić z jego ludźmi, ale nie chciałam świadomie do nich wychodzić. Nie do nich...
Podniosłam się na czworaka, niepewnie robiąc jeden krok, za krokiem, a kiedy uniosłam twarz, dystans między mną, a Nevanem był już mniejszy. Tak, jak wczorajszego wieczora, tylko, że dziś byłam roztrzęsiona i szukałam jedynie schronienia. Bolały mnie mięśnie, od niewygodnej pozycji. Bolała mnie szyja, czemu byłam sama winna. A także głowa, od płaczu i nadmiaru emocji. Wszystko dosadnie mówiło, że mam dość.
- Boję się... - jęknęłam w końcu i niczym dziecko, wybudzone ze złego snu, wpadłam mu w ramiona, zaciskając dłonie na jego szacie, by nie mógł mnie odepchnąć. - Skoro nawet księciu nie mogę ufać, to komu powinnam? Czy jest na tym świecie ktoś, kto mnie nie skrzywdzi? Dlaczego to mnie spotyka? Czy bogowie mnie nienawidzą? - wyrzucałam z siebie pełno pytań, dusząc się spazmami, jakie w jednej chwili mnie dopadły. Dopiero po kilku minutach byłam w stanie podnieść twarz, nie myśląc teraz o tym, że jest ona zbyt blisko mężczyzny, niż wypada. - Przez niego czuję się brudna... proszę, zabierz mnie stąd... - wyszeptałam, nie pozwalając mu odwrócić spojrzenia, ani odsunąć się chociaż o centymetr. A przynajmniej wierzyłam, ze ten jeden raz to ja mam nad kimś władzę, bo życie dosadnie postawiło mnie już w niejednej sytuacji, w której to inni mogli ze mną robić, co chcą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz