Od razu zauważyłem, że na dole jest
znacznie ciemniej niż u góry. Docierało tu mniej światła i wiatr praktycznie
wcale nie wiał, przez co może utrzymywał się tu zapach padliny i chłodnej,
wilgotnej ziemi. Jeszcze raz rozejrzałem się dookoła, w nadziei, że w tych
ciemnościach zobaczę jakąś przyzwoitą ścieżkę do wejścia na górę, ale to
wszystko na nic. Zostaliśmy tu uwięzieni i jedyną drogą wyjścia było objechanie
skarpy i wąwozu aż do miejsca, gdzie kanion stanie się płytki.
Esja drżała, wyczułem to nawet przez
zbroję, a kiedy zerknąłem w dół… Cóż, faktycznie była blisko mnie. I to w takim
sensie blisko, w jakim wcześniej nie była żadna inna kobieta w moim życiu. Och,
było ich dużo. Najpierw matka i siostra, a później córki głów innych wielkich
rodów, koleżanki poznane na targach, gdy rodzice spuszczali na moment ze mnie
wzrok. Prostytutki. Więcej panien z dobrych i niedobrych rodów. Od zawsze
wiedziałem, że pociągają mnie te prostolinijne, odważne, niewymuskane, które
odnajdują się na brudnej ulicy niczym królowa we własnej komnacie. Nigdy,
przenigdy jednak nie przyszło mi sądzić, że spotkam kapłankę. Że poznam ją
bliżej, a nie tylko będę mógł obserwować. A już tym bardziej, że będziemy
siedzieć na jednym wierzchowcu, tak blisko siebie, w niemal intymnym uścisku.
Odchrząknąłem. Dlaczego to wszystko nagle stało się takie niezręczne i dziwne?
Zwalczyłem odruch, żeby się odsunąć, rozluźnić uścisk i zamiast tego objąłem ją
jeszcze mocniej. Czasami w zbroi traciłem poczucie własnej siły i uścisku
człowieka, który w gruncie rzeczy jest prawie że nagi.
Jednocześnie, jakby wcześniejszych rozterek
było mało, moje spojrzenie ześlizgnęło się na kawałek nagiego uda, które nie
mogło być zakryte przez rozszarpaną suknię. Poczułem… Coś dziwnego. Coś, czego
nie potrafiłem zinterpretować. I och, nie było to zwykłe pożądanie, bo o ironio
losu, z tym miałem do czynienia całkiem dużo. Przełknąłem ślinę i powoli
odbierałem tej sile panowanie nad moimi myślami i moim ciałem.
— Oh? Daj spokój, tu chodzi o względy
bezpieczeństwa, nie przyjemności — powiedziałem, a mój głos brzmiał niemal tak,
jak zwykle. Nie zdradzał myśli, które w nagłym obłoku wybuchły w mojej głowie.
— Nieprzyjemnie będzie dopiero wtedy, kiedy zgubię cię po drodze, bo spadniesz
z konia i nie będzie miał cię kto pozbierać.
Odmruknąłem jedynie na jej kolejny
argument, bo nie zamierzałem się z tym kłócić. Tak, z pewnością miała na
względzie moje dobro, ironio. Uniosłem jedynie kącik ust, ale nie dość, że nie
widziała tej strony mojej twarzy, to dookoła nas było przeraźliwie ciemno i
zimno. Zaskakujące, ale w tej krótkiej potyczce słownej prawie zapomniałem,
gdzie jesteśmy, na jakie niebezpieczeństwo się wystawiamy, przebywając tu
dłużej, niż to konieczne. Ograniczona przestrzeń była niekorzystnym miejscem
walki mieczem tak dużym, jak mój, zwłaszcza że gdyby nas coś zaatakowało,
musiałbym chronić nie tylko siebie i swojego konia. A do tego byłem najbardziej
przyzwyczajony.
Zmrużyłem oczy, chcąc widzieć więcej
detali na jej twarzy, kiedy w tak oczywisty sposób rzucała mi wyzwanie, którego
nie byłem w stanie nie podjąć. Poczułem, że nacisnęła odpowiednie miejsce, bo
nieco się wyprostowałem i dwoma dłońmi złapałem wodze. Koń czekał, spięty w
gotowości, żeby ruszyć naprzód. Najwyraźniej tak samo jak nam nie podobało mu
się to miejsce.
— Mój koń jest niezrównany jeśli o to
chodzi, ich chude szkapy nawet nie mogą się umywać do tego ogiera
—odpowiedziałem nieco innym tonem niż zwykle. Jakbym chciał na niej zrobić
jakieś wrażenie, a to już samo w sobie było niedorzeczne. Postarałem się
przywołać do porządku. — Nie sądzę tylko, żebyś była w stanie zaskoczyć mnie
czymś nieodpowiednim — nawiązałem jeszcze do tego, co mówiła wcześniej i tym
samym uznałem, że moje zdanie jest na wierzchu. To wystarczyło.
Beż żadnego ostrzeżenia krzyknąłem krótko na
konia, spiąłem swoje ciało i wodze, a później uderzyłem go łydkami.
Wierzchowiec tylko na ten znak czekał. Spiął zad i wystartował z miejsca z taką
siłą, która zdolna była zrzucić naszą dwójkę z siodła, jeśli nie siedzielibyśmy
wystarczająco dobrze. Nabierałem szybko powietrza do ust krótkimi oddechami, bo
pęd powietrza i wiatr, który uderzył niespodziewanie w rozpadlinę wyciskały
wręcz łzy z oczu i znacznie utrudniały oddychanie. Koń pędził, nie zatrzymując się
nad żadną przeszkodą. Jeśli coś wyhaczył spojrzeniem, to skakał, czasami nawet
też bez przyczyny. Z rozpędu sadził długie, potężne susy, a jego ciało spinało
się wraz z taktem galopu niebezpiecznie wpadającego w cwał. Nie sprawdzałem,
czy dobrze trzymam dziewczynę. W ogóle o tym nie myślałem. W galopie czułem się
wolny, swobodny, niedościgniony i wielki. Potężny, jakbym siedział na harpi i
latał nad ledwo widocznym w dole kawałkiem lądu. Zaśmiałem się krótko, ale wiatr
wepchnął ten dźwięk mi z powrotem do ust, przez co zabrzmiał jedynie gardłowo,
zdławiony.
Pędziliśmy w ciemnej, wąskiej
rozpadlinie, praktycznie nie zwalniając przed żadnym zakrętem ani przeszkodą. A
koń biegł tak, jakby nabrał wiatru pod nieistniejące skrzydła, jakby goniło nas
stado wygłodniałych wilków, jakby nie było żadnych limitów. Nie widziałem,
gdzie zmierzamy, wiedziałem jedynie, że w dobrym kierunku.
Po dłuższym czasie rozpadlina zaczęła
się rozszerzać, aż w końcu zrobiła się zupełnie szeroka. Zwolniłem rumaka,
zauważając, że teraz biegnie po podmokłym gruncie i żeby nie ryzykować
niepotrzebnej kontuzji pozwoliłem mu zwolnić. Nie poganiałem jak wcześnie
krótkimi okrzykami, nie spinałem łydek. Ogier z wdzięcznością niemal przyjął
wolniejsze tempo galopu. W oddali zobaczyłem łunę światła – to musiał być most,
który z tej strony prowadził nad rozpadliną do obozu i służył gównie wozom w
czasach, kiedy susza zamieniała się na kilka dni w ulewne deszcze, a w kanale
płynęła rwąca rzeka.
— To już niedaleko — wysyczałem, bez
pewności, że Esja mnie usłyszy.
Przez cały ten czas nie przyszło mi do
głowy sprawdzić, jak ona przeżywa tą podróż, ale jedno było pewne. Nawet dla
mnie ten szaleńczy pęd był czymś niezapomnianym. I to niekoniecznie tylko przez
prędkość, jaką rozwijało pod nami parzystokopytne zwierzę.
I faktycznie, po kilku chwilach
znaleźliśmy się w lepiej oświetlonej przestrzeni, a na granicy pola widzenia
zamajaczyła drewniana, całkiem solidna kładka. Koń dyszał, my z resztą też od
wzmożonego wysiłku. Czułem buzującą w moim ciele krew, pulsowała przyjemnie,
szybko, a mięśnie – choć zmęczone – namawiały do dalszego wysiłku, do
forsowania ich możliwości. Kiedy znaleźliśmy się przy drewnianej konstrukcji,
zupełnie się zatrzymaliśmy. Byłem wyczerpany, włosy rozwiane. I być może byłem
też zwyczajnie szczęśliwy, pijany tym niebezpiecznym szaleństwem.
Zeskoczyłem z konia, a później ku
swojemu zdziwieniu ledwo udało mi się ustań na nogach. Złapałem się siodła.
Zwierzę było całe spocone, a z szyi parowały małe smużki pary wodnej. Złapałem
wodze i nie czekając ani na pierwsze słowa reakcji, ani na pozwolenie, ruszyłem
przed siebie. Mokre błoto czepiało się moich butów i cmokało za każdym razem,
kiedy je unosiłem. Wspięliśmy się na niewielką już w tym miejscu skarpę, z Esją
nadal na końskim grzbiecie, a dopiero później rzuciłem jej dwa rzemienie wodzy.
Nie kręciło mi się już w głowie. Byłem spokojny, tak mi się przynajmniej
wydawało. Tylko wewnątrz panowała jeszcze pustosząca burza.
— Musimy przejść obok straży —
wyjaśniłem, jakby nieco niechętnie tłumacząc się komuś ze swoich planów. Nie
byłem do tego przyzwyczajony, jednak doświadczenie nauczyło mnie, że jeśli tego
nie zrobię, kapłanka i tak zacznie pytać. — Okryj się moim płaszczem tak, żeby
nie było widać tego, co zostało z twojej sukni. Most jest strzeżony, tam, o —
uniosłem dłoń — jest punkt kontrolny. Wojsko sprawdza, kto i co chce dostać się
do obozu. Zostaw mówienie mi — zaznaczyłem od razu i poczekałem na nią, aż się
okryje, złapie wodze i stępem poprowadzi konia naprzód. Ruszyłem obok niej, w
głowie układając już sobie całą przemowę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz