Uniosłam lekko brwi, słysząc jakąś zmianę w głosie Nevana. Miałam wrażenie, że oto pierwszy raz pokazał mi się z innej strony. Owszem, w obozie bywał już mniej formalny, ale nawet wtedy widziałam w nim przede wszystkim żołnierza. A teraz? Miałam wrażenie, że oto przede mną, a ściślej mówiąc za mną siedzi zwyczajny mężczyzna. Fakt, nie znałam się na nich zbyt dobrze, ale miałam podejrzenia, których nie dało się przeoczyć. Czy uderzyłam w odpowiednie miejsce? Mogę zaryzykować stwierdzeniem, że tak oto moje słowa nacisnęły na jego ambicję, słynną dla mężczyzn chęć rywalizacji, a w ostateczności dominacji? Był to widok ciekawy, a co najdziwniejsze, fascynujący i łechtający moje własne ego. Chciał zrobić na mnie wrażenie? Może zbyt wiele sobie wyobrażałam, ale nie potrafiłam tej myśli wyciszyć. Podobnie jak tego, że życzyłam mu powodzenia. Chciałam, by mnie zaskoczył, bym musiała uznać, że faktycznie jeździ lepiej od pozostałej dwójki. Nie rozumiem, co dokładnie mną kierowało, skąd takie głupie myśli, ale trzymałam za niego kciuki, jakbym to ja zaraz miała spiąć konia, a nie on.
Przywołana do względnego porządku już zaczęłam szukać w głowie odpowiedzi. Nim jednak słowa ułożyły się w cokolwiek poczułam, jak nagły pęd wciska mnie w jego ciało. Odruchowo zamknęłam oczy, sapnęłam, zacisnęłam dłonie w pięści, a po chwili... zdałam sobie sprawę co się stało. No tak, galop... nie, to nie galop. Coś więcej, jak uczucie latania, wolności. Niesamowite! Pęd i świst powietrza, chłód wcale nie przeszkadzający, a wyzwalający. Łzy bynajmniej nie smutku, a w odpowiedzi na nowe doznania. Lekkość. Nie chciałam przestawać. Śmiał się! Zrozumiałam to po chwili i ja też się śmiałam, zapominając o uczuciu skrępowania. Chciałam już zawsze znajdować się w tym szaleńczym biegu. Niech nie zatrzymuje się, niech wąwóz nigdy się nie kończy. Odgłos kopyt, zapach lasu, już nie stęchlizny, ciepło bijące z ust mężczyzny, gdy wypuszczane nierównymi porcjami powietrze otulało moje ucho raz za razem. Nie przeszkadzało mi to, nie krępowało mnie, nie było w tym nic nieodpowiedniego, a serce biło, jakby pierwszy raz nauczyło się szybciej tłoczyć krew. Jakby jasnym stało się to, że życie może mieć inny smak, niż dotychczas. Że można sięgać garściami, ryzykować... lecieć.
Kiedy się zatrzymał, gdy koń mógł odetchnąć, a do mnie dotarły jego słowa, uczucie rozczarowania niemalże mnie przybiło. Nie. Nie chciałam się zatrzymywać i nie chciałam tracić jego bliskości. Teraz, gdy mężczyzna lekko zeskoczył na ziemię, siedzenie bez oparcia o jego tors wydawało mi się wyjątkowo nieprzyjemne, niewygodne... niepoprawne. Ucho piekło okrutnie, gdy kolejne porcje ciepłego powietrza nie łaskotały już jego płatka. Musiałam być czerwona, lekko dyszałam, ale oczy miałam bystre, gdy nakierowałam je na twarz mężczyzny.
Wykonałam pospiesznie jego polecenia, chowając nagie uda. Bogowie, nie chcę wiedzieć, co by się stało, gdyby ktoś to zgłosił. Może głównie przez to nie narzekałam, a byłam jedynie posłuszna. Przejęłam wodzę i... zarumieniłam się w chwili, gdy dotarło do mnie, że siedzę na jego wierzchowcu. Sama. Uznałam to za zaszczyt, który w moim mniemaniu dawał dziwne odczucie. Nie mogłam jeszcze wiedzieć, że było to uczucie intymności, jaka dla innej osoby wcale nie narodziłaby się w tej chwili. Ja natomiast życie spędziłam w izolacji od większości mężczyzn i świadomość takiego wyróżnienia... wywoływała tak dziwne dreszcze, że nie mogłam tracić czasu, aby zastanawiać się nad tym, co też oznaczają.
- STAĆ! - kiedy zauważono nas z wieży, natychmiast ktoś na nas krzyknął. Głos miał niezbyt światły i zaraz zjawił się przed nami mężczyzna o nosie przywodzącym mi na myśl korzeń imbiru. - Coście za jedni? - rzucił jeszcze niesympatycznie, ale gdy podszedł bliżej i oświetlił nas światłem pochodni stanął na baczność. Nie wiem, co wpierw zrobiło na nim wrażenie, mundur Tealvasha, czy może złota obręcz na mojej szyi, którą przezornie odsłoniłam. - Najświętsza... i ty oficerze - wydukał, siląc się na animusz. - Co robicie tutaj sami o tak późnej porze? - zdobył się w końcu na pytanie. Nico mnie to strapiło. Liczyłam, że przepuści nas bez gadania.
Czułam na sobie spojrzenie mężczyzny. Wiem, że Nevan miał to załatwić, ale wojak nie ściągał ze mnie przenikliwego wzroku.
- Pani, czy nie powinnaś towarzyszyć księciu podczas polowania? - zapytał wprost, a pytanie to w moim odczuciu było jak policzek. A kim ja jestem, że powinnam biegać za tamtym szlachcicem? Za draniem, który zapomniał chyba kim jest i kim ja jestem? Teraz jeszcze miałam się tłumaczyć, dlaczego nie trwam przy nim wiernie? Wszystkie myśli, które podczas powrotu z oficerem się wyciszyły, teraz na nowo we mnie wezbrały.
- Stamtąd wracam - rzuciłam mimochodem, a skoro i tak już się odezwałam. Uznałam, że to pociągnę dalej. - Poczułam się źle i poprosiłam o eskortę do obozu - wyjaśniłam, licząc, że teraz naprawdę przejmie inicjatywę Nevan, jak to planował zrobić. Niepotrzebnie otwierałam usta. Mężczyzna jednak odezwał się pierwszy.
- W takim razie powinnaś mieć większą obstawę - wyprostował się jeszcze bardziej.
- Nie! - rzuciłam szybciej, niż o tym pomyślałam. Zbyt pewnie i panicznie jednocześnie. Cholera... bałam się, że nie będę mogła podróżować już tylko z Nevane, a dotarło do mnie, że przecież nie chcę przy swoim boku nikogo innego. Zaczęło to brzmieć podejrzanie. Myśl Esjo, myśl... w głowie miałam mętlik, ale nie mogę zawsze być nieporadną kapłanką. Zacisnęłam mocniej pięści i uniosłam dumnie podbródek, wypchnęłam biust w przód, nieco tak, jak uczyła mnie tego Freya na zajęciach tańca. - Żołnierzu, czy ty wiesz, jak się znalazłam w obozie? Masz czelność proponować ocalałej z rzezi kobiecie towarzystwo nieznanych jej mężczyzn? Pomijam już fakt, jak bezwstydnie taksujesz mnie wzrokiem! Jestem zmęczona, mam do tego prawo, więc jako żołnierz zajmij się rozmową z oficerem Tealvashem, bom gotowa uznać, że mój widok milszy ci jest, niż poprawne wykonywanie własnych obowiązków - wyrzuciłam z siebie pewnym tonem. Byłam tak naprawdę przerażona. jak to zostanie odebrane?
Wtedy też... żołnierz speszył się, chrząknął, nagle jakby zmalał. Odwróciła spojrzenie, chyba skłonił mi się lekko, przeprosił. Bogowie... naprawdę podziałało. Dałam radę. Żaden z nich nie mógł wiedzieć, jak bardzo urosłam w tej chwili, ile pewności mi to dało i jaką dumą napawało. Mimo nieco niewygodnej dla nas sytuacji, czułam, że jest lepiej, niż mogłam się spodziewać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz