poniedziałek, 20 listopada 2017

CXIV



        Patrzyłem, jak się ubiera w pośpiechu. Z dziwnym rozrzewnieniem zauważyłem, że wolałbym, żeby ten proces zachodził w drugim kierunku. Podniósłbym może wtedy dłoń, zdobył się na to, czego nie zrobiłem wcześniej. Chłodnymi palcami zbadałbym znak na plecach, na jej ciepłej po kąpieli skórze, a później pozwoliłbym dłoniom wędrować w miejsca, które z pewnością by się jej spodobały i o których może wcześniej nie miała pojęcia. Przyglądałem jej się spokojnie, a wewnątrz mnie narastała lawina tych emocji i pragnień, które nigdy nie będą możliwe do spełnienia. Gdyby była kimkolwiek innym, może bym spróbował po to, żeby się przekonać, że potrafię. Ale nie kapłanka. Aż tyle nie potrafiłem poświęcić.
        Wyszła ze słowami na ustach, które celowo były albo zbyt szczere, albo dwuznacznie. Obserwowałem zamykające się drzwi w zamyśleniu. A jej słowa odbijały się w mojej głowie jeszcze na długo po tym, jak pozbyłem się przepaski z bioder i zanurzyłem w ciepłej wodzie. Wszędzie dookoła czułej jej obecność, choć dawno już przecież jej tutaj nie było. Kiedy tylko zamykałem powieki, moja wyobraźnia pędziła w dzikich kierunkach, a w głowie rozbrzmiewało to jedno zdanie, te kilka słów.
        Zanurzyłem się cały pod wodę i przez długą chwilę wisiałem w nicości, lekki, jakbym nic nie ważył. Pod powierzchnią wody rozważania w porównaniu do piekącego bólu wewnątrz klatki piersiowej miały zupełnie inną wagę. Otworzyłem oczy, a później już bez dalszej chwili zwłoki wyszedłem z gorącej wody. Wiedziałem, co należy zrobić. Przygotowywałem się jedynie do wykonania swojego zadania.
        Służąca nadal była w przedsionku. Czułem ją tam w znaczeniu takim, w jaki drapieżnik wyczuwa swoją ofiarę. Moje kroki były miękkie, ruchy bezszelestne. Pośród swoich ubrań miałem zakrzywiony, mały nóż. Nawet się nie ubrałem. Dziewczyna – ledwie w wieku przekraczającym dorosłość – drgnęła na mój widok. Zawsze mnie to zastanawiało: czy ludzie widzą, kiedy przyjdzie im umrzeć? Czy rozpoznają śmierć, kiedy spoglądają jej w oczy? W karminowe tęczówki, nie wzruszone żadną emocją czy poczuciem winy.
        — Mój panie… — uniosła dłoń.
        Z moich włosów kapały kropelki zimnej już wody, moczyły jej lekkie szaty. Było ciemno, ale jej oczy błyszczały. Dopiero później zorientowałem się, że od łez.
        Cios był szybki, precyzyjny, zadany, żeby zabić. Nóż miękko wślizgnął się w jej ciało, w przestrzeń pomiędzy dwoma żebrami. Z przerażającą wprawnością wbiłem go w jej serce. Obserwowałem jak życie blaknie w jej oczach, ucieka pomiędzy ustami. Nic nie czułem. Odebrałem tyle istnień, że jedno kolejne nie robiło mi już różnicy. Dawno przekroczyłem granicę, przed którą mógłbym zostać oczyszczony z własnych win.
          Jej krew była ciepła, spływała po moich dłoniach i ramionach, plamiła stopy i kamienną posadzkę. Dziewczyna się nie szamotała, nie próbowała ucieczki. Rozpoznała śmierć, może zdążyła się przed tym pomodlić. Osłabła w moich ramionach, złapałem jej ciało instynktownie.
        Nie było w nim życia.
        Wyszarpnąłem nóż i nie oglądając się na zwłoki wszedłem do wanny. Czerwień zabarwiła wodę natychmiast.

        W namiocie było nieprzyjemnie duszno. Jak na obecną porę w roku było tu zdecydowanie za ciepło, lekka narzuta wyszyta z lnu i bawełny lepiła się nieprzyjemnie do ciała. To wszystko przez to, że słońce od razu po świcie oświetlało jedną połę mojego namiotu, pomyślałem, przecierając oczy wierzchem dłoni. Nie mogło być jeszcze późno; zawsze budziłem się niemal zaraz po świcie. Odrzuciłem przykrycie i wstałem z łóżka. Nie trzeba było dużo czasu, żeby w moim namiocie zaczęły pojawiać się pierwsze raporty i dokumenty, z którymi miałem się zapoznać. Dzień w obozie dla oficerów zaczynał się wcześnie i wbrew pogłoskom tworzonym przez zazdrosnych żołnierzy nie mogliśmy spać do południa. Choć fakt, że często do tej pory musiałem siedzieć w zamknięciu, na spotkaniach z innymi, omawiać taktykę i spożytkowanie zapasów, a także gospodarowanie ludźmi i pieniędzmi. To była istna męczarnia; wolałem te dni, kiedy wysyłano nas na front, uzbrojonych po zęby na wierzchowcach gorącej krwi do walki małymi oddziałami, rozpoznania terenów wroga, ataków partyzanckich, rozgromienia małych wrogich pododdziałów. Te wypady stawały się coraz rzadsze i rosła ze mnie obawa, że wojna zupełnie się zmienia. Że zamiast atakowania przechodzimy w ciężkie czasy defensywy, wycofania się za własne, bezpieczne mury i oblężenia, wojny podatkowej, trudnej, długiej. Takiej, w której umierają cywile, a państwo pogrąża się w głodzie i biedzie.
        Nasłuchując na obradach postaw innych oficerów coraz częściej dochodziłem do podobnych, ponurych wniosków, że znudziła im się wojaczka. I zamiast wysłać wszystkie nasze siły, które miały możliwość stłumienia przeciwnika, woleli tchórzowsko chować się za własnymi grodami, za palisadami i murami, które stanowiły wątłe bezpieczeństwo.
        Wychodząc z kolejnego posiedzenia zaciskałem bezwiednie dłonie w pięści. Ludzie uskakiwali mi spod nóg, a ja praktycznie wcale ich nie zauważałem. Przystanąłem na moment jedynie pod budynkiem łaźni. Kilka służących szorowało zacieki krwi z ciemnego kamienia, którym wyłożony był przedsionek i ścieżka do budynku. Zastygła krew tworzyła przeróżne wzory, wnikała w strukturę kamienia i nasączyła ziemię dookoła. Ruszyłem dalej, poświęcając temu obrazkowi zaledwie kilka minut. Nie miało znaczenia nawet to, jak łatwo było odgadnąć kto stał za morderstwem. Nie starałbym się nawet tego ukryć, gdyby ktoś zapytał mnie wprost.
        To tylko służąca. Jej życie nie było tak cenne, żeby nie dało się go zastąpić innym. To niewielkie przewinienie dla człowieka podobnego mi rangą.
        Wspiąłem się na mury ochronne i zdecydowałem na krótki spacer po blankach. Wiatr smagał tutaj lekko, przyjemnie, dając wytchnienie od duchoty. Mijały mnie od czasu do czasu pary żołnierzy, salutujących, ale nie zatrzymywali się obok na rozmowę. Przystanąłem w końcu i zapatrzyłem w dal, w las, jakby tam miały kryć się odpowiedzi na dręczące mnie pytania i wątpliwości.
        Poczułem czyjąś obecność, zanim jeszcze się odezwał. Kątem oka wychwyciłem ruch, ale nie odwróciłem się w tamtym kierunku.
        — Najświętsza się zbliża — zaraportował głos zza przyłbicy, przytłumiony. — Z interesem do pana, oficerze.
        — Możesz odejść — mruknąłem, nie odrywając spojrzenia od jednego punku w ścianie lasu.
        Czekałem, aż dziewczyna pojawi się na wąskiej ścieżce, która okalała umocnienia obronne, a kiedy w końcu usłyszałem jej głos, na mojej twarzy pojawił się drobny, cwany uśmiech. W mojej pamięci widok jej ciała zanurzonego pod wodą nadal był żywy, podobnie jak znaku, który skrywała na plecach. Odczekałem moment i odwróciłem głowę powoli w jej kierunku, w końcu zauważając też głęboki rumieniec, jaki pokrywał jej lico. Zastanawiałem się, czy mi to schlebia, kiedy odezwała się po raz kolejny. Dopiero wtedy prychnąłem cicho.
       W jej głosie rozpoznawalna była inna, fałszująca nuta i nie potrafiłem się nadziwić jej rozgoryczeniu faktem, że „nie podoba mi się” ona. Było w tym coś dziewczęcego, co przystawało młodym podlotkom, coś co wyjątkowo nie pasowało wizerunkowi kapłanki. Która z nich gotowa była z taką goryczą zauważać podobne rzeczy? Rozplotłem palce zza pleców i pochyliłem się nieco, opierając się na kamiennej blance przed sobą. Ta kapłanka… Naprawdę była czymś niespotykanym. I w dodatku nie zawsze potrafiła chować język za zębami. Ponownie wpatrzyłem się przed siebie, tym razem znacznie poważniej. Nie skomentowałem jej wcześniejszych słów, choć wyraz mojej twarzy mógł wiele jej zdradzić.
        — Eliah też jest tylko człowiekiem, o czym chyba zdarza ci się zapominać — odparłem, tym razem sam nie powstrzymując tego odruchu. Dziewczyna traktowała go jak anioła stróża, który nie ma własnych problemów, trudno było tego nie zauważyć nawet mi. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak to wygląda. Przeszkadzało mi to? — Nie rozmawiałem z nim, odkąd wczoraj wrócili z pikniku z księciem. Może po naszym zniknięciu wydarzyło się tam coś, co tak na niego wpłynęło?
        Wyprostowałem się powoli i odwróciłem bokiem do blanki, stając prosto do Esji. Dlaczego przyszła wypytać mnie o Eliaha? Czy to była tylko przykrywka i kryło się pod tym coś znacznie więcej? Zmrużyłem oczy. Skłamałbym, jeśli bym uznał, że nie interesuje mnie to, co myśli o wczorajszej nocy i o słowach, jakie między nami padły. Temat jednak można było spokojnie uznać za zamknięty. Nie zamierzałem dopytywać się i drążyć, żeby jedynie mile i próżno połaskotać własne ego.
        — Wiele rzeczy może go dręczyć. Może fakt, że niedługo opuścimy ten obóz, który la wszystkich kojarzy się z przystanią bezpieczeństwa i wyruszymy na zachód, w stronę pustyń — podsunąłem, uważnie obserwując dziewczynę. Nie był to jeszcze fakt, właściwie prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek się stąd wydostaniemy coraz bardziej malało, ale interesowała mnie jej reakcja. — Albo nie podoba mu się to, że wczoraj eskortowałem cię do obozu — wzruszyłem ramionami, kładąc dłoń na kamiennym wykończeniu ząbka muru.
        W głowie od dawna układałem już plany wydostania się z obozu, z tej cuchnącej nieróbstwem, przeklętej doliny, w której się znajdowaliśmy, gnuśnieliśmy, a nasze zmysły tępiały. Chciałem ruszać, działać, podbijać, walczyć i zabijać. Wewnątrz mnie budziła się do życia szarpiąca chęć działania. Tłumiona do tej pory skutecznie przez rządzących krajem.
        — Chcę opuścić obóz — przyznałem w końcu otwarcie, przenosząc pojrzenie nieco niżej, na obojczyki ledwo widoczne pod jasną koszulą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/