Patrzyłem, jak się ubiera w pośpiechu. Z
dziwnym rozrzewnieniem zauważyłem, że wolałbym, żeby ten proces zachodził w
drugim kierunku. Podniósłbym może wtedy dłoń, zdobył się na to, czego nie
zrobiłem wcześniej. Chłodnymi palcami zbadałbym znak na plecach, na jej ciepłej
po kąpieli skórze, a później pozwoliłbym dłoniom wędrować w miejsca, które z
pewnością by się jej spodobały i o których może wcześniej nie miała pojęcia.
Przyglądałem jej się spokojnie, a wewnątrz mnie narastała lawina tych emocji i
pragnień, które nigdy nie będą możliwe do spełnienia. Gdyby była kimkolwiek
innym, może bym spróbował po to, żeby się przekonać, że potrafię. Ale nie
kapłanka. Aż tyle nie potrafiłem poświęcić.
Wyszła ze słowami na ustach, które
celowo były albo zbyt szczere, albo dwuznacznie. Obserwowałem zamykające się
drzwi w zamyśleniu. A jej słowa odbijały się w mojej głowie jeszcze na długo po
tym, jak pozbyłem się przepaski z bioder i zanurzyłem w ciepłej wodzie.
Wszędzie dookoła czułej jej obecność, choć dawno już przecież jej tutaj nie
było. Kiedy tylko zamykałem powieki, moja wyobraźnia pędziła w dzikich kierunkach,
a w głowie rozbrzmiewało to jedno zdanie, te kilka słów.
Zanurzyłem się cały pod wodę i przez
długą chwilę wisiałem w nicości, lekki, jakbym nic nie ważył. Pod powierzchnią
wody rozważania w porównaniu do piekącego bólu wewnątrz klatki piersiowej miały
zupełnie inną wagę. Otworzyłem oczy, a później już bez dalszej chwili zwłoki
wyszedłem z gorącej wody. Wiedziałem, co należy zrobić. Przygotowywałem się
jedynie do wykonania swojego zadania.
Służąca nadal była w przedsionku.
Czułem ją tam w znaczeniu takim, w jaki drapieżnik wyczuwa swoją ofiarę. Moje
kroki były miękkie, ruchy bezszelestne. Pośród swoich ubrań miałem zakrzywiony,
mały nóż. Nawet się nie ubrałem. Dziewczyna – ledwie w wieku przekraczającym
dorosłość – drgnęła na mój widok. Zawsze mnie to zastanawiało: czy ludzie
widzą, kiedy przyjdzie im umrzeć? Czy rozpoznają śmierć, kiedy spoglądają jej w
oczy? W karminowe tęczówki, nie wzruszone żadną emocją czy poczuciem winy.
— Mój panie… — uniosła dłoń.
Z moich włosów kapały kropelki zimnej
już wody, moczyły jej lekkie szaty. Było ciemno, ale jej oczy błyszczały.
Dopiero później zorientowałem się, że od łez.
Cios był szybki, precyzyjny, zadany,
żeby zabić. Nóż miękko wślizgnął się w jej ciało, w przestrzeń pomiędzy dwoma
żebrami. Z przerażającą wprawnością wbiłem go w jej serce. Obserwowałem jak
życie blaknie w jej oczach, ucieka pomiędzy ustami. Nic nie czułem. Odebrałem
tyle istnień, że jedno kolejne nie robiło mi już różnicy. Dawno przekroczyłem
granicę, przed którą mógłbym zostać oczyszczony z własnych win.
Jej krew była ciepła, spływała po
moich dłoniach i ramionach, plamiła stopy i kamienną posadzkę. Dziewczyna się
nie szamotała, nie próbowała ucieczki. Rozpoznała śmierć, może zdążyła się
przed tym pomodlić. Osłabła w moich ramionach, złapałem jej ciało
instynktownie.
Nie było w nim życia.
Wyszarpnąłem nóż i nie oglądając się na
zwłoki wszedłem do wanny. Czerwień zabarwiła wodę natychmiast.
W namiocie było nieprzyjemnie duszno. Jak
na obecną porę w roku było tu zdecydowanie za ciepło, lekka narzuta wyszyta z
lnu i bawełny lepiła się nieprzyjemnie do ciała. To wszystko przez to, że
słońce od razu po świcie oświetlało jedną połę mojego namiotu, pomyślałem,
przecierając oczy wierzchem dłoni. Nie mogło być jeszcze późno; zawsze budziłem
się niemal zaraz po świcie. Odrzuciłem przykrycie i wstałem z łóżka. Nie trzeba
było dużo czasu, żeby w moim namiocie zaczęły pojawiać się pierwsze raporty i
dokumenty, z którymi miałem się zapoznać. Dzień w obozie dla oficerów zaczynał
się wcześnie i wbrew pogłoskom tworzonym przez zazdrosnych żołnierzy nie
mogliśmy spać do południa. Choć fakt, że często do tej pory musiałem siedzieć w
zamknięciu, na spotkaniach z innymi, omawiać taktykę i spożytkowanie zapasów, a
także gospodarowanie ludźmi i pieniędzmi. To była istna męczarnia; wolałem te
dni, kiedy wysyłano nas na front, uzbrojonych po zęby na wierzchowcach gorącej
krwi do walki małymi oddziałami, rozpoznania terenów wroga, ataków
partyzanckich, rozgromienia małych wrogich pododdziałów. Te wypady stawały się
coraz rzadsze i rosła ze mnie obawa, że wojna zupełnie się zmienia. Że zamiast
atakowania przechodzimy w ciężkie czasy defensywy, wycofania się za własne,
bezpieczne mury i oblężenia, wojny podatkowej, trudnej, długiej. Takiej, w której
umierają cywile, a państwo pogrąża się w głodzie i biedzie.
Nasłuchując na obradach postaw innych
oficerów coraz częściej dochodziłem do podobnych, ponurych wniosków, że
znudziła im się wojaczka. I zamiast wysłać wszystkie nasze siły, które miały
możliwość stłumienia przeciwnika, woleli tchórzowsko chować się za własnymi
grodami, za palisadami i murami, które stanowiły wątłe bezpieczeństwo.
Wychodząc z kolejnego posiedzenia
zaciskałem bezwiednie dłonie w pięści. Ludzie uskakiwali mi spod nóg, a ja
praktycznie wcale ich nie zauważałem. Przystanąłem na moment jedynie pod
budynkiem łaźni. Kilka służących szorowało zacieki krwi z ciemnego kamienia,
którym wyłożony był przedsionek i ścieżka do budynku. Zastygła krew tworzyła
przeróżne wzory, wnikała w strukturę kamienia i nasączyła ziemię dookoła.
Ruszyłem dalej, poświęcając temu obrazkowi zaledwie kilka minut. Nie miało
znaczenia nawet to, jak łatwo było odgadnąć kto stał za morderstwem. Nie
starałbym się nawet tego ukryć, gdyby ktoś zapytał mnie wprost.
To tylko służąca. Jej życie nie było
tak cenne, żeby nie dało się go zastąpić innym. To niewielkie przewinienie dla człowieka
podobnego mi rangą.
Wspiąłem się na mury ochronne i
zdecydowałem na krótki spacer po blankach. Wiatr smagał tutaj lekko,
przyjemnie, dając wytchnienie od duchoty. Mijały mnie od czasu do czasu pary
żołnierzy, salutujących, ale nie zatrzymywali się obok na rozmowę. Przystanąłem
w końcu i zapatrzyłem w dal, w las, jakby tam miały kryć się odpowiedzi na
dręczące mnie pytania i wątpliwości.
Poczułem czyjąś obecność, zanim jeszcze
się odezwał. Kątem oka wychwyciłem ruch, ale nie odwróciłem się w tamtym
kierunku.
— Najświętsza się zbliża — zaraportował
głos zza przyłbicy, przytłumiony. — Z interesem do pana, oficerze.
— Możesz odejść — mruknąłem, nie
odrywając spojrzenia od jednego punku w ścianie lasu.
Czekałem, aż dziewczyna pojawi się na
wąskiej ścieżce, która okalała umocnienia obronne, a kiedy w końcu usłyszałem
jej głos, na mojej twarzy pojawił się drobny, cwany uśmiech. W mojej pamięci
widok jej ciała zanurzonego pod wodą nadal był żywy, podobnie jak znaku, który
skrywała na plecach. Odczekałem moment i odwróciłem głowę powoli w jej
kierunku, w końcu zauważając też głęboki rumieniec, jaki pokrywał jej lico.
Zastanawiałem się, czy mi to schlebia, kiedy odezwała się po raz kolejny.
Dopiero wtedy prychnąłem cicho.
W jej głosie rozpoznawalna była inna,
fałszująca nuta i nie potrafiłem się nadziwić jej rozgoryczeniu faktem, że „nie
podoba mi się” ona. Było w tym coś dziewczęcego, co przystawało młodym
podlotkom, coś co wyjątkowo nie pasowało wizerunkowi kapłanki. Która z nich
gotowa była z taką goryczą zauważać podobne rzeczy? Rozplotłem palce zza pleców
i pochyliłem się nieco, opierając się na kamiennej blance przed sobą. Ta kapłanka…
Naprawdę była czymś niespotykanym. I w dodatku nie zawsze potrafiła chować
język za zębami. Ponownie wpatrzyłem się przed siebie, tym razem znacznie
poważniej. Nie skomentowałem jej wcześniejszych słów, choć wyraz mojej twarzy
mógł wiele jej zdradzić.
— Eliah też jest tylko człowiekiem, o
czym chyba zdarza ci się zapominać — odparłem, tym razem sam nie powstrzymując
tego odruchu. Dziewczyna traktowała go jak anioła stróża, który nie ma własnych
problemów, trudno było tego nie zauważyć nawet mi. Zdawałem sobie sprawę z
tego, jak to wygląda. Przeszkadzało mi to? — Nie rozmawiałem z nim, odkąd
wczoraj wrócili z pikniku z księciem. Może po naszym zniknięciu wydarzyło się
tam coś, co tak na niego wpłynęło?
Wyprostowałem się powoli i odwróciłem
bokiem do blanki, stając prosto do Esji. Dlaczego przyszła wypytać mnie o
Eliaha? Czy to była tylko przykrywka i kryło się pod tym coś znacznie więcej?
Zmrużyłem oczy. Skłamałbym, jeśli bym uznał, że nie interesuje mnie to, co
myśli o wczorajszej nocy i o słowach, jakie między nami padły. Temat jednak
można było spokojnie uznać za zamknięty. Nie zamierzałem dopytywać się i
drążyć, żeby jedynie mile i próżno połaskotać własne ego.
— Wiele rzeczy może go dręczyć. Może
fakt, że niedługo opuścimy ten obóz, który la wszystkich kojarzy się z
przystanią bezpieczeństwa i wyruszymy na zachód, w stronę pustyń — podsunąłem,
uważnie obserwując dziewczynę. Nie był to jeszcze fakt, właściwie
prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek się stąd wydostaniemy coraz bardziej
malało, ale interesowała mnie jej reakcja. — Albo nie podoba mu się to, że
wczoraj eskortowałem cię do obozu — wzruszyłem ramionami, kładąc dłoń na
kamiennym wykończeniu ząbka muru.
W głowie od dawna układałem już plany
wydostania się z obozu, z tej cuchnącej nieróbstwem, przeklętej doliny, w
której się znajdowaliśmy, gnuśnieliśmy, a nasze zmysły tępiały. Chciałem
ruszać, działać, podbijać, walczyć i zabijać. Wewnątrz mnie budziła się do
życia szarpiąca chęć działania. Tłumiona do tej pory skutecznie przez
rządzących krajem.
— Chcę opuścić obóz — przyznałem w
końcu otwarcie, przenosząc pojrzenie nieco niżej, na obojczyki ledwo widoczne
pod jasną koszulą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz