Niezręczność, jaką przy nim czułam, była nie do opisania. Chciałam walczyć z tym uczuciem, nie rozumiałam go. W końcu gdyby było to normalne, wolałabym go unikać, a jednak w zasadzie sama tutaj przyszłam, nie mając w zasadzie pełnej potrzeby na kontakt z nim. Ciągnęło mnie więc, jak ćmę do ognia, chociaż miałam świadomość tego, co mnie czeka. Rumieńce, takie naturalne odruchy u dziewcząt, ale przecież na bogów ja w pierwszej kolejności byłam kapłanką i to przez ten pryzmat powinnam dobierać swoje zachowania do sytuacji. Tylko, że przy oficerze dawno już zapomniałam o kanonie, jaki mi wpajano. Oczywiście starałam się przynajmniej zachowywać pozory, jednakże z każdym dniem było to trudniejsze, a po wczorajszym wieczornym spotkaniu, obawiam się, że graniczyło z cudem. Gdyby coś takiego przydarzyło się od razu po moim przybyciu, najpewniej zgłosiłabym to. Tak, jak mi kazano. Mówiono, że mam do tego prawo... nie! To mój święty obowiązek. Tak bym uczyniła wówczas... bądź w sytuacji, w której to nie Nevan wtargnąłby do mnie podczas, gdy brałam kąpiel. Ta myśl nie dawała mi spokoju. Traktowałam go specjalnie, wiedziałam o tym, nie byłam ślepa... nie sadziłam jednak, że ma to miejsce w aż tak dużym stopniu. Kiedy dla tego mężczyzny zmienił się mój system zasad i wartości, a co ważniejsze... dlaczego?
Na moje szczęście nie odniósł się do pierwsze, jakże niewłaściwej wypowiedz. Jedynie jego twarz... och, spalała mnie ta mina, ale udawałam, że nie widzę, nie rozumiem. Jestem dorosła i godna swojej pozycji. Nie może mnie zawstydzać, to nie przystoi. Stale daję mu tą satysfakcję, nie potrafię się zachować, a on widzi... zbyt wiele.
Odchrząknęłam, wchodząc tym samym na tory tematu, jaki mnie tutaj przecież przywiódł. Nie mniej jednak byłam zaskoczona. Jest tylko człowiekiem... co za tym stało? Chciałam zapytać wprost, ale powstrzymałam się. Na całe szczęście. Zamiast tego pokiwałam głową, spokojnie, rozważajac jego slowa. Skoro z nim nie rozmawiał, to tutaj raczej temat się urywał. Tak sądziłam, że pozostanie jedynie gdybać nad tym, co działo się na polowaniu po tym, jak już z niego nie przebierajac w słowach, uciekliśmy. Tutaj jednak Tealvash znów mnie zaskoczył. Nie urwał, nie zaprzestał wyjawiać swoich domysłów.
- Nie rozumiem, czemu miałoby mu się to nie podobać. Dba o mnie, na pewno cieszył się, że zapewniłeś mi bezpieczeństwo - skrzywiłam się lekko, mówiłam jednak z przekonaniem. Na razie... zignorowalam inną informację. nie mogło to trwać długo, wiedziałam, że za chwilę nie wytrzymam. Jaki wyjazd? Jak to niedługo? Kiedy? Ile dni? Gdzie? Tyle pytań, a przez nie przebijało się jedno, najgłośniejsze, dotyczące bezpośrednio mnie. Bo oto poczułam, jak pod stopami zaczyna poruszać mi się grunt, jakby wołał, że niebawem sie zapadnie, a ja nie miałam się czego chwycić. Był tylko Nevan... mogłabym wyciągnąć dłoń, zaczepić palce na jego ciele, ale czy... czy utrzyma, czy zepchnie? Kiedy będę miała pewność?
I wtedy, jak za stąpnięciem tytana, przy jednym glośnym huku podłoże znów stało się twarde, bo dotarło do mnie, że moje zawsze było stabilne. To te na którym stał Nevan drżało. Drżało od jego słów. Wewnętrzne kąciki moich brwi mimowolnie uniosły się ku górze, gdy te proste słowa zapadły między nami, jak wyrok, jak pragnienie do którego nie chciałam dać mu prawa, a przecież nie mnie było tu decydować. Nigdy... nigdy nie miałam prawa decyzji.
Poczułam, że moje dłonie się trzęsą, że straciłam animusz i chęć brania kolejnej porcji powietrza do płuc. Oblizałam delikatnie górną wargę ust, która teraz była tak niesamowicie spierzchnięta. Palce zacisnęłam w pięść. Szukałam, szukałam, ale nic nie znalazłam. Uniosłam wzrok, wiedząc, że zbyt wiele emocji czai się w moich oczach i w jego, odbiją się one moją słabością. Nie powiem, abym nie dbała o to teraz, jedynie mimo wstydu za to, w jakim stanie się znajdowałam, mimo dumy, jaką powinna jawić się kapłanka, byłam rozbita.
- A co ze mną? - zdawało się zawisnąć w powietrzu wbrew mojej woli. Nie zamierzałam się tłumaczyć, świdrując go swoimi błękitnymi tęczówkami. Patrzyłam natarczywie, niegrzecznie może nawet. Nigdy za to nie przeproszę i wzroku mimo świadomości, że powinnam, nie próbowałam odwrócić. Nagle wezbrał we mnie jakiś żal, znacznie większy od tego, który dziś dostrzegłam w zachowaniu Eliaha. Nie pozwoliłam mu się więc odezwać, sama znów pozwalając słowom, by opuściły moje usta. - Jak możesz chcieć opuścić ten obóz? Od kiedy wiesz, że będziecie musieli go opuścić? - zapomniałam o jakichkolwiek tytułach. Owszem, już wcześniej się do niego bez nich zwracałam, ale nie w taki sposób, bo mimo rozbicia, jakie rozbrzmiewało w moim głosie, były to słowa pretensji. W dodatku nie do byle kogo, a oficera Tealvasha. Mogłam więc się obawiać, że będzie zły, że zagalopowałam się za daleko. Uzna za bezczelną? Czy ja bym go uznała? Nie. Tylko, że dla mnie nie był jedynie żołnierzem. Stał się mi bliski... musiał o tym wiedzieć, nie był głupcem. Pozwolił mi się zbliżyć. Chciałabym go za to obwiniać, teraz gdy mówił o wyjeździe. Nie mogłam jednak dostrzec w nim winowajcy.
Odwróciłam się bokiem do niego, przodem do nieszczęsnego muru z którego kiedyś prawie mnie zrzucił. Nagle na języku poczułam gorycz, prostą, taką, której kapłanką czuć nie wolno.
- Tamtego dnia trzeba mnie było puścić. Pozwolić mi spaść... - jęknęłam. Patrzyłam w dół, wiedziałam, że zrozumie co mam na myśli, że wróci wspomnieniami do pierwszej lekcji, jakiej mi udzielił. Czy nasze spotkania na tym murze już zawsze będą takie dramatyczne. - Wczoraj... powiedziałeś, że będziesz mnie chronił... - syknęłam na końcu, najpewniej paznokciami kalecząc wnętrze własnych dłoni. Nieszczególnie się tym przejęłam. Ból prawie mi nie przeszkadzał. W mojej głowie miejsce miała prawdziwa wojna, rozsądek mówił, że nic nie jest mi winny, że jesteśmy obcymi ludźmi, którzy stanęli na swojej drodze. Tylko, że coś innego z tym walczyło... nie wiem, co dokładnie, ale zdanie na ten temat miało całkiem inne. Kazało mi wymagać, oczekiwać i pragnąć, by nie odtrącił mnie, nie wyśmiał i nie zawiódł. - Jak więc możesz pragnąć opuścić to miejsce, skoro to ostatnie miejsce w którym splatają się nasze losy? - tak oto wyrwało się z mojej piersi pytanie, które kaleczyło każdą sylabą przełyk. Nie stałam tak prosto jak powinnam, pochyliłam się w przód. Po przespanej nocy, a jednak wyprana z energii. Włosy posypały się kaskadami po dwóch stornach mojej twarzy. W tej chwili wypadało zmienić temat, przeprosić, zażartować, że mnie poniosło. Możliwe, że każda inna osoba tak właśnie by postąpiła. Ja nie potrafiłam. Mimo, że czułam, iż takie wyjście było rozsądne, to nie potrafiłam zwolnić go z odpowiedzi. Czekałam na nią, niepewna tego, co nastąpi i tego, jak bardzo mnie to skrzywdzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz