niedziela, 19 listopada 2017

CXXIII



       Skrzywiłam się lekko, wizja śmierci, nie kogoś tam, a śmierci Nevana, nawet jeśli tylko w rozmowie, to jednak nie była mi miła. Nie chciałam o tym żartować, zrozumiałam to w chwili, kiedy już wyobrażałam go sobie na stryczku, a myśl ta była niesmaczna, wręcz zatruwająca. Pewnie z tego powodu nie podjęłam tego tematu, pozwalając mężczyźnie swobodnie przejść dalej ze swoją wypowiedzią. Nie była to lekka pogawędka, prawdę mówiąc jej cieżar wyraźnie czułam na swoich ramionach, ciągnął mnie w dół. Miałam już mu deklarować oddanie, ale zabronił mi. Mimo to pragnęłam obiecać, bo chcę mu pokazać, że może mi ufać. Tak bardzo chciałam sobie zapracować na jak największy udział zaufania u tego mężczyzny. Problemem było jednak to, że Nevan nie szukał w kimś powiernika, to raczej ze mnie wychodziło pragnienie poznania go bardziej, bliżej, bezczelnego wypytania o wszystko, co wie, co przeżył i chce przeżyć. 
       Ostatecznie pokiwałam jedynie twierdząco głową, jakby dając mu do zrozumienia, że wiem o co chodzi, rozumiem jego podejście do tej sprawy. Odnoszenie się do jego słów nie było już tak ważne. Nic się nie liczyło, poza tym, do czego przyznał się pod koniec. Dostałam więc to, czego sama pragnęłam i na moment duma objęła mój umysł, nie pozwalając, aby jakiekolwiek inne uczucie się w nim panoszyło. Możliwe nawet, że zapomniałam gdzie się znajdujemy i co na sobie mamy, a w zasadzie czego nie mamy. 
       Znów między nami przestały padać jakiekolwiek słowa. Śledziłam jego ruchy, kiedy siadał prosto, kiedy dystans między nami jeszcze bardziej się zmniejszył. Kiedy powiedział pierwsze słowa, z miejsca mi ulżyło, a potem poczułam jego dotyk. Niby między moim ciałem, a jego ręką, była jeszcze moja dłoń, ale w obecnych okolicznościach wydawało mi sie to niewielką granicą. Oczy miałam rozedrgane i wydawało mi się, że spijam te herezje z jego ust. Nie rozumiałam ich, a może próbowałam sobie wmówić jedynie, że nie rozumiem. Nie byłam wolna, bolała mnie ta myśl już tyle razy, ale nigdy nie był to taki ból, jak ten teraz. Niemalże chciałam krzyknąć, ale co miałabym wykrzyczeć? Że również tak chcę? Chcę móc dokonywać wyborów? Oczywiście, że tego pragnę, ale wykrzyczenie tego nic nie da. Od dnia moich narodzin decydowano za mnie. Nigdy nikt nie zapytał, co mi się podoba, co bym wolała. Zawsze był ktoś, kto wiedział lepiej, a Nevan żył w innych okolicznościach. Wydawał mi się takim niczym nieskrępowanym człowiekiem. Nawet służba w jego wykonaniu nie kojarzyła się z wypełnianiem rozkazów. Jakby jego dusza niczemu nie podlegała. Było to niebezpieczne, on był taki... niczemu nie oddany, poza własnymi przekonaniami. Zazdrościłam mu tego i byłam zła, że sama tak nie mogę. Zanim go poznałam, nie wiedziałam nawet, że to możliwe. 
       Tak oto tutaj, to on dokonał deklaracji. Proste, chyba niezbyt wymuszone słowa, które wydawały mi się najpiękniejszym, co w życiu usłyszałam. Możliwe nawet, a raczej pewne, jednak wstyd się przyznać, że nie chciałam, aby się odsuwał, aby powiększał dystans. Prawda była inna, chciałam się w niego wtulić. Cóż za śmieszna potrzeba, ale marzyłam teraz by utonąć w przychylnych mi ramionach, poczuć ich ciepło i spokój, jaki za sobą niosły. Może na własne szczęście było we mnie tyle rozsądku, by powstrzymać tą chęć, nim było za późno. Nie mniej jednak wrażenie pozostały niezmienne. Szybko bijące serce i radość, dziwna i upajająca. Kiedy dokładnie Tealvash zamienił się w człowieka mi bliskiego? Nie potrafiłam tego określić, mogłam to zrobić z Eliahem, ale nie z nim. Jakbym z każdym dniem coraz bardziej przywiązywała się do oficera i może przez to tak bardzo przerażała mnie wizja bolesnego rozerwania. 
       W tym wszystkim, w emocjach, które płatały mi figle, on znalazł w sobie siłę, aby znów przerwać ciszę. No proszę, rzadko kiedy jest aż tak rozmowny. Tylko, że tym razem... przypomniało mi się dlaczego nadal mam zarumienione poliki. W jednej chwili poderwałam się do pozycji stojącej, może zbyt szybko, bo rękaw szlafroka osunął się, odsłaniając ramię. To tylko wzmocniło moje zakłopotanie, szybko poprawiłam materiał. 
       - Lepiej dla ciebie, oficerze, żebyś nic nie widział, a już na pewno nic nie pamiętał - rzuciłam pospiesznie, w lekkim szale zakładając na stopy swoje buciki. - W przeciwnym razie i ja mogłabym wracać pamięcią do twojego nagiego widoku, a pewnie to nie jest ci w smak. W końcu sama widziałam całkiem dużo - próbowałam go zawstydzić, ale chyba niekoniecznie mi to wszyło. Byłam zatem na całkowicie przegranej pozycji. Szybko zarzuciłam na szlafrok cięższą pelerynę, czując, że brakuje mi świeżego powietrza. Podeszłam więc do wyjścia, ale nim za nim zniknęłam, odwróciłam się jeszcze. nadal zawstydzenie najsilniej się malowało na mojej twarzy, ale teraz było tam coś jeszcze. Na moment przygryzłam dolną wargę ust. 
       - Myślałam... że gdy go zobaczysz zmienisz do mnie nastawienie - wyszeptałam, zgodnie z prawdą. - Dlatego robiłam, co w mojej mocy aby stale był w całości ukryty. Cieszę się więc, że nadal widzisz, że ja to ja, mimo boskich symboli na skórze, ale i tak proszę, byś zapomniał o tym wszystkim... nie przez wzgląd na mojego przyszłego męża, bo nie znam go i skłamię, jeśli powiem, że jego opinia miałaby się dla mnie liczyć bardziej, niż twoja. Zrób to przez wzgląd na mnie, bo obawiam się, że nie potrafię już odróżnić, co robię z przyzwoitości, a co dlatego, że tak kazano mi się zachowywać. Słowem... będą mnie dręczyć myśli, jak potoczyłby się ten wieczór, gdybym nigdy nie urodziła się z tym pięknym symbolem. Dobranoc, oficerze - dodawszy to wyszłam i szybko dopadłam wyjścia z łaźni. 
       Powinnam być oszołomiona, roztrzęsiona, a jednak gdy tylko znalazłam się w swojej kwaterze, z moich ust wyrwał się chichot. Dziwny, przejmujący, lekki i dziewczęcy. Było mi gorąco, czułam się lekko skołowana, upojona. Przebierając się w koszulę, jaka mimo, iż nocną nie byla, to właśnie do spania mi służyła, nie mogłam pozbyć się dobrego humoru. Pierwszy raz od dawna stanęłam przed lustrem, spoglądając na swój własny znak. Piękny? Nigdy tak na niego nie patrzyłam. Przejechałam palcami po fragmencie symbolu... powiedział, że jest piękny... kolejna porcja śmiechu. Nie rozumiałam skąd u mnie takie zachowanie. Kiedy kładłam się spać ten humor mnie nie opuścił i mimo, że dzień był ciężki, to spałam lekko, jak niczym niezmartwione dziecko. 
       Następnego dnia obudził mnie Eliah. Wszystko było takie, jak zawsze, przy czym zachowanie blondyna nieco mnie niepokoiło. Jakby chciał o coś zapytać, ale nie robił tego. Poza tym jego twarz wydawała się być starsza, niż zwykle. Przejęło mnie to na tyle, że postanowiłam zapytać Tealvasha, czy coś się nie stało. Nie było go jednak w jego namiocie, powiedziano mi, że znajdę go na murze. Zaskoczyło mnie to, ile czasu minęło odkąd oprowadzał mnie po obozie i prawie zepchnął, dla jednej ze swoich lekcji. 
       - Chciałam cię o coś zapytać - stał przodem do lasu, a tyłem do mnie. Nie wiedziałam, jak inaczej zaznaczyć swoja obecność. Teraz, kiedy się odwrócił, wróciły do mnie jednak wszystkie wspomnienia z wczoraj. Zarumieniłam się mocno, wiedziałam, że to widzi. Odwróciłam spojrzenie, sama podeszłam do muru, kręcąc nieco ciałem na boki. Autentycznie zapomniałam po co w zasadzie tutaj przyszłam. Odchrząknęłam, raz i drugi, dopiero po trzecim otworzyłam usta. Myślałam, że po przespaniu się wczorajsza sytuacja przestanie mieć dla mnie znaczenie, a tym czasem było gorzej, niż te kilkanaście godzin temu. Było mi gorąco... widział mnie. Widział wszystko... a co jeśli był zawiedziony? Wyszedł... czy z moim ciałem jest coś nie tak? Czy jest w nim coś odpychającego, że z taką łatwością opuścił łaźnię..? 
       - Nie podobam ci się - wyrzuciłam z siebie. Kiedy mój głos zabrzmiał w moich uszach zrobiłam przerażoną minę. Jak? Jakim prawem te słowa opuściły moje usta. Drgnęłam. Eliah! Właśnie, po to tutaj jestem. - To znaczy... pewnie nie podoba ci się to, że ciebie nachodzę, to miałam na myśli - skłamałam najlepiej, jak potrafiłam przed nim. Chciałam wierzyć, że nie zwróci na to żadnej uwagi, więc szybko przeszłam do dalszej części wypowiedzi. - Eliah wydawał się dzisiaj rano zmartwiony, chciałam zapytać, czy wiesz może co jest tego przyczyną? - zagadnęłam, wlepiając wzrok w czubki jego butów. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/