Gdybym
był bardziej ekspresywną osobą, mógłbym teraz się triumfalnie zaśmiać, wskazać
ją palcem i wytknąć; skoro chciała zjeść ze mną, po co wcześniejsze niewinne
podchody? Zamiast tego uniósł się jedynie odrobinę kącik moich ust do
charakterystycznego półuśmiechu, kiedy podparłem głowę na dłoni, a łokcie
oparłem na blacie stołu. Z drugiej strony czułem, że coś się stało. To była
chyba radość. Poczucie, że ktoś docenia moją obecność. Tak samo rozkoszne, jak
i dla mnie zakazane, nieznane i obce. Przez dłuższą chwilę utrzymywałem kontakt
wzrokowy z tą dziewczyną, a moje myśli kręto dryfowały pomiędzy tymi kilkoma
tematami. Była mi bliska i nie zdołałbym już temu przed sobą zaprzeczyć.
Przedarła się dalej, niż wszyscy znani mi do tej pory ludzi.
Nie wolno mi do tego przywyknąć,
skarciłem się ostro w myślach, biorąc sztućce w dłonie i nakładając sobie
pierwszą porcję posiłku. Nie wolno, nie wolno, nie wolno… Powtarzanie tego jak
mantry która miała zagłuszyć próżne poczucie radości nie było skuteczne.
— Smacznego Esjo — odpowiedziałem
ściszonym tonem, a później widelec i nóż zaskrzypiały na metalowych talerzach, na
których leżało już zdecydowanie niezbyt ciepłe jedzenie. Mimo wszystko nie
wiedziałem, jak bardzo jestem głodny, dopóki pierwsza porcja nie zniknęła
praktycznie zanim zdążyłem ponownie się odezwać. Bynajmniej bez skrępowania
nałożyłem sobie więcej i wtedy pokiwałem powoli głową. — Możesz teraz trenować
z innymi żołnierzami. Skoro już nie ma przed kim tego ukrywać, a moja nowa
funkcja, cóż… Pozawala nam na znacznie więcej swobody — skwitowałem, znowu
zerkając na swoje jedzenie głodnym spojrzeniem.
Podarowałem sobie odpowiedź na pytanie
o to, jak się czuję, w zamian za to uniosłem brwi na jej kolejną propozycję.
Skinąłem na służącego, który dolał nam więcej wina do miedzianych pucharów, a
później ponownie zniknął.
— Chyba alkohol uderzył ci już do głowy
— powiedziałem złośliwie, wskazując na ciecz w głębokim, czerwonym odcieniu.
Mimo wszystko zaśmiałem się z tej próby szantażu i uścisnąłem jej dłoń ponad
stołem, silnie i krótko. — Zgoda, niech tak będzie. Jeśli nie przeszkadza ci
to, że będę teraz częściej zajęty, a papiery będą nieodłącznym zajęciem
posiłku, wchodzę w to. — To tylko na niedługi czas… Co może pójść źle? Albo
gorzej, niż już poszło? Doprawdy, odesłanie jej do stolicy będzie trudniejszym
zadaniem, niż to sobie do tej pory wyobrażałem. Może najtrudniejszym, z jakim
przyszło mi się zmierzyć od długiego czasu.
Wieczór skończył się stanowczo za
szybko. Zanim się obejrzeliśmy, zrobiło się późno, a ja wiedziałem, że oczy uda
mi się zmrużyć co najwyżej na kilka godzin. Pożegnaliśmy się w luźnej,
połechtanej winem atmosferze; nie zbyt blisko, ale też nie chłodno i fakt tego
rozstania został w mojej pamięci na długie godziny. Aż do samego końca mojej
warty, kiedy niebo powoli zaczęło się rozjaśniać, nie potrafiłem myśleć o
niczym innym, jak o tym, gdzie zmierzamy. Gdzie ja zmierzam i co właściwie
robię. Przyjaźnić się z kapłanką… Samo to w swojej istocie było głupotą.
Kapłanka niewiele różniła się od sług; nie decydowała o własnym losie, tylko
jej zdania częściej słuchano. A występować ponad tą przyjaźń – to było już
niemal samobójstwo.
Oparłem się na drzewcu włóczni. Zbroja
powoli robiła się cięższa, podobnie jak moje powieki i tylko gadatliwość
Darriena chyba sprawiła, że nie zachwiałem się ani razu. Gdyby taki młodzik
zobaczył, że nie potrafię ustać na nogach podczas warty, ile wart byłby jego
szacunek?
W obozie życie zaczęło się wcześnie.
Służący krzątali się od dawna, kiedy pierwsi żołnierze wstali, podobnie jak
szlachetnie urodzeni, którzy zdecydowali się na tą podróż. Noc była spokojna.
Dzikusy nie zbliżały się nawet o krok, z pewnością mieli świadomość, że teren
jest dobrze strzeżony i dzięki bogom mieli tyle oleju w głowie, żeby zachować
dystans. Kiedy jednak tylko zarządziłem wymarsz, zwiadowcy donieśli, że owa
grupka nadal zmierza naszymi śladami. Zmełłem w ustach przekleństwo.
Wydawanie poszczególnych rozkazów nie
zajęło dłużej, niż kilkanaście minut, a kolumna została sprawnie utworzona i
chroniona z każdej możliwej strony. Dostrzegłem też Esję na swoim wierzchowcu i
służącą, która dreptała blisko zajętego przez nią wczoraj powozu. Ciężko było
jej nie zobaczyć; jako jedna z niewielu kobiet jechała wierzchem, włosy miała
rozpuszczone, blond kosmyki falowały z każdym ruchem i najmniejszym nawet
podmuchem powietrza. Podchwyciłem spojrzenia moich ludzi, którzy zerkali na nią
z nabożną wręcz czcią, a ona, wesoła niczym skowronek prowadziła rozmowy z
niektórymi z nich. Miała na sobie barwy mojego oddziału, ale w niczym nie
przypominała żołnierzy; zbroja jednak jej pasowała. Uśmiechnąłem się pod nosem
nad tą myśl. Podróż przed nami jeszcze daleka.
Kolejne dni wędrówki bardzo powoli
przybliżały nas do celu. Nie pomagały w tym różne niedogodności, jak wóz, który
na pół dnia utknął w szczelinie skalnej, albo kilku żołnierzy, którzy urządzali
burdy wieczorem, poprzedniego dnia. To wszystko nakładało się na siebie,
podobnie jak zmęczenie długą podróżą ludzi i wierzchowców, a zmieniający się
teraz z każdym jardem krajobraz stawał się coraz mniej bezpieczny. Wroga fauna
i flora, mocne słońce, brak deszczu – problemy się kumulowały, zamiast
redukować. Morale pośród wojska jednak nie spadały i dopóki ludzie byli pewni,
że czuwają nad nimi bogowie, a co według nich zapewniała obecność Esji, nie
mogłem narzekać ani kazać pracować im ciężej, poruszać się szybciej.
W
końcu jednak, kolejnego dnia z rzędu ogromnych upałów, słońce w południe stało
się nieznośnie gorące; paliło plecy jeźdźców, a medyk miał dużo pracy z odwodnionymi
ludźmi i udarami słonecznymi. Ktoś dostrzegł wysoką na kilkanaście jardów
skarpę, która rzucała przyjemny cień, więc zarządziłem postój w tym miejscu.
— Dalsze forsowanie ludzi nie sprawi,
że szybciej będziemy na miejscu — uciąłem, zanim Ithrick zabrał w ogóle głos.
Pojawił się jednak, jak szybko do jego uszu dotarło, że będziemy się
zatrzymywać.
— Pizdy, nie ludzie — mruknął gniewnie.
— Że trochę ciepełka nie są w stanie wytrzymać.
— Decyzja została podjęta.
Uniosłem brwi, a później spojrzałem na
niego z góry. Nie dość, że nie grzeszył wzrostem, to teraz jeszcze nie siedział
na koniu, w przeciwieństwie do mnie.
— I nie radzę jej podważać.
Zatrzymujemy się tam.
Mężczyzna chyba ostatecznie uznał, że
nic tu nie ugra, wyprzeklinał więc wszystkich dookoła, łaskawie pomijając przy tym
mnie; mnie tylko zmierzył spojrzeniem, którym gotowy był patrzeć na świnie w
bagnie. Przynajmniej miał trochę instynktu samozachowawczego. To oznaczało, że
się poddał i ruszył kolumnę głośnym krzykiem w kierunku, gdzie się zatrzymamy.
Dziwna, owalna skarpa nie wyglądała,
jakby powstała tu naturalnie, ale żaden człowiek nie byłby w stanie takiej
wznieść. Równe brzegi urywały się u góry nagle, grożąc zawaleniem krańca w
każdej możliwej chwili. Na ziemi powstał równie za owalony kształt suchej
trawy; w miejscu, gdzie przez większą część dnia padał cień, rośliny rosły
chętniej, tworząc dziwną mozaikę pod stopami. Krajobraz był surowy, pustynny, a
po drodze napotkaliśmy puste, zupełnie wyschnięte koryta rzek. Tu jednak, w
cieniu, pachniało wilgocią.
Uniosłem palec i dotknąłem pionowej
ściany skarpy. Zupełnie sucha. Piach kruszył się pod palcami.
— Ty, żołnierzu — podniosłem głos,
wskazując na stojącego nieopodal mężczyznę sporych rozmiarów. — Wybierz sobie
towarzystwo dwóch innych i rozejrzyjcie się w okolicy. Może gdzieś będzie tutaj
woda.
— Tak jest, oficerze!
Zasalutował i odszedł pośpiesznie,
zgrzytając przy tym stalową zbroją.
Rozglądnąłem się w poszukiwaniu
kapłanki. Dłuższą chwilę stępowałem pomiędzy wozami i ludźmi, którzy korzystali
z chwili odpoczynku, dopóki wreszcie nie znalazłem jej w towarzystwie swojej
służącej. Musiały rozmawiać. Skrzywiłem się, marszcząc brwi i podszedłem w ich
kierunku, po drodze zmuszając pieszych, żeby odstępowali drogę przed masywną
klatką piersiową mojego ogiera, a także jego kopytami, które często zbyt
chętnie stawały na ludzkich butach; jakby ze złośliwości, z premedytacją.
— Nadal podróżujesz konno. Nie męczy
cię to zbytnio, mam rozumieć — zacząłem, pochylając lekko głowę na powitanie.
Mój rogaty hełm przytroczony był do siodła, stukał cicho i fragmenty zbroi przy
każdym kroku konia. Obecność służącej – jak zwykle, zupełnie zignorowałem. —
Zatrzymamy się tu, jesteśmy zmuszeni poczekać nieco z dalszą podróżą, aż do
czasu, kiedy słońce zelżeje. Będziemy kontynuować podróż długo po zmroku, żeby
nadrobić stracone godziny, więc powinnaś nieco odpocząć — wyjaśniłem,
pochylając się do przodu. Przyczyna postoju nie była do powszechnie znana, więc
uznałem to za dobrą okazję, żeby spróbować spędzić chwilę z dziewczyną, zanim
setki innych, ważnych i niespodziewanie naglących spraw będzie wymagało mojej
uwagi.
Ludzie powoli zaczynali rozkładać się
na suchej trawie; po godzinach podróżowania po spierzchniętej ziemi ta forma
podłoża była wręcz zbawcza. Nadal wyczuwałem wilgoć, niczym ranne zwierzę wody
potrzebnej do przeżycia.
— Gdzieś w pobliżu musi kryć się oaza,
albo chociaż małe jeziorko. Kazałem ludziom sprawdzić okolicę, ale jeśli jesteś
ciekawa, możesz się przejść. To tereny, na których nie ma żadnych osad, a
bandyci trzymają się na słuszny dystans — skończyłem nieco ciszej i zadarłem
spojrzenie na niebo. Było wręcz białe od jasnego słońca, niebieskawe przy
horyzoncie. Nie było na nim nawet jednej, małej chmurki. — Nic tutaj nie
przeżyje na dłuższą metę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz