Umowa, którą miałam z Nevanem okazała się jedną z lepszych, na jakie wpadłam. Nie musiałam się prosić, dopytywać i narzucać. Jadaliśmy razem na mocy jakiegoś układu, który dla mnie był czystą przyjemnością. Nie musiał się odzywać, bywało tak, że miejscami zapominał, że to posiłek, a ja lubiłam mu wtedy przypominać, żeby od czasu do czasu wziął kęs. Były też takie chwile, kiedy pytał, może z czystej kurtuazji, ale jednak, a ja odpowiadałam mu wówczas, wyczerpująco, może nawet przesadnie, ale nie upominał mnie. Na moment porzucał papiery i skupiał się na moim głosie. Tealvash nie jest wylewnym człowiekiem, to nigdy się nie zmieni i odkąd przestałam doszukiwać się w nim na siłę właśnie tej wylewności, zaczęłam dostrzegać małe rzeczy, które bardzo mnie cieszyły. Jak na przykłąd fakt, że podoba mi się jego złośliwy uśmiech. Nie jest on przejmująco ciepły, napełniony emocjami, ale jest nadal uśmiechem, wywoływanym na ponurej, stanowczej twarzy przeze mnie. To wystarczało, bym wyczekiwała tego grymasu.
Oprócz wspólnych posiłków, jeszcze coś się zmieniło. Któregoś ranka do mojego namiotu weszła Girven. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że zapomniała zapukać i w chwili, w której z piskiem się zasłoniłam (byłam bowiem w trakcie przebierania) wyciągnęła wielką dłoń przed siebie i zamachała nią wołając, abym się nie ubierała. Otworzyłam szerzej oczy, a olbrzymka dopiero po chwili zrozumiała, że popełniła gafę. Odwróciła się na pięcie, ale nie wyszła.
- Wybacz Esjo, nie chciałam przeszkodzić - wydukała, niezbyt powabnie, ale w taki sposób, że nie mogłam się na nią gniewać. W pośpiechu nałożyłam więc skórzane spodnie, nieco spanikowanymi dłońmi je wiążąc. Już sięgałam po koszulę, kiedy olbrzymka znów zamachała ręką. - Poczekaj! Mam prezent od oficera, jeśli masz ochotę - wyrzuciła z siebie i zamachała pakunkiem, po czym niewiele myślęc odwróciła się, a ja w ostatniej chwili przytuliłam materiał koszuli do biustu, czując, że się rumienię.
- Dziękuję... ale czy to może poczekać? - zapytałam grzecznie.
- Nie no... jak? Będziesz musiała się znów rozbierać - zauważyła, podchodząc do mnie, po czym położyła pakunek na łóżku. Dopiero gdy go otworzyła, zrozumiałam, co ma na myśli. W środku leżała czerwona koszula, i srebrna zbroja. Zamrugałam dwa razy, rudowłosa musiała to zauważyć, bo zaśmiała się wesoło. - Ładna, co? Z metalu twardego, ale dość lekkiego. Oby była dobra, dowódca nieco na oko wymiary podawał, bo i jak inaczej? W końcu nago nikt kapłanki oglądać nie może... - wyrzuciła z siebie, a ja, mimo podziwu dla prezentu poczułam, jak bladnę. W dodatku już wiedziałam, że będzie pasować.
Rzeczywiście nie myliłam się, a rudowłosa ostatecznie musiała mi pomóc, zapewniając, że przecież też jest kobietą. Nie sposób było z nią się nie zgodzić. Nauczyła mnie, jak wszystko zapiąć, gdzie przełożyć, jak dodać naramienniki, jak poradzić sobie z biustem. Tutaj przyznaję, znów mnie zawstydziła.W dodatku dekolt był spory, ale wywód na temat tego, że nie powinnam się wstydzić i mieć odwagę pokazać rozśmieszył mnie w jej wykonaniu na tyle, że gdy stanęłam przed lustrem, poza zachwytem nie czułam nic innego. Ze swoim mieczem i naramiennikami wyglądałam, jakbym faktycznie należała do oddziału Tealvasha, w dodatku mogłam chodzić tak ubrana, pod pretekstem "jeśli ktoś nas zaatakuje, nie będą szukać kapłanki wśród jeźdźców w zbroi".
***
Nie pamiętam, którego dnia całkowicie przestałam przejmować się księciem. W podróży czułam się cudownie i nawet palące słońce, które wywoływało migreny i niedogodności nie było w stanie stłamsić mojego entuzjazmu. Mimo to, słysząc, że Nevan zarządził postój, nie potrafiłam stłamsić w sobie poczucia ulgi. Odetchnęłam głęboko, rozmawiając z Milą, a raczej zmuszając ją do rozmowy. Była ciężkim materiałem, ale wiele się zmieniło. Przynajmniej nie tytułowała mnie już całkowicie, a mówiła "panienko Esjo", a to już było wielkim postępem. Patrzyła też mi w oczy, a nie na swoje stopy podczas rozmowy.
Nieoczekiwanie znalazł się przy nas Nevan. Miałam wrażenie, że moja służka zawsze przy nim robi się nieco mniej pewna siebie, ale nie karciłam jej za to. Wręcz przeciwnie, próowałam prowadzić tym swobodniejszą rozmowę z oficerem, aby dziewczyna zobaczyła, że nie jest on nikim strasznym.
- Dobrze, aczkolwiek mam się naprawdę świetnie, niczego mi nie brakuje - odpowiedziałam na jego słowa, uśmiechając się swobodnie. Oczy rozbłysły mi jednak w chwili, w której dodał kolejne słowa. Spacer... mogłam pójść na niczym nie ograniczony spacer! Podekscytowanie zawisło w powietrzu już tylko czekałam, aż mężczyzna skończy swoją wypowiedź.
- W takim razie idę! - zawołałam, odpinając od swojego boku broń i wieszając na siodle własnego konia. Zaraz to samo zrobiłam z naramiennikami, ale zbroję zostawiłam i rozejrzałam się dookoła, jakby chcąc wybrać odpowiednią stronę. Wzięłam tylko z rąk Mili bandaż, który wchodząc do cienia ściągnęłam. Był to pomysł Febiasza, aby moja obręcz na szyi nie sprawiła mi odparzeń. Musiałam więc nieco poczekać, aby dokładnie powciskać materiał pod metal i owinąć dookoła, by ten nie nagrzał się za mocno. Ze zbroją nie było aż takiego problemu, bo pod nią zaraz był materiał. - Gotowe... - mruknęłam do siebie. - W takim razie idę na spacer, Mila, chodź ze mną, żeby oficer nie musiał się martwić - zaśmiałam się zaraz i pociągnęła dziewczynę za sobą, prowadząc ją w kierunku końca kamiennej wyrwy. Chciałam zobaczyć, co znajduje się za nią.
Teren był tutaj piaszczysto kamienisty, a miejscami wyrastały kępki suchej trawy. Obie wdrapałyśmy się chętnie na jakiś kamienisty pagórek i o dziwo, było z niego widać miejsce naszej zbiórki. Szukałam, szukałam i znalazłam w tłumie oficera. Przez pięć dobrych minut skakałam do góry chcąc mu pomachać, aż w końcu na mnie spojrzał. Nie wiem dlaczego, ale poczułam dziwną radość z tego powodu i dopiero po chwili poszłam wgłąb pagórka, schodząc nieco w dół, a tym samym tracąc widok naszego obozowiska.
Minęłyśmy kolejne pagórki, aż Mila zauważyła kępkę zielonej trawy, a na niej kilka niebieskich kwiatków.
- Brawo! Znalazłyśmy chyba tą oazę - zaśmiałam się i schyliłam, aby zerwać roślinkę. Mila zaczęła mi pomagać, słuchając moich pomysłów, aby podarować je Girven w postaci wianka. Miałam wrażenie, że wojowniczka lubi takie kobiece elementy, ale sama wstydzi się po nie sięgać. Miałam już całkiem dłuż pęczek, ciesząc się strumyczkiem, który znalazłyśmy. Mila obmywała w wodzie twarz, bo jej to poleciłam, a ja dookoła zbierałam dalej kwiaty. Byłam tym tak zaabsorbowana, że nie zauważyłam, kiedy znów zeszłam z kolejnego pagórka, a tam... nim się zorientowałam, że kamienny grunt jest grząski, powinęła mi się noga.
Wrzasnęłam, czując, jak spadam w dół, jak tracę kontakt ze słońcem i wpadam do jakiejś dziury, w której panował półmrok. Bolały mnie plecy i tył głowy. Ledow otworzyłam swoje oczy, słysząc czyjś głos. Mila... daleko... jej twarz była rozmazana. Patrzyła na mnie z góry, przez dziurę w kamiennym sklepieniu.
- Pani! Nic ci nie jest? Już tam schodzę! - zawołała, spuszczając przez dziurę nogi.
- Nie! - zatrzymałam ją z trudem i spojrzałam na bok, by następnie wzdrygnąć się. Kości... leżałam na kościach. Z ulgą zauważyłam, że nie ludzkich. Przynajmniej żadne w obrębie mojego wzroku ludzkie nie było. - Idź... po Nevana! - wychrypiałam, próbując jakoś się podnieść, przynajmniej do siadu. Wtedy też spojrzałam na własne ciało i dotarło do mnie, że na moich nogach i brzuchu siedzi już kilka stworków, przypominających większe i twardsze pająki z kleszczami z przodu i ogonem z kolcem. A ten kolec...
- Zostawcie mnie! - poczułam ukłucie. Z trudem strzepnęłam jego przyczynę. Złapałam jakiś kamień, który ze mną spadł. Rozgniotłam stworzenie. Potem drugie ukłucie... kolejne uderzenie. Następne dwa ukłucia i mój atak. Przy piątym ukłuciu poczułam, że ręka odmawia mi posłuszeństwa, że jestem słaba, pozycja siedząca na powrót zamieniła się w leżącą. Pozostały dwa mniejsze od tych, które już zabiłam stwory. Wystarczyłyby dwa ciosy, ale nie miałam siły. Czułam, że moje siało drętwieje i boli równocześnie. To możliwe? Było mi tak zimno, a przecież panował dziś taki ukrop. W dodatku trwało to tylko chwilę... Nie wiedziałam nawet, że drugą dłoń wciąż zaciśniętą mam na kilku kwiatach, które nie rozsypały się dookoła przy moim upadku. Nie wiedziałam też, czy Mila poszła po pomoc. Chciałam tylko spać, ale miałam świadomość, że nie powinnam. A jednak perspektywa snu była niezwykle kusząca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz