sobota, 25 listopada 2017

CXLII



        Mnie jej entuzjazm nie zdziwił, jak zapewne zdziwiłby niejednego, który akurat by nas obserwował. Miała to już do siebie, cieszyć się wszystkim, jakby było największym darem w jej życiu, nawet kiedy inni narzekali na odciski, bolącą żyć albo chociażby pieczące słońce. Obserwowałem ją ze stoickim wyrazem twarzy. Uniosłem jedynie pytająco brew, kiedy dorzuciła wzmiankę o martwieniu się, ale ostatecznie nie skomentowałem – była cała w skowronkach, o ironio! tylko dlatego, że mogła wybrać się na durny spacer sama. Pokręciłem głową, obserwując plecy odchodzącej Esji i jej służącej. Alethariończycy tak zachwalają swoje świątynie, nie chcąc dostrzec, że niebezpiecznie blisko im do więzienia o zaostrzonym rygorze; dla najniebezpieczniejszych przestępców.
        Postanowiłem jednak nie martwić się losem Esji. Z pewnością miała na tyle oleju w rozumie, żeby jej zaufać. Nie odejdzie zbyt daleko. Odwróciłem się z ciężkim westchnieniem i wróciłem do miejsca, w którym spontanicznie wytworzyło się centrum postoju i w którym Ithrik wykrzykiwał groźby pod adresem kilkunastu żołnierzy. A robił to głosem wyjątkowo zawziętym. Takim, co zmarłego by obudził, jeśli miałby możliwość.
        Nie minęło wiele czasu, kiedy zwiadowcy wrócili, raportując o odnalezionej niedaleko oazie i chwilowym braku potencjalnych zagrożeń. Odetchnąłem z ulgą.
        — Weźcie tam konie i napójcie je — poinstruowałem, pochylając się nad małym kociołkiem ze strawą, który Girven postawiła na ogniu. Na jedzeniu znała się jak nikt inny i tą kobiecą cechę trzeba jej było oddać bez ociągania; nawet najgłośniej komentujący jej brak kobiecości Lance zawsze zajadał się ze smakiem. — A później wypełnijcie bukłaki z wodą. Zapasy prawie zupełnie opustoszały.
        — Pójdę z nimi, Nevanie — odezwał się Eliah, który stał niedaleko prowizorycznego ogniska.
        — Mhm. Przypilnuj ich — mruknąłem, nie obrzucając go nawet przelotnym spojrzeniem.
          Kiedy wyznaczeni ludzie zniknęli, w końcu poczułem się nieco bardziej odprężony. Upał dawał się we znaki nawet mnie. Nie mogłem się doczekać, aż moja noga oraz wszystkie inne, za jakie tutaj odpowiada, staną w bezpiecznym miejscu. Tymczasowy obóz, opuszczany i odwiedzany przez różne oddziały leżał szczęśliwie w bardziej przyjaznym, znośnym klimacie. Wiedziałem, że oczekiwanie tam zupełnego bezpieczeństwa byłoby naiwną głupotą, ale przynajmniej nie będzie mną wzdrygał każdy nieplanowany szmer brzuchu jaszczurki sunącej brzuchem po kamieniu.
        Wszystko szło zgodnie z planem. Ludzie odpoczywali w cieniu, jedli i nastroje też wreszcie stały się mniej ponure. Mniej więcej w momencie, kiedy uznałem, że wszystko zmierza ku dobremu i postój tutaj jest dobrą decyzją, coś nieprzyjemnie zassało mnie w brzuchu. Niepokój. Rozglądnąłem się, ufając swojemu instynktowi i na pagórku dostrzegłem samotną sylwetkę w szarych szatach.
        Serce, pomimo upału i niezmordowanego słońca, zamarzło w mojej klatce piersiowej. Zmroził je strach. Przełknąłem ślinę. Zanim służąca zdążyła zbiec z pagórka, byłem już obok niej. Przepychałem się między ludźmi, nie przepraszając ani nie rozglądając się. Potrąciłem czyjś kociołek z jedzeniem, ale nawet to mnie nie zatrzymało. Kilkanaście jardów od krańców obozu dopadłem dziewczynę i chwyciłem ją za ramiona. Mocno. Niekontrolowanie silnie. Nawet nie pisnęła, choć musiała poczuć ból.
        — Co z nią zrobiłaś?
        Mój głos przypominał syk jadowitego węża, kiedy zmusiłem ją, żeby zaglądnęła prosto w moje oczy. Czaiła się w nich niewypowiedziana groźba. Dziewczyna zadrżała; była wątła, z pewnością kiedyś przeżywała straszliwą biedę.
        — Panie… Pani… — zaczęła, starając się odwrócić spojrzenie. — Panienka kazała po oficera posłać… Na pagórku… Wiele… Daleko w dół… — Słowa jej się plątały, nie potrafiła też opanować drżenia głosu. Nie mogłem wiedzieć, że to z lęku o losy Esji i o konieczność jak najszybszego powadzenia dla niej pomocy.
        — Prowadź — rozkazałem chłodno, wypuszczając ja z dłoni. Wyprostowałem się. — Obiecuję ci, że jeśli się jej coś stało, nie obejrzysz się, a podzielisz jej los. Szybciej, dziewczyno!
        Dopiero to sprawiło, że dygnęła i zaskakując mnie, niemal biegiem rzuciła się w przeciwną stronę do obozu. W miejsce, gdzie ostatni raz widziałem je razem, zanim zniknęły z pola widzenia. Biegła przerażająco szybko, jak na szczupłą, kościstą dziewczynę, jaką była. Droga nie była długa, ani skomplikowana. Widziałem stąd nawet znacznie zieleńszą oazę na zachodzie, ale nie poświęciłem jej wiele czasu. Serce boleśnie tłukło się w moim wnętrzu wraz z przekonaniem, że Esji grozi poważne niebezpieczeństwo. Panika, jaką dostrzegłem w spojrzeniu służącej na pewno nie była spowodowana tylko konfrontacją ze mną twarzą w twarz.
        Rozstępu w skale nie zauważyłem na pierwszy rzut oka. Służąca jedynie pisnęła ciche „uwaga”, przez co zwolniłem kroku. Faktycznie, w dole była wąska, bardzo głęboka jaskinia, na dół której ledwo sięgało światło.
        — Esja?!
        Mój głos rozniósł się powtarzalnym echem, które odbijało się od wąskich ścian. W dole coś się poruszyło, upadł jakiś głaz.  I rozległ się cichy, dziewczęcy bez wątpienia należący do Esji przeciągły jęk. Zacisnąłem palce na mieczu i rozglądnąłem się za czymś, co ułatwiłoby mi zejście na dół. Niedługo później znalazłem małą półkę skalną, szeroką na ¾ stopy i oceniłem swoje szanse. Jeśli przykleję się do ściany, uda mi się pokonać co najmniej pół wysokości jaskini. Co później? Odwróciłem spojrzenie w stronę służącej.
        — Zostań tutaj i nie ruszaj się o krok. Masz czekać na mój znak — warknąłem. Pokiwała szybko głową. Nadal się trzęsła. A mnie świadomość, że muszę zostawić swój los w dłoniach tej dziewczyny skręcała wszystkie flaki. Nie było czasu na powrót do obozu i sprowadzenie pomocy, bo kto wie, czy Esja jest cała i ile czasu jej zostało.
        Nie pozwoliłem dać się opanować panice. Chociaż strach smagał mnie jak lodowa burza, to podniosłem się z kolan znad rozpadliny, cofnąłem o dwa kroki, a później z krzykiem na ustach rzuciłem się naprzód, na przeciwną ścianę rozpadliny. Sapnąłem, kiedy obiłem się o ścianę i o mały włos nie upadłem przez impet zderzenia do tyłu, na plecy, w przepaść. Rozpaczliwie szukałem dłoniom oparcia. Służąca krzyknęła, przypadając do drugiej krawędzi. Była jednak za daleko, żeby mi pomóc. Ratunkiem okazała się nierówna faktura skały. Kiedy uspokoiłem oddech i umysł, złapałem się pewniej rosnących tu pędów, upewniając się, że są w stanie mnie utrzymać. I ruszyłem w bok, w dół, zgodnie z małą półką skalną, która prowadziła mnie coraz niżej.
        W połowie drogi zrobiło się ciemno i zaczęło śmierdzieć. Śmiercią, resztkami rozkładających się ciał nieszczęśników, którzy dokończyli swój żywot na dnie. Odnalazłem pęd wystarczająco długi, żeby zsunąć się po nim w miarę bezpiecznie na dół. Od razu wiedziałem, że nie będzie możliwości dostać się po nim na górę, ale teraz to też wcale się nie liczyło.
        Opadłem z kilku ostatnich metrów na stopy, pęd uderzenia rozwiał osadzony na dole kurz i piasek. Walały się tu kości i resztki. W takiej scenerii zobaczyłem Esję; miała zamknięte oczy, rozchylone wargi. Moje spojrzenie wyłapało też dwa stworzenia, które starały się dostać do jej skóry. Rozpaczliwie do niej dopadłem, zgoniłem uderzeniem ręki i rozgniotłem butem. Śladów było więcej. Niedobrze.
        — Słyszysz mnie? — warknąłem przez zaciśnięte z lęku gardło i potrząsnąłem ją delikatnie za ramiona; a później nieco mocniej, aż w końcu lekko uchyliła powieki. — Nie wolno ci zasypiać, rozumiesz? Masz mieć otwarte oczy i patrzeć cały czas na mnie — poinstruowałem rzeczowo.
        Nie wolno mi było teraz panikować. Panika nigdy nikomu jeszcze w takiej sytuacji nie pomogła. Rozmiotłem kości na boki i upewniwszy się, że małych szkodników już nigdzie na razie nie ma, przyciągnąłem dziewczynę do siebie. Opadłem na wilgotną skałę i ułożyłem ją sobie na kolanach, nie dbając ani o niuanse ani o moralność.
        Zadarłem spojrzenie. Służka nadal tam była, widziałem ciemny cień jej sylwetki pochylonej nad krawędzią na jaskrawym tle nieba. Niewyraźna, rozmazana, ale tam była.
        — Milo! — krzyknąłem, przełykając swoją dumę i jej oczywiste podrażnienie. — Sprowadź pomoc. Jakieś liny, nosze, cokolwiek, co mogłoby ją stąd wyciągnąć! Jest prawie nieprzytomna, nie da rady wspiąć się na górę. Rozumiesz, co do ciebie mówię?
        Dziewczyna miała rozedrgany glos, niemal widziałem, jak się trzęsie. Ale jej zapewnienie, że rozumie było tak pewne, że nie mogłem mieć złudzeń. Jesteśmy zdani na nią, czy tego chciałem, czy nie. Jeśli nie uda się jej sprowadzić pomocy na czas… Wolałem powstrzymać parującą nienawiść. Nie było na to miejsca ani czasu. Skupiłem spojrzenie na bledszej niż zwykle twarzy Esji. Jej usta zaczęły zmieniać barwę na siwą, podobnie jak powieki. A może to tylko to światło dawało mi takie poczucie?
        Uniosłem swoją dłoń i umieściłem niepewnie na jej policzku. Był zimny i śliski od potu. Mimo to nie cofnąłem dłoni, a jedynie pogładziłem smukły policzek czule.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/