Mnie jej entuzjazm nie zdziwił, jak
zapewne zdziwiłby niejednego, który akurat by nas obserwował. Miała to już do
siebie, cieszyć się wszystkim, jakby było największym darem w jej życiu, nawet
kiedy inni narzekali na odciski, bolącą żyć albo chociażby pieczące słońce.
Obserwowałem ją ze stoickim wyrazem twarzy. Uniosłem jedynie pytająco brew,
kiedy dorzuciła wzmiankę o martwieniu się, ale ostatecznie nie skomentowałem –
była cała w skowronkach, o ironio! tylko dlatego, że mogła wybrać się na durny
spacer sama. Pokręciłem głową, obserwując plecy odchodzącej Esji i jej
służącej. Alethariończycy tak zachwalają swoje świątynie, nie chcąc dostrzec,
że niebezpiecznie blisko im do więzienia o zaostrzonym rygorze; dla
najniebezpieczniejszych przestępców.
Postanowiłem jednak nie martwić się
losem Esji. Z pewnością miała na tyle oleju w rozumie, żeby jej zaufać. Nie
odejdzie zbyt daleko. Odwróciłem się z ciężkim westchnieniem i wróciłem do
miejsca, w którym spontanicznie wytworzyło się centrum postoju i w którym
Ithrik wykrzykiwał groźby pod adresem kilkunastu żołnierzy. A robił to głosem
wyjątkowo zawziętym. Takim, co zmarłego by obudził, jeśli miałby możliwość.
Nie minęło wiele czasu, kiedy zwiadowcy
wrócili, raportując o odnalezionej niedaleko oazie i chwilowym braku
potencjalnych zagrożeń. Odetchnąłem z ulgą.
— Weźcie tam konie i napójcie je —
poinstruowałem, pochylając się nad małym kociołkiem ze strawą, który Girven
postawiła na ogniu. Na jedzeniu znała się jak nikt inny i tą kobiecą cechę
trzeba jej było oddać bez ociągania; nawet najgłośniej komentujący jej brak
kobiecości Lance zawsze zajadał się ze smakiem. — A później wypełnijcie bukłaki
z wodą. Zapasy prawie zupełnie opustoszały.
— Pójdę z nimi, Nevanie — odezwał się
Eliah, który stał niedaleko prowizorycznego ogniska.
— Mhm. Przypilnuj ich — mruknąłem, nie
obrzucając go nawet przelotnym spojrzeniem.
Kiedy wyznaczeni ludzie zniknęli, w końcu
poczułem się nieco bardziej odprężony. Upał dawał się we znaki nawet mnie. Nie
mogłem się doczekać, aż moja noga oraz wszystkie inne, za jakie tutaj odpowiada,
staną w bezpiecznym miejscu. Tymczasowy obóz, opuszczany i odwiedzany przez różne
oddziały leżał szczęśliwie w bardziej przyjaznym, znośnym klimacie. Wiedziałem,
że oczekiwanie tam zupełnego bezpieczeństwa byłoby naiwną głupotą, ale
przynajmniej nie będzie mną wzdrygał każdy nieplanowany szmer brzuchu
jaszczurki sunącej brzuchem po kamieniu.
Wszystko szło zgodnie z planem. Ludzie
odpoczywali w cieniu, jedli i nastroje też wreszcie stały się mniej ponure.
Mniej więcej w momencie, kiedy uznałem, że wszystko zmierza ku dobremu i postój
tutaj jest dobrą decyzją, coś nieprzyjemnie zassało mnie w brzuchu. Niepokój.
Rozglądnąłem się, ufając swojemu instynktowi i na pagórku dostrzegłem samotną
sylwetkę w szarych szatach.
Serce, pomimo upału i niezmordowanego słońca,
zamarzło w mojej klatce piersiowej. Zmroził je strach. Przełknąłem ślinę. Zanim
służąca zdążyła zbiec z pagórka, byłem już obok niej. Przepychałem się między
ludźmi, nie przepraszając ani nie rozglądając się. Potrąciłem czyjś kociołek z
jedzeniem, ale nawet to mnie nie zatrzymało. Kilkanaście jardów od krańców
obozu dopadłem dziewczynę i chwyciłem ją za ramiona. Mocno. Niekontrolowanie
silnie. Nawet nie pisnęła, choć musiała poczuć ból.
— Co z nią zrobiłaś?
Mój głos przypominał syk jadowitego
węża, kiedy zmusiłem ją, żeby zaglądnęła prosto w moje oczy. Czaiła się w nich
niewypowiedziana groźba. Dziewczyna zadrżała; była wątła, z pewnością kiedyś
przeżywała straszliwą biedę.
— Panie… Pani… — zaczęła, starając się
odwrócić spojrzenie. — Panienka kazała po oficera posłać… Na pagórku… Wiele…
Daleko w dół… — Słowa jej się plątały, nie potrafiła też opanować drżenia
głosu. Nie mogłem wiedzieć, że to z lęku o losy Esji i o konieczność jak
najszybszego powadzenia dla niej pomocy.
— Prowadź — rozkazałem chłodno,
wypuszczając ja z dłoni. Wyprostowałem się. — Obiecuję ci, że jeśli się jej coś
stało, nie obejrzysz się, a podzielisz jej los. Szybciej, dziewczyno!
Dopiero to sprawiło, że dygnęła i
zaskakując mnie, niemal biegiem rzuciła się w przeciwną stronę do obozu. W
miejsce, gdzie ostatni raz widziałem je razem, zanim zniknęły z pola widzenia.
Biegła przerażająco szybko, jak na szczupłą, kościstą dziewczynę, jaką była.
Droga nie była długa, ani skomplikowana. Widziałem stąd nawet znacznie
zieleńszą oazę na zachodzie, ale nie poświęciłem jej wiele czasu. Serce
boleśnie tłukło się w moim wnętrzu wraz z przekonaniem, że Esji grozi poważne
niebezpieczeństwo. Panika, jaką dostrzegłem w spojrzeniu służącej na pewno nie
była spowodowana tylko konfrontacją ze mną twarzą w twarz.
Rozstępu w skale nie zauważyłem na
pierwszy rzut oka. Służąca jedynie pisnęła ciche „uwaga”, przez co zwolniłem
kroku. Faktycznie, w dole była wąska, bardzo głęboka jaskinia, na dół której
ledwo sięgało światło.
— Esja?!
Mój głos rozniósł się powtarzalnym
echem, które odbijało się od wąskich ścian. W dole coś się poruszyło, upadł
jakiś głaz. I rozległ się cichy,
dziewczęcy bez wątpienia należący do Esji przeciągły jęk. Zacisnąłem palce na
mieczu i rozglądnąłem się za czymś, co ułatwiłoby mi zejście na dół. Niedługo
później znalazłem małą półkę skalną, szeroką na ¾ stopy i oceniłem swoje
szanse. Jeśli przykleję się do ściany, uda mi się pokonać co najmniej pół
wysokości jaskini. Co później? Odwróciłem spojrzenie w stronę służącej.
— Zostań tutaj i nie ruszaj się o krok.
Masz czekać na mój znak — warknąłem. Pokiwała szybko głową. Nadal się trzęsła.
A mnie świadomość, że muszę zostawić swój los w dłoniach tej dziewczyny
skręcała wszystkie flaki. Nie było czasu na powrót do obozu i sprowadzenie
pomocy, bo kto wie, czy Esja jest cała i ile czasu jej zostało.
Nie pozwoliłem dać się opanować panice.
Chociaż strach smagał mnie jak lodowa burza, to podniosłem się z kolan znad
rozpadliny, cofnąłem o dwa kroki, a później z krzykiem na ustach rzuciłem się
naprzód, na przeciwną ścianę rozpadliny. Sapnąłem, kiedy obiłem się o ścianę i
o mały włos nie upadłem przez impet zderzenia do tyłu, na plecy, w przepaść.
Rozpaczliwie szukałem dłoniom oparcia. Służąca krzyknęła, przypadając do
drugiej krawędzi. Była jednak za daleko, żeby mi pomóc. Ratunkiem okazała się
nierówna faktura skały. Kiedy uspokoiłem oddech i umysł, złapałem się pewniej
rosnących tu pędów, upewniając się, że są w stanie mnie utrzymać. I ruszyłem w
bok, w dół, zgodnie z małą półką skalną, która prowadziła mnie coraz niżej.
W połowie drogi zrobiło się ciemno i
zaczęło śmierdzieć. Śmiercią, resztkami rozkładających się ciał nieszczęśników,
którzy dokończyli swój żywot na dnie. Odnalazłem pęd wystarczająco długi, żeby
zsunąć się po nim w miarę bezpiecznie na dół. Od razu wiedziałem, że nie będzie
możliwości dostać się po nim na górę, ale teraz to też wcale się nie liczyło.
Opadłem z kilku ostatnich metrów na
stopy, pęd uderzenia rozwiał osadzony na dole kurz i piasek. Walały się tu
kości i resztki. W takiej scenerii zobaczyłem Esję; miała zamknięte oczy,
rozchylone wargi. Moje spojrzenie wyłapało też dwa stworzenia, które starały
się dostać do jej skóry. Rozpaczliwie do niej dopadłem, zgoniłem uderzeniem
ręki i rozgniotłem butem. Śladów było więcej. Niedobrze.
— Słyszysz mnie? — warknąłem przez
zaciśnięte z lęku gardło i potrząsnąłem ją delikatnie za ramiona; a później
nieco mocniej, aż w końcu lekko uchyliła powieki. — Nie wolno ci zasypiać,
rozumiesz? Masz mieć otwarte oczy i patrzeć cały czas na mnie — poinstruowałem
rzeczowo.
Nie wolno mi było teraz panikować.
Panika nigdy nikomu jeszcze w takiej sytuacji nie pomogła. Rozmiotłem kości na
boki i upewniwszy się, że małych szkodników już nigdzie na razie nie ma,
przyciągnąłem dziewczynę do siebie. Opadłem na wilgotną skałę i ułożyłem ją
sobie na kolanach, nie dbając ani o niuanse ani o moralność.
Zadarłem spojrzenie. Służka nadal tam
była, widziałem ciemny cień jej sylwetki pochylonej nad krawędzią na jaskrawym
tle nieba. Niewyraźna, rozmazana, ale tam była.
— Milo! — krzyknąłem, przełykając swoją
dumę i jej oczywiste podrażnienie. — Sprowadź pomoc. Jakieś liny, nosze, cokolwiek,
co mogłoby ją stąd wyciągnąć! Jest prawie nieprzytomna, nie da rady wspiąć się
na górę. Rozumiesz, co do ciebie mówię?
Dziewczyna miała rozedrgany glos,
niemal widziałem, jak się trzęsie. Ale jej zapewnienie, że rozumie było tak
pewne, że nie mogłem mieć złudzeń. Jesteśmy zdani na nią, czy tego chciałem,
czy nie. Jeśli nie uda się jej sprowadzić pomocy na czas… Wolałem powstrzymać
parującą nienawiść. Nie było na to miejsca ani czasu. Skupiłem spojrzenie na
bledszej niż zwykle twarzy Esji. Jej usta zaczęły zmieniać barwę na siwą,
podobnie jak powieki. A może to tylko to światło dawało mi takie poczucie?
Uniosłem swoją dłoń i umieściłem
niepewnie na jej policzku. Był zimny i śliski od potu. Mimo to nie cofnąłem dłoni,
a jedynie pogładziłem smukły policzek czule.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz