sobota, 25 listopada 2017

CXLIII




       Miałam wrażenie, że moje ciało zastyga razem z podłożem, tworząc jedną nierozerwalną całość, jakbym się wtapiała w to miejsce i nawet mi już ta wizja nie przeszkadzała, podobnie jak stworzenia, jakie po mnie chodziły, całkowicie nieprzejęte tym, jak skończyły ich pobratymcy. Chyba docierało do mnie, co się dzieje, docierał do mnie koniec, a kiedy po raz kolejny przymknęłam powieki, nie miałam już siły, aby ich otworzyć. Powoli odechciewało mi się oddychać, jakby każde zaczerpnięcie powietrza potęgowało ból, który i tak był już przeraźliwy. Moje ciało całe spływało potem, a jednak było lodowate, czułam przynajmniej to. Marzyłam więc o śnie, kojącym, zabierającym cierpienie. Z radością odpływałam w objęcia niebytu, a kwestia tego, że gdzieś w swojej świadomości słyszałam czyjeś głosy nie była istotna. Po prostu miało się to skończyć, cierpienie. W tym wszystkim nie było miejsca na żal, tak sobie tłumaczyłam, koniec nie miał być piękny, a żałosny. Oto głupia kapłanka, która wpadła do dziury pośrodku niczego i dała się pokąsać stworzeniom wielkości własnej stopy. Nikt o mnie nie zaśpiewa, a może i ta historia zamieni się w żart dla tych, którzy nie boją się szydzić z bóstw. Tak właśnie będzie. W tym wszystkim będzie Nevan, czy będzie zły, a może rozczarowany? Nie chciałam go rozczarować, a chyba od początku taka miała być moja rola. Tak bardzo chciałam, aby nigdy nie żałował, że mnie spotkał. Nie tylko on, a cały jego oddział... Niech chociaż wspominają mnie dobrze, przecież nie proszę o wiele. 
       Już czułam, jak opatula mnie ciemny całun nicości, gdy coś mną wstrząsnęło. Ból rozniósł się po ciele, stęknięcie odruchowo opuściło usta. Warknięcie, nie spokojne słowa, a warknięcie wdarło się do moich uszu i zdawać by się mogło, że poznam ten głos zawsze i wszędzie. Jakbym już była naznaczona w pewien sposób przez jego właściciela. Z trudem podniosłam powieki, by zobaczyć twarz oficera. Był stanowczy, nie pozwalał mi zasypiać, a przecież tak bardzo teraz o tym marzyłam. Mimo to bałam się sprzeciwiać, gardło miałam jakby zaciśnięte i teraz walczyłam z nim, robiąc co w mej mocy, aby było mi posłuszne. 
       W tym samym czasie Tealvash gdzieś mnie przesunął, pociągnął, znów stęknęłam, ale potem poczułam się lepiej. Jego ciało było wciąż nagrzane słońcem i w zetknięciu z moim kojąco ciepłe. To dobrze, przyjdzie mi więc umrzeć w jego ramionach, w bezpiecznym i odprężającym miejscu. To nie będzie aż tak żałosna śmierć, może nawet najlepsza, jaka mogła mnie spotkać. Krzyczał coś do Mili, ale o tym nie myślałam, bardziej skupiałam się na jego obecności przy mnie. Skupiałam się na twarzy, zaciętej, męskiej, nieprzeniknionej i na rubinowych oczach. Na dłoni, którą czułam na poliku, chociaż ciało miałam przecież takie odrętwiałe. 
       - Przepraszam... - syknęłam, dumna z siebie, że byłam jeszcze w stanie mówić cokolwiek. Równocześnie wewnętrzne kąciki moich brwi uniosły się nieco, w wyrazie boleści i żalu. - Gdybym nie uciekła z obozu, nic takiego by się nie stało... - wycharczałam dalej, przynajmniej skupiając się na słowach, a nie na bólu, czy kuszącym mnie stale uczuciu zmęczenia. - Zbierałam kwiaty... dla Girven na wianek... dasz jej je, dobrze? Powiesz... że jest wspaniałą kobietą... - głos mi się załamał, w tym wszystkim nie powinnam mieć sił na łzy, a jednak te przepełniły moje oczy, cichutko, jakby chcąc uniknąć zauważenia, spływając raz po raz po polikach. - I podziękujesz Eliahowi... za to, że znalazł mnie wtedy w świątyni, przeprosisz, że zmarnowałam trud, jak włożył w zachowanie mojego życia. Poprosisz Ithricka, by żył spokojniej, bo bywa zbyt nerwowy... powiedz Lancowi, aby nieco spokorniał, bo inaczej napyta sobie biedy... Febiaszowi podziękuj za maści i... zaopiekuj się Milą, dobrze? To dobra dziewczyna, gdyby nie znak na plecach mogłabym być nawet mniej warta, niż ona... miej to na uwadze, proszę... - nieoczekiwany potok słów okazał się tak łatwy do wypowiedzenia. Wszystko było takie kojące, godziłam się najpewniej z tym, że to już koniec, ale Nevan nie wydawał się podzielać mojego zdania. 
      Z każdą chwilą było coraz gorzej, moje ciało mimo bliskości jego zaczęło drżeć okrutnie, pot przybrał na sile, z wielkim trudem utrzymywałam oczy otwarte, a gdyby mężczyzna nie podpierał mojej głowy, ta dawno już poleciałaby bezwładnie. 
       - ...Tak... bez wątpienia... - mruknęłam, nieco majaczącym głosem. Zdanie wyrwane z kontekstu, ale sama tego nie zauważyłam. - ...Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej śmierci... jestem wolna i nadal nas nie rozdzielili - jeśli się nie mylę, z mojego gardła wyrwało się coś, co miało być chichotem, ale zabrzmiało okrutnie gardłowo. Resztkami świadomości utrzymywałam swoją osobę w przytomnym stanie. Nic już się nie liczyło, żadne zasady... a jeśli i tak umrę, to chcę umrzeć tak, by nie żałować zbyt wiele. 
       - Mogę cię o coś prosić? - kolejna porcja łez popłynęła po mojej twarzy. W normalnych okolicznościach nigdy bym tego nie powiedziała, rumieniąc się na samą myśl, ale to nie były normalne okoliczności. Mogłam mieć pragnienia, mogłam się do nich przyznawać, a jeśli ceną będzie potępienie od bogów, za chwilę szczęścia jestem w stanie zapłacić wieczną pogardą. - Możesz mnie pocałować? Całe życie byłam zamknięta... nie chcę umierać, nie zasmakowawszy tak wielu pięknych uczuć, jakie inne dziewczęta znają doskonale... chociaż w ostatnich minutach, chcę czuć się normalnie... poznać coś, co podobno jest źródłem piękna... proszę, nie odmawiaj mi - wychrypiałam i znów wstrząsnął mną silny dreszcz bólu, przejmujący, ale jeszcze nie ostateczny. Jeszcze nie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/