niedziela, 26 listopada 2017

CXLIV

        W tym miejscu, o którym zapomniał świat, na dnie wąskiej, długiej rozpadliny czas powinien płynąć wolno. Dla mnie jednak tak nie było. Każda minuta przepływała mi niezauważona przez palce, a było ich w moim wyobrażeniu tyle, żeby uwierzyć, że zostawiono nas tutaj na pastwę śmierci i czegoś, cokolwiek tu mieszka, okrutnego. Dziewczyna, wcześniej blada, teraz przybrała wręcz sinoniebieski kolor. Co chwilę zadzierałem spojrzenie, żeby wypatrywać najdrobniejszego ruchu na tle jasnego nieba, ale za każdym razem czekało na mnie rozczarowanie, gdyż nikogo tam nie było. Ciągle i za każdym razem krawędź była pusta, a my we dwoje byliśmy tu zupełnie sami. Chwilowo powinno mnie to cieszyć, choć o ile dobrze już się rozglądnąłem pod dnie, na pewno żyło tu coś, co obgryzało kości i drapało pazurami kamień na ścianach. Być może wypełzało z którejś szczeliny? Nie potrafiłem określić. Jedyne, co mogłem przewidzieć to to, jak mało czasu jej zostało, jak szybko śmierć wyciągała po nią kościste palce. Nie wiedziałem, jak jej pomóc. Nie miałem pojęcia, co zrobić, żeby ulżyć w bólu, a ten musiała odczuwać, był odbity widocznie na jej twarzy i w całym ciele.
        Rozproszył mnie niespodziewany dźwięk słów, które z trudem opuściły jej usta i spojrzałem w dół. Na widok, którego starałem się nie zauważać. Cokolwiek to było, zadziałało zniewalająco szybko. Rozdarło mnie straszliwe poczucie, jak niewiele jest do zrobienia w tej sytuacji.
        Zacisnąłem mocno szczęki, niemal boleśnie zgrzytając zębami. Miałem wrażenie, że potrafiłbym w mocno zaciśniętej pięści polnej dłoni zmiażdżyć skałę, tak wiele siły w to wkładałem. Drugą dłonią podtrzymywałem głowę blondynki, jej włosy rozsypały się po brudnej, wilgotnej ziemi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że panika w niczym tu nie pomoże, ale czułem, jak powoli zbliżam się do jej granicy, powstrzymywany przed zanurzeniem się w niej jedynie latami ciężkiej, twardej dyscypliny.
        — Sama je jej dasz — wysyczałem przez zaciśnięte zęby stłumionym głosem. Jakby świadomość, że może tego nie doczekać odbijała się ode mnie z każdą kolejną próbą, nie docierając głębiej. Zerknąłem na jedną z jej dłoni, w której trzymała mały bukiet kwiatów. W przytłumionym świetle wydawały mi się pozbawione kolorów. Nie zatrzymałem na nich spojrzenia na dłużej. — Jeśli chcesz im coś powiedzieć, sama będziesz musiała to zrobić. Będziesz miała tyle okazji, żeby im to przekazać, wcale mnie nie potrzebujesz — mówiłem, choć te słowa wcale mnie nie przekonywały. Miały być ostre, ale wychodziły przepełnione żalem. Na krótką chwilę, jakby bojąc się, że za moment ten obraz zniknie mi sprzed oczu, zacisnąłem powieki, a później znowu zadarłem głowę ku górze.
        Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie. Nikogo nie było. Ile czasu już minęło?
        Nie potrafiłem opanować drżenia; ani jej ciała, ani własnych dłoni. Nie chciałem też wierzyć, że tak to się tutaj skończy, ale nie potrafiłem odpierać dużo dłużej ataków własnej świadomości na to, czym stałem się teraz.
        Pochyliłem się nad nią nieco, bo siła jej słów słabła z każdą sylabą. Ostatnie praktycznie wyszeptała. Płakała bezgłośnie, jedynie własnymi oczami, które wylewały z siebie czyste łzy i znaczyły ślady na policzkach.
        — Wcale nie umierasz — wydusiłem w końcu, pochylając się jeszcze niżej, przybliżając głowę do klatki piersiowej, która nierównomiernie unosiła się i opadała. Ledwo wyczułem tętno, kiedy ułożyłem dwa palce na jej nadgarstku. Bicie serca było nieregularne, zanikało coraz szybciej. Przerażająco szybko. Sprawiało, że krew w moim ciele sama zamierała. — Nie umierasz… — powtórzyłem, sam już nie wierząc w te słowa. Nie było w nich siły, charakterystycznego przekonania, pewności. — Rozkazuję ci nie umierać…
        Bardzo chciałem, żeby w tej chwili moje słowa miały jakąkolwiek moc. Chciałem się za ich pomocą odwrócić od rzeczywistości, a może nawet ją zmienić. Niestety, nie miały tu żadnej mocy sprawczej. Esja odpływała coraz dalej i dalej, znikała wręcz w oczach.
        — Nie możesz umrzeć… Nie możesz iść do miejsca, w którym nie będę miał szans iść za tobą. Mogą cię wydzierać do stolicy, nawet na koniec tego świata, a zawsze poszedłbym za tobą. Ale tam, gdzie zmierzasz… — głos niespodziewanie nawet dla mnie załamał się, zmienił, zmiękł. Miałem wrażenie, że wewnątrz coś pęka boleśnie. — Tam nie mogę się za tobą udać.
        Nie rozważałem jej prośby długo. Praktycznie w ogóle się nie zastanawiałem. Kiedyś nie było mowy, nie było takiej mocy, która skłoniłaby mnie, Nevana Tealvasha, szlachcica z dobrej rodziny, o rodowym nazwisku ze wspaniałą historią do sprzeciwienia się zasadom, ustalonym zwyczajom i religiom. Nie wierzyłem w nie, ale nie złamałbym przykazania danego rodzicom. To wszystko było jednak zanim poznałem Esję.
        Teraz, tu, na dnie tej rozpadliny tytuły, podziały i to, co wypada a czego nie nie istniało. Byliśmy zwykłą dwójką ludzi, nie należącą do żadnej kasty. W obliczu śmierci dla mnie nie istniało nic, co można było obrazić. Śmierć była końcem. Nie było nic poza nią. Jak więc mógłbym jej odmówić? Skłamałbym wręcz, mówiąc, że zrobię to tylko przez wzgląd na nią. Jeśli umrze, jeśli nikt nie przyjdzie tu na czas, ona zniknie, a ja zostanę z tym pocałunkiem śmierci do końca swoich dni. To była bolesna perspektywa i czułem, jak oczy pieką mnie nieprzyjemnie. Nie czułem się na siłach, żeby cokolwiek jeszcze powiedzieć. Kolejne zaprzeczenia nie chciały przejść mi przez gardło.
        Podniosłem głowę z jej klatki piersiowej i chwilę przyglądałem się pozbawionej koloru twarzy. Zbliżyłem się powoli, jakby każdy mój nagły ruch mógł sprawić, że ciało Esji zamieni się w popiół. Złożyłem na jej ustach pocałunek, szorstkim policzkiem od kilkudniowego zarostu podrażniając lekko jej twarz. Nie zamknąłem jednak oczu. Chciałem ją widzieć, wyryć w pamięci tą chwilę jako świadomą decyzję. Jej usta były chłodne, ale miękkie. Przez chwilę trwałem w tym stanie, któremu bliżej było do snu, a później moje usta ponownie pocałowały jej. Wydawało mi się, że przy tym czuję, jak uchodzi z niej życie, ale nie pozwoliłem sobie na nawet jedną, samotną łzę. Chciałem ten moment zapamiętać jako piękne spełnienie jednego marzenia. Jako coś, czego nikt mnie nigdy nie będzie w stanie pozbawić.
        Nie liczyłem czasu, który mijał, nawet nas nie zauważając. Esja była lodowato zimna, ale pocałunek rozpętał w moim wnętrzu nieokrzesany, niemożliwy to oswojenia ogień, który trawił wnętrzności.
        Miała zamknięte powieki, kiedy w końcu się podniosłem o niecały cal. Żyła? Oddychała?
        Wszystko zatrzymało się w tym momencie. Przestałem nawet zadzierać głowę w poszukiwaniu ratunku. Dokładnie w momencie, kiedy ten nadszedł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/