W tym miejscu, o którym zapomniał świat,
na dnie wąskiej, długiej rozpadliny czas powinien płynąć wolno. Dla mnie jednak
tak nie było. Każda minuta przepływała mi niezauważona przez palce, a było ich
w moim wyobrażeniu tyle, żeby uwierzyć, że zostawiono nas tutaj na pastwę
śmierci i czegoś, cokolwiek tu mieszka, okrutnego. Dziewczyna, wcześniej blada,
teraz przybrała wręcz sinoniebieski kolor. Co chwilę zadzierałem spojrzenie,
żeby wypatrywać najdrobniejszego ruchu na tle jasnego nieba, ale za każdym
razem czekało na mnie rozczarowanie, gdyż nikogo tam nie było. Ciągle i za
każdym razem krawędź była pusta, a my we dwoje byliśmy tu zupełnie sami.
Chwilowo powinno mnie to cieszyć, choć o ile dobrze już się rozglądnąłem pod
dnie, na pewno żyło tu coś, co obgryzało kości i drapało pazurami kamień na
ścianach. Być może wypełzało z którejś szczeliny? Nie potrafiłem określić.
Jedyne, co mogłem przewidzieć to to, jak mało czasu jej zostało, jak szybko
śmierć wyciągała po nią kościste palce. Nie wiedziałem, jak jej pomóc. Nie
miałem pojęcia, co zrobić, żeby ulżyć w bólu, a ten musiała odczuwać, był
odbity widocznie na jej twarzy i w całym ciele.
Rozproszył mnie niespodziewany dźwięk
słów, które z trudem opuściły jej usta i spojrzałem w dół. Na widok, którego
starałem się nie zauważać. Cokolwiek to było, zadziałało zniewalająco szybko.
Rozdarło mnie straszliwe poczucie, jak niewiele jest do zrobienia w tej
sytuacji.
Zacisnąłem mocno szczęki, niemal
boleśnie zgrzytając zębami. Miałem wrażenie, że potrafiłbym w mocno zaciśniętej
pięści polnej dłoni zmiażdżyć skałę, tak wiele siły w to wkładałem. Drugą
dłonią podtrzymywałem głowę blondynki, jej włosy rozsypały się po brudnej,
wilgotnej ziemi. Zdawałem sobie sprawę z tego, że panika w niczym tu nie pomoże,
ale czułem, jak powoli zbliżam się do jej granicy, powstrzymywany przed
zanurzeniem się w niej jedynie latami ciężkiej, twardej dyscypliny.
— Sama je jej dasz — wysyczałem przez
zaciśnięte zęby stłumionym głosem. Jakby świadomość, że może tego nie doczekać
odbijała się ode mnie z każdą kolejną próbą, nie docierając głębiej. Zerknąłem
na jedną z jej dłoni, w której trzymała mały bukiet kwiatów. W przytłumionym
świetle wydawały mi się pozbawione kolorów. Nie zatrzymałem na nich spojrzenia na
dłużej. — Jeśli chcesz im coś powiedzieć, sama będziesz musiała to zrobić.
Będziesz miała tyle okazji, żeby im to przekazać, wcale mnie nie potrzebujesz —
mówiłem, choć te słowa wcale mnie nie przekonywały. Miały być ostre, ale
wychodziły przepełnione żalem. Na krótką chwilę, jakby bojąc się, że za moment
ten obraz zniknie mi sprzed oczu, zacisnąłem powieki, a później znowu zadarłem
głowę ku górze.
Spotkało mnie gorzkie rozczarowanie.
Nikogo nie było. Ile czasu już minęło?
Nie potrafiłem opanować drżenia; ani
jej ciała, ani własnych dłoni. Nie chciałem też wierzyć, że tak to się tutaj
skończy, ale nie potrafiłem odpierać dużo dłużej ataków własnej świadomości na
to, czym stałem się teraz.
Pochyliłem się nad nią nieco, bo siła jej
słów słabła z każdą sylabą. Ostatnie praktycznie wyszeptała. Płakała
bezgłośnie, jedynie własnymi oczami, które wylewały z siebie czyste łzy i
znaczyły ślady na policzkach.
— Wcale nie umierasz — wydusiłem w
końcu, pochylając się jeszcze niżej, przybliżając głowę do klatki piersiowej,
która nierównomiernie unosiła się i opadała. Ledwo wyczułem tętno, kiedy
ułożyłem dwa palce na jej nadgarstku. Bicie serca było nieregularne, zanikało
coraz szybciej. Przerażająco szybko. Sprawiało, że krew w moim ciele sama
zamierała. — Nie umierasz… — powtórzyłem, sam już nie wierząc w te słowa. Nie
było w nich siły, charakterystycznego przekonania, pewności. — Rozkazuję ci nie
umierać…
Bardzo chciałem, żeby w tej chwili moje
słowa miały jakąkolwiek moc. Chciałem się za ich pomocą odwrócić od
rzeczywistości, a może nawet ją zmienić. Niestety, nie miały tu żadnej mocy
sprawczej. Esja odpływała coraz dalej i dalej, znikała wręcz w oczach.
— Nie możesz umrzeć… Nie możesz iść do
miejsca, w którym nie będę miał szans iść za tobą. Mogą cię wydzierać do
stolicy, nawet na koniec tego świata, a zawsze poszedłbym za tobą. Ale tam,
gdzie zmierzasz… — głos niespodziewanie nawet dla mnie załamał się, zmienił,
zmiękł. Miałem wrażenie, że wewnątrz coś pęka boleśnie. — Tam nie mogę się za
tobą udać.
Nie rozważałem jej prośby długo.
Praktycznie w ogóle się nie zastanawiałem. Kiedyś nie było mowy, nie było
takiej mocy, która skłoniłaby mnie, Nevana Tealvasha, szlachcica z dobrej
rodziny, o rodowym nazwisku ze wspaniałą historią do sprzeciwienia się zasadom,
ustalonym zwyczajom i religiom. Nie wierzyłem w nie, ale nie złamałbym
przykazania danego rodzicom. To wszystko było jednak zanim poznałem Esję.
Teraz, tu, na dnie tej rozpadliny
tytuły, podziały i to, co wypada a czego nie nie istniało. Byliśmy zwykłą
dwójką ludzi, nie należącą do żadnej kasty. W obliczu śmierci dla mnie nie
istniało nic, co można było obrazić. Śmierć była końcem. Nie było nic poza nią.
Jak więc mógłbym jej odmówić? Skłamałbym wręcz, mówiąc, że zrobię to tylko
przez wzgląd na nią. Jeśli umrze, jeśli nikt nie przyjdzie tu na czas, ona
zniknie, a ja zostanę z tym pocałunkiem śmierci do końca swoich dni. To była
bolesna perspektywa i czułem, jak oczy pieką mnie nieprzyjemnie. Nie czułem się
na siłach, żeby cokolwiek jeszcze powiedzieć. Kolejne zaprzeczenia nie chciały
przejść mi przez gardło.
Podniosłem głowę z jej klatki
piersiowej i chwilę przyglądałem się pozbawionej koloru twarzy. Zbliżyłem się
powoli, jakby każdy mój nagły ruch mógł sprawić, że ciało Esji zamieni się w
popiół. Złożyłem na jej ustach pocałunek, szorstkim policzkiem od kilkudniowego
zarostu podrażniając lekko jej twarz. Nie zamknąłem jednak oczu. Chciałem ją
widzieć, wyryć w pamięci tą chwilę jako świadomą decyzję. Jej usta były
chłodne, ale miękkie. Przez chwilę trwałem w tym stanie, któremu bliżej było do
snu, a później moje usta ponownie pocałowały jej. Wydawało mi się, że przy tym
czuję, jak uchodzi z niej życie, ale nie pozwoliłem sobie na nawet jedną,
samotną łzę. Chciałem ten moment zapamiętać jako piękne spełnienie jednego
marzenia. Jako coś, czego nikt mnie nigdy nie będzie w stanie pozbawić.
Nie liczyłem czasu, który mijał, nawet
nas nie zauważając. Esja była lodowato zimna, ale pocałunek rozpętał w moim
wnętrzu nieokrzesany, niemożliwy to oswojenia ogień, który trawił wnętrzności.
Miała zamknięte powieki, kiedy w końcu
się podniosłem o niecały cal. Żyła? Oddychała?
Wszystko zatrzymało się w tym momencie.
Przestałem nawet zadzierać głowę w poszukiwaniu ratunku. Dokładnie w momencie,
kiedy ten nadszedł.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz