niedziela, 26 listopada 2017

CXLV



       Było tyle gestów, na które nigdy się nie zdobyłam i tyle słów, które przełknęłam, miast wypowiedzieć. Były emocje, które powinnam pokazać, a nie chować pod warstwą wstydu. Były niewylane łzy i nierozbrzmiewający nigdy śmiech. Wiele podziękowań, których się bałam i zbędne przeprosiny, którymi się usprawiedliwiałam. Ogrom błędów, których już nigdy nie naprawię i jeszcze większa liczba marzeń, których nigdy nie spełnię, ani nawet nie spróbuję spełnić. 
       Każde słowo Nevana odbijało się echem w mojej głowie. Kolejna łza, jedna za drugą, płynęły cichutko, jakby nie chciały mu przeszkadzać, czy przerywać. Delikatnie potrząsałam głową na boki, nie zgadzając się z tym co mówi. Tak bardzo chciałabym jednak, aby miał racje, bo jeśli teraz przeżyję, to nie będę już tchórzem, nie będę uciekać. Bogowie, jeśli pozwolicie mi przeżyć, oddacie mi też dawno straconą wolność. Będę podejmować decyzję, a przynajmniej marzyć pewniej, bez ograniczeń. Jeśli na marzeniach faktycznie ma się skończyć, to niech będą one piękne i ambitne, jak u osoby, która wie, że może wszystko. 
       W powietrzu między nami wisiał nieopisany ból i nawet w tym stanie potrafiłam zauważyć, że to nie tylko ode mnie emanują tak silne emocje. Nevan cierpiał. W każdej innej sytuacji byłabym gotowa go pocieszyć, ale teraz nie miałam sił. Cóż za ironia. Kiedy już dowiedziałam się, że i on potrafi pozwolić sobie na chwilę słabości, stało się to akurat wówczas, gdy nie mogłam mu w żaden sposób pomóc. Jaką okrutną istotą jestem, wywoływać w nim takie cierpienie. Ile bym dała, by móc dotknąć jego twarzy, dodać mu otuchy. Dłoń jednak nie chciała mnie słuchać, a ja odpływałam coraz głębiej, teraz jeszcze świadoma, że nigdy nie poczuję pod palcami dotyku jego polika. Nie poznam faktury, temperatury, uczucia, jakie towarzyszy kobiecie, gdy bada skórę mężczyzny, który nie jest jej obojętny. Za mało czasu... dlaczego dostałam tak mało czasu? Czym zawiniłam? Czy to jest kara za zapominanie o własnej roli? O naukach świątyni? Chciałam więcej, więc odbierzecie mi życie, a jego ukarzecie widokiem mego ostatniego tchnienia? 
       Tak bardzo chciałam posłuchać rozkazu. Zostać. Żyć. Silny szloch wstrząsną moim ciałem, pod naporem słów, jakich nikt nigdy mi nie powiedziała. Chciałam żyć... błagam, nie zabierajcie mnie od niego. Moje ciało odmawiało sercu, które jeszcze próbowało pompować krew. Teraz, gdy powiedział tak wiele, nie mogę zniknąć, nie wolno mi. A jednak czułam, że wszystko jest już przesądzone. Znak na plecach nie piekł mnie wcale, nie czułam go, jakby nie istniał, jakby bogowie faktycznie się ode mnie odwrócili. Kiedy pewna już byłam, że nigdy nie poczuję niczego, że oto odpłynęłam w nicość, na moim ciele poczułam dotyk. Szorstki, ale był jedynie zapowiedzią. 
       Usta. Bez wątpienia jego, znacznie bardziej miękkie, niż się tego spodziewałam. Ciepłe, w akompaniamencie oddechu, tak żywego, że niemalże na moment zachłysnęłam się siłą witalną. W tych sekundach czułam się taka lekka, jakbym nie miała wcale umrzeć, jakby nic mi nie groziło. Był to przepiękny prezent. Najpiękniejsza śmierć, jaka mogła mnie spotkać. Pragnęłam więcej, gdybym tylko mogła wziąć go w ramiona, zachłysnąć się tym zbliżeniem, poznać każdy jego aspekt... to jednak nie w tym życiu. Resztkami sił chciałam przynajmniej mu podziękować. Rozchyliłam wargi, lecz miast słów wydobyło się z nich jedynie westchnienie... ostatnie.

***

       O śmierci wiemy niewiele. Religia każe nam wierzyć, że w zależności od tego, jakie życie wiedliśmy będąc żywymi, taki los czeka nas na drugiej stronie. Ile w tym prawdy? By się dowiedzieć trzeba niestety umrzeć. Nigdy zbyt wiele nie zastanawiałam się nad tym, co mnie czeka, zawsze jednak byłam pewna jednego. Wierzyłam, że śmierć to spokój. Brak bólu, cierpienia... nie ma w niej miejsca na problemy. Chciałam więc z godnością oddać się w jej ramiona, przyjąć to, co nieuniknione, dumnie znosząc tęsknotę, z jego obrazem w myślach i wspomnieniem na wargach. Miałam odejść spokojnie, a tym czasem dryfując w nieświadomości, słyszałam swój własnych krzyk, gdzieś w oddali. Czułam cierpienie, inne głosy, awanturę, uspokajanie i w dalszym ciągu palący ból. 
       Czas mijał, a to się nie zmieniało. Tylko momentami dawano mi spokój, było cicho, ale czy tak miała wyglądać śmierć? Miałam wrażenie, że tylko oczekuję kolejnej porcji bólu, która nadchodziła, wraz z krzykami. Głosy... rozpoznawałam je? Nevan? Chciałam płynąć w jego kierunku i za każdym razem, gdy zdawało mi się, że jestem już tego bliska, coś strącało mnie w odmęty ciemności. 
       Znów trwałam zawieszona w ciszy, pośrodku niczego. Dlaczego tak? To nie raj? Co to właściwie..? 

***

       Coraz rzadziej słyszałam krzyki, rzadziej odczuwałam też ból. Czasem tylko jakieś głosy, urywki rozmów. Cudzych. Może to moja kara? Zawsze już będę obecna, ale na tyle daleka, by nie dotknąć tego, kogo tak bardzo dotknąć chciałam? Ile czasu już trwała moja kara? Dni? tygodnie? Lata? A może wielki? Nie, to niemożliwe, przez wieki mogłabym zapomnieć, a tymczasem wspomnienia były żywe. Dotyk na poliku... jakby odżył na nowo. 
       - Ne.... - spróbowałam go zawołać. Uczucie dotyku na twarzy zamarło. 
       - Esja! Esja... - dotarło do mnie z oddali. Więcej nie usłyszałam. 
       - Ne... van... - wychrypiałam znów, a potem zrobiłam coś, co musiało graniczyć z cudem. Otworzyłam oczy, niepewnie, pomału. Z miejsca zaszły łzami, podrażnione światłem, którego w moich ciemnościach przecież nie było. Obraz miałam zamazany. Męski głos wołał kogoś, krzyczał. Nie należał jednak do Nevana. Widziałam blond kosmyki, przerażenie i ulgę. - Eliah... - wyszeptałam, jakby na nowo ucząc się wypowiadać imiona. 
       Coś turkotało i przestało po chwili. Usłyszałam konia, kopyta, wóz... bez wątpienia byłam na wozie, który teraz się zatrzymał. Był zadaszony, ale posiadał jedynie trzy ściany, tylna była więc otwarta na widok wojska. Ja jednak nie skupiałam się na tym, a na odzyskaniu świadomości. Z opóźnieniem dotarło do mnie, że blondyn został odepchnięty przez medyka... Febiasza. Ten podniósł moją dłoń. Czułam ją. Była obandażowana. Spróbowałam unieść drugą, nie przejmując się mężczyzną. Ta także miała bandaż na nadgarstku. 
       - Najświętsza spójrz na mnie - poprosił medyk, usłuchałam, krzywiąc się, gdy naciągał mi powieki. Chciałam rozmawiać. 
       - Żyję? - zapytałam jedynie. 
       - Dziękujmy bogom, że tak - westchnął Eliah. Wydawał się taki stary. 
       - Byłaś pani nieprzytomna przez trzy dni. Dwa pierwsze spędziliśmy na postoju, wierząc, że tak będzie dla ciebie najlepiej. Dopiero wczoraj wieczorem zdecydowaliśmy się na podjęcie dalszej drogi - wyjaśnił medyk, mieląc już coś w moździerzu. - Musiałem upuścić krwi przy ugryzieniach, resztę trucizny musisz wypocić, ale jeśli odzyskałaś przytomność, to antidotum działa... - mówił do siebie, a ja zauważyłam, że trzęsą mu się dłonie. Mimo to nie słuchałam już go. Jakby instynktownie czując, co, a raczej kto się zbliża. Spróbowałam podnieść się do siadu, zaraz blondyn wraz z Febiaszem użyczyli mi pomocy, przy czym ten drugi tłumaczył, że muszę odpoczywać. Ja jednak przejęta byłam czymś innym. Widokiem jeźdźca, przepychającego się przez kolumnę żołnierzy, zaglądających chętnie do wozu, z ulgą wymalowaną na twarzach. 
       Nevan zatrzymał się przy samym wejściu na pojazd, od razu zeskakując miękko na ziemię. Nie wiem, czy udało mi się uśmiechnąć, czy też nie. Cieszyłam się jednak na jego widok. Żył, miał się dobrze. Mila nie zawiodła. Pamiętałam dokładnie każdą chwilę, ale teraz nie czas na to. 
       - Żyję, oficerze... - wychrypiałam. - Rozkaz wykonany. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/