czwartek, 30 listopada 2017

CXLVI



        Na krawędzi pojawił się jeden cień.
        Zadarłem głowę, prostując się. Musiałem zmrużyć oczy, żeby go dostrzec, bo wzrok przyzwyczajony do ciemności panującej na dole chciał się buntować, obraz rozmazywał się przed oczyma. Ale z jedną sylwetką pojawiło się nagle dużo głosów. Nie rozróżniałem słów, a  rozumiałem jedynie sam podniesiony ich ton. Pewne było to, że było ich zbyt dużo, jak na jedną osobę; narastały ciągle, kumulowały się. Ktoś krzyczał. Nie wiem co. Z roztargnieniem spojrzałem na Esję, po czym znieruchomiałem. Przestałem nawet oddychać. Wyglądała, jakby pogrążyła się w śnie, nie drżała już, co zauważyłem ze znacznym opóźnieniem. Na twarzy miała spokojny wyraz. Może jeśli chodziłoby o kogoś innego, przyznałbym, że zmarła. Ale to była w końcu Esja! To nie było możliwe!
          Na górze wyrosły kolejne sylwetki. Zauważyłem, że jest ich coraz więcej, a teraz, kiedy mówili w dół rozpadliny rozróżniałem ich głosy i dźwięki. Zamiast jednak odpowiadać na pytania, niczym w dziwnym transie skupiłem się na jednym dźwięku, tak różnym od krzyków. Ktoś płakał. Chlipanie roznosiło się echem w mojej głowie i świadomości, otępiało zmysły. Może ja też już nie należałem do tego świata. Może mnie także coś pokąsało i zostanę tu już na zawsze?
        Ta myśl była tak przepełniona desperacją i tak niepodobna do mnie. Była także tą, która wyrwała mnie z tego stanu. Nie. Nie tutaj jest mój koniec, w tej śmierdzącej rozpadlinie.
        Później, kiedy się otrząsnąłem, wszystko potoczyło się w zastraszającym tempie, niczym lawina na ośnieżonym stoku wokół Sirfallai. Spuszczono na linach prowizoryczne nosze, kawałek materiału owinięty na dwóch grubych gałęziach. Najdelikatniej, jak to możliwe ułożyłem na nich Esję, bez namysłu u jej stóp kładąc także resztki tego, co ją zaatakowało. Patrzyłem, jak powoli, równomiernie ją unoszą i miałem ochotę krzyczeć, by się pospieszyli. Dopiero, kiedy jej ciało znalazło się na górze udało mi się rozluźnić spięte mięśnie. Jest na górze. Bezpieczna.

        Minuty zamieniały się w godziny, a godziny w noce, przez które nie zmrużyłem nawet oka. Zmęczony organizm potrzebował snu, ale chory umysł nie mógł mi go zapewnić. Nawet sam Ithrick nie narzekał już na opóźnienia. Ba; nikt nie ośmielił się tego robić, gdy życie Esji wisiało na włosku. Spędziłem wiele czasu przed jej namiotem, odmawiając jednak wejścia do środka. Czy zobaczyłbym tam zwłoki? Wolałem nie kusić losu, nie próbować.
        Nawet kiedy świt rozlewał się nad pustynią, w stronę której mieliśmy zmierzać, a noc chyliła się po przeciwnej stronie nieboskłonu ku upadkowi, nie potrafiłem dać się przemóc senności. Chciałem tu być, kiedy… Kiedy co? Umrze? Obudzi się?
        Zaraz po wyciągnięciu mnie na powierzchnię, medyk od razu powiadomił, że losy dziewczyny są niepewne; że nie może mi obiecać, jak to się skończy. Nie panując nad drżącymi dłońmi złapałem go wtedy za szatę na piersi, uniosłem do góry, sycząc, że jeśli się nie obudzi, on podąży jej ścieżką. Niepotrzebny, zbyteczny przejaw agresji, na szczęście w moim wykonaniu nikt nie dopatrywał się w nim niczego więcej. Był uznany za codzienność. Dotarliśmy do obozu, gdzie natychmiast położono kapłankę w jej namiocie, a mi nie zostało nic innego, jak czekać. Spędzać bezczynne godziny przed jej namiotem i opóźniać podróż.
        — Powinniśmy jechać. Mamy już opóźnienie, które może zacząć być niebezpieczne. Nie wiadomo, na jak długo wystarczy zapasów — Eliah znowu pojawił się znikąd, choć zwyczajnie to ja nie rozglądałem się dookoła. — Pytałem medyka. Podróż nie zagrozi jej stanu.
        Choć starał się mówić delikatnie, to każde kolejne słowo sprawiało, że moja ochota, żeby rozwalić mu nos rosła. Zupełnie bezpodstawnie. Troszczył się o nią tak samo jak każdy inny żołnierz.
        — Wiesz, że to konieczne. Ludzie mówią, że twoje zachowanie jest motywowane strachem przed dowództwem i ich reakcją na wieść o śmierci kapłanki — usiadł obok, ale nawet na niego nie przewróciłem spojrzenia. Zacisnął dłoń na materiale swojej tuniki. Podobnie jak ja, nie miał na sobie zbroi. — Nie daj im powodu sądzić, że jest inaczej. Większość ponad jednostkę. Wierzę, że nadal pamiętasz nasze podstawowe zasady.
        Siedział w ciszy jeszcze przez chwilę, a kiedy nie doczekał się żadnej reakcji ani odpowiedzi, wstał z ciężkim westchnieniem i odszedł.
        Zostałem sam z okropnym poczuciem, że staję przed wyborem, który kiedyś rozwiązałbym bez zastanowienia, a który teraz jest powodem wewnętrznej bitwy. I poczuciem, że Eliah wie, skąd się to bierze. Że mnie przejrzał.

        — Oficerze! — krzyknął ktoś z przodu. Zebrałem wodze wierzchowca. — Kapłanka!
        Wiedziałem, że to może oznaczać wszystko. Zarówno jedno, jak i drugie, ale poczułem niespodziewaną ulgę, że chociaż coś się zmieniło. Rozepchnąłem się niedelikatnie pomiędzy kolumną maszerujących żołnierzy i zatrzymałem dopiero przed wozem, w którym siedziała Esja. Siedziała. Miała otwarte oczy i wyglądała na kurewsko żywą. Wylądowałem na ziemi na stopach i ugiętych kolanach, a później podszedłem bliżej do wozu.
        Przez moment badałem ten stan rzeczy, a później na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Jakbym w tym momencie uwierzył, że to nie chora wizja podsyłana mi przez mózg. Medyk mruczał coś pod nosem, mieszając miksturę, a Eliah stał obok, z dłonią na ramieniu Esji. Nawet to się teraz nie liczyło. Wszystkie wspomnienia z tamtego dnia były żywe; dla kontrastu z tym, co nastąpiło później i co wydawało mi się niejasne, mętne. Rozkaz wyruszenia z obozu, ograniczenie racji jedzenia. Jakby to było snem, a krótka chwila na dnie wąwozu rzeczywistością. Przez chwilę szukałem głosu w głębi gardła.
        — Dobra robota — odpowiedziałem w końcu, a później schyliłem nieco głowę. Mały gest, niewielka notyfikacja. Taka, na którą nigdy wcześniej bym się nie zdobył.
        — Proszę, wypij to — medyk podsunął dziewczynie małą miskę wypełnioną po brzegi.
        Cała kolumna ludzi stanęła, zaglądając do wnętrza wozu, jeśli tylko miała do tego sposobność. Wydawało mi się, że słyszę za plecami śmiechy i luźne rozmowy, słowa pełne ulgi. Do mojej świadomości nie docierało jednak nic innego jak fakt, że Esja żyje. Krzywi się, pijąc niesmaczną miksturę, zerka na Eliaha, który także się uśmiecha. Wszystko jest tak, jak było wcześniej.
        I jednocześnie wszystko jest zupełnie inaczej.
        — Jesteś zbyt słaba, żeby siedzieć. Powinnaś odpocząć — wtrąciłem, zakładając dłonie na klatce piersiowej. — Musimy kontynuować podróż, teraz praktycznie bez przerw aż do późnej nocy. Słońce niedługo zajdzie, zrobi się chłodniej, musimy chociaż postarać się nadrobić drogi — poinformowałem cichym głosem, po czym z tęsknotą w klatce piersiowej odwróciłem się do niej plecami.
        W jednym susie znalazłem się na grzbiecie wierzchowca i odwróciłem go przodem do większości ludzi. Teraz wszyscy widzieli mnie dokładnie. Gdzieś w oddali, pośród tłumu, bieliła się także głowa Aelnei i jej męża.
        — Kapłanka żyje! Esja powróciła! — krzyknąłem dobywając siły aż z dołu brzucha, unosząc do góry dłoń zaciśniętą w pięść, a po moim okrzyku wybuchł radosny entuzjazm wokół. Żołnierze krzyczeli i wiwatowali. — Bogowie nadal nam spzyjają! — dorzuciłem, a wrzawa tym bardziej urosła. Zgrzytała stal dobywanych radośnie mieczy, a ludzi ponownie napełniła otucha. Uśmiechnąłem się z satysfakcją i pozwoliłem im jeszcze chwilę wrzeszczeć i się cieszyć.
        Obróciłem konia bokiem do kierunku jazdy i kątem oka zerknąłem na Esję.
        To jedno, drobne spojrzenie zawierało w sobie całą prywatność, jaką miałem w sobie. Całą siłę tego, co się wydarzyło, a chociaż trwało nie dłużej niż kilka sekund i nikt poza nią nie mógł go dostrzec, niosło w sobie niewypowiedziany ciężar.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/