Widok Nevana był inny od widoku Eliaha, czy jakiegokolwiek żołnierza. Nie wiedziałam do czego porównać to uczucie, może nawet nie próbowałam. Po prostu patrzyłam na niego, chcąc się uśmiechnąć w odpowiedzi na jego słowa... mimo to kąciki moich ust nie uniosły się nawet o milimetr. Byłam nadal zmęczona, świadomość wracała powolutku, a chociaż wszystko wskazywało na to, że będzie dobrze, to skołowanie, jakie mi teraz towarzyszyło było nie do opisania. Niby byłam świadoma, słyszałam ich głosy, widziałam ich wszystkich, ale czułam się tak, jakby ktoś zanurzył mi głowę pod wodą. Przed oczami przepływały mi wspomnienia, odradzały się we mnie, jakby dopiero teraz naprawdę zaczynały istnieć.
Nim pochwyciłam miseczkę, jaką przystawił mi pod nos Febiasz dłoń mi drgnęła. Dotknęłam swoich warg, krzywiąc się zaraz okrutnie. Skóra była sucha i nieprzyjemna. Nie pamiętałam, jaka była tamtego dnia, gdy... poprosiłam, aby mnie pocałował. Jednakże im więcej o tym myślałam, tym więcej szczegółów do mnie docierało. Jego oddech, faktura warg, długość tego gestu... Chociaż zaledwie chwilę temu wróciłam do świata żywych, to teraz miast myśleć o swoim zdrowiu, wspomniałam zbliżenie, jakie nigdy nie powinno mieć miejsca. W dodatku ja sama je wywołałam, wtedy jednak czułam, że umieram, a teraz? Żyję. Ja i Nevan oboje żyjemy, a to co się stało zostanie z nami.
Nie żałuję. A on?
Ponownie zaczęłam się krzywić, tym razem za sprawą tak gorzkiego specyfiku, że pozwoliłam sobie na dwie próby przekonania medyka, iż kilka łyków w zupełności mi wystarczy. Oczywiście koniec końców wypiłam do dna, robiąc niezadowoloną minę, gdy mężczyzna mruknął do siebie, że następna porcja będzie pod wieczór.
To całe zamieszanie, zainteresowanie, napływ informacji, wspomnień, sprawiły, że poczułam, jak kręci mi sie w głowie. Właśnie wtedy Nevan ponownie się odezwał, a ja bardzo chciałam mu powiedzieć, że nie ma racji, nie musi się martwić, tylko, że to byłoby kłamstwem. Skinęłam więc głową i pozwoliłam Eliahowi, aby pomógł mi na nowo się położyć, jednak nie całkowicie nie płasko. Dzięki temu mogłam widzieć nieco więcej, niż z pozycji horyzontalnej. Szkoda tylko, że widokiem, jaki dane mi było oglądać, były jego plecy. Przez te dni, w które nie byłam obecna, bez wątpienia tęskniłam za jego widokiem. Ta prosta myśl w tej chwili zdała mi się tak niesamowicie prawdziwa, że w pierwszej chwili chciałam na powrót poderwać się do siadu.
- Nieźle musiałam obniżyć morale wojska, swoim stanem - powiedziałam pod nosem, kiedy Nevan przemawiał do swoich ludzi, a ci zaczęli wiwatować. Oczywiście cieszyłam się, że tak dobrze mi życzą, ale dotarło do mnie, że napytałam pewnie wielu problemów.
- Najważniejsze, że wszystko wróciło do normy - odpowiedział mi blondyn, ale nie odwróciłam na niego swojego spojrzenia. Wystarczył bowiem ułamek sekundy, chwilka w której świat stanął w miejscu. Nie mogłam przegapić tego gestu, sami bogowie zdawali się piastować nad nim, a przecież te gesty, tajemnice i pragnienia, o których w tej chwili wolałam nie myśleć były wbrew prawom ludzkim i boskim. Przytłoczyło mnie to, a jednocześnie dało nadzieję. Nie był zły, pamiętał, myślał o tym. Tylko, czy żałował? Chciałabym wiedzieć w prost, ale nigdy nie będę mogła zapytać. Jeśli zapytam odgadnie, że dla mnie to się liczy, że w obecnej chwili nie jest już to marzenie konającej kapłanki. Nie miałam wątpliwości. Byłam tym zafascynowana, upojona i równocześnie doskwierał mi niedosyt podsycany niepewnością. Leżałam więc na wozie, powolutku godząc się z tym, jaką hańbą okrywam Arethorna, pozwalając sobie na wyobrażenia do których nie mam prawa. Tego dnia, gdy zmuszono mnie do odpoczynku, nie spałam. Modliłam się. Modliłam o to, bym po przebudzeniu nie miała obręczy, znaku, bym nie miała w sobie nic, co boskie, bym nie miała kajdanów.
Przyszedł poranek ten i następny, a modlitwy nigdy nie miały się ziścić. Nie łudziłam się nigdy, że jest na to szansa, a jednak uczucie zawodu było olbrzymie. W ciągłej podróży mało było czasu na prywatność. Mila dotrzymywała mi towarzystwa, przyszły do mnie wczoraj z samego rana, wraz z Girven. Zapewniłam, ze wszystko dobrze. Służka została, a odwiedzający mnie żołnierze zmieniali się stale, jakby kazdy chciał mieć pewność, że aby na pewno żyję. Bogowie mieli im w końcu sprzyjać. To dobrze, szkoda jedynie, że nade mną nie unosi się już ich przychylność.
Trzeciego dnia po moim przebudzeniu wczesnym rankiem mój wóz zatrzymał się z miejsca. Jak zawsze o tej porze przybył Febiasz ze swoim specyfikiem i porcją przestróg. Liczyłam na to, że w końcu przyzwyczaję się do medykamentu, ale smak z każdym dniem był coraz gorszy. Mimo to nie narzekałam, licząc na to, że brak sprawiania problemów się opłaci. Teraz miałam się o tym przekonać, bo oto zapytałam, czy mogę się przejść. W pierwszej chwili patrzył na mnie, jak na dziecko, które poruszyło temat nieodpowiedni dla swojego wieku i pozycji, a potem twarz mu zelżała, jakby zrzucił z ramion coś ciężkiego.
- Ale powoli, niech Mila ci towarzyszy. Bez gwałtownych ruchów, bez przekonywania się ile jesteś w stanie. Nawet jeśli myślisz, że czujesz się już dobrze, najświętsza - wygłosił, a ja pokiwałam głową. Tak oto zapewniono mi nieco prywatności, w której Mila pomogła mi, a w zasadzie sama mnie przebrała. Dano mi prostą suknię do kostek. O spodniach na razie nie było mowy, nie narzekałam jednak, wiedziałam już, że nikt nie porzucił mojej zbroi po drodze, że jest gdzieś na jednym z wozów i póki co nie miałam pojęcia na którym.
Nogi po długim okresie leżenia zdawały się widać z podłożem, jak z dawno utraconym sensem istnienia. Niepewnie drżały, ale w powietrzu unosiła się fascynacja i zaangażowanie. Zawroty nieprzyzwyczajonego do tej pozycji błędnika nie zniechęciły mnie wcale. Może za bardzo zacisnęłam usta, dając przez to poznać, jak bardzo, może nawet przesadnie skupiona jestem. Mila założyła mi jeszcze pelerynę, a potem podając mi ramię powolutku zaczęła mnie prowadzić. Nie musiałam jej mówić, gdzie chcę iść.
Nevan, Eliah i Lance rozmawiali dookoła czegoś, co wyglądało jak wygaszone palenisko. Zbliżałam się do nich w zastraszająco wolnym tempie, więc chyba nie zwrócili na mnie uwagi, do chwili, kiedy byłam naprawdę blisko, a najmłodszy w nich odwrócił się przodem do mnie i odchrząknął, dając znać pozostałej dwójce.
- Esjo, Febiasz wie, że wyszłaś? - pierwszy odezwał się Eliah, nieco podejrzliwie się rozglądając, jakby w poszukiwaniu medyka.
- Yhm... - mruknęłam, po cym dałam znak Mili, że może odejść. W jej zastępstwie przy mnie pojawił się z miejsca Lance, pomagając mi usiąść na jednym z położonych tutaj pni drzew. - Zgodzi się, nie jestem zbiegiem, a wóz to chyba nie moje więzienie - mruknęłam nie siląc się na złośliwość. Zamiast tego oddychałam głęboko, ciesząc się tą chwilą.
- Chętnie wróciłabym do podróżowania wierzchem. W wozie jest nudno - mruknęłam, na co blondyni zaśmiali się cicho, machając głowami boki.
- Nie ma mowy - skwitował najstarszy z towarzystwa, a ja wygięłam usta w dół, zaraz spoglądając na niego spode łba. - Niebawem przybędziemy do obozu, więc wytrzymasz.
- A to niby dlaczego? Poza tym decyzja należy do Nevana - zauważyłam i przeniosłam swoje spojrzenie na dowódcę. Kiedy napotkałam jego czerwone oczy, zatopiłam się w nich, jak w soczystych malinach w upalny dzień. Przez chwilę straciłam azymut, nie wiedząc dokąd prowadzi ta rozmowa. Chciałam z nim prywatnie pomówić i bałam się tego równocześnie. Dlaczego to wszystko musi być takie zagmatwane? Ileż bym dała, aby między nami wszystko było klarowne. Bez niedomówień i złamanych praw. Jakże mogłam nie żałować, nie czuć do siebie odrazy? W zasadzie do siebie jeszcze potrafiłam, ale nie do niego... do tego sam bóg wojny mnie nie zmusi.
Chociaż sama wsadziłam w ręce Tealvasha ciężar podjęcia decyzji, która dla mnie była istotna, to nigdy miałam nie doczekać jego odpowiedzi. Nie chcąc zbyt długo tonąć w jego oczach, odwróciłam spojrzenie na resztki po ognisku. Kilka zwęglonych patyków, popiół... i nagle, jakby ktoś zamieszał mi w głowie rozgrzanym pogrzebaczem. Poderwałam się do góry, straciłam stabilność, ale z pomocą trójki nie upadłam.
- Nie... nie przybędziemy do obozu - wyszeptałam, jakbym mówiła o wiadomości, którą miałam przekazać dawno. Uniosłam nieco przerażone spojrzenie na Nevana, brzydko marszcząc przy tym brwi. - Tylko popiół... - wyrzuciłam jeszcze i zauważyłam, jak Lance ściąga z dłoni rękawicę, a potem jego palce dotknęły mojego czoła.
- Ciepłe... Esjo, wracasz do wozu - zakomunikował, a ja uczepiłam się zbroi Nevana palce silnie zaciskając na metalowych elementach.
- Ten sam smród spalenizny... nie chcę znów tego przeżywać... - wyjąkałam, widząc przy ramieniu Tealvasha przejętą twarz Eliaha, który chyba nie bardzo wiedział o co chodzi. Prawdę mówiąc ja sama wiele rozumiałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz