czwartek, 16 listopada 2017

CXVI



        Wiedziałem, na co być przygotowany, takich punktów kontrolnych w swoim życiu przeszedłem miliony razy, czasem z mniejszym a czasem większym uszczerbkiem na nerwach. Rzecz zależała od tego, na jakiego służbistę się trafi i ile w danym przypadku ma się szczęścia. Fakt, z kapłanką nigdy jeszcze nie próbowałem, ale zadarłem lekko głowę i podbródek do góry, wyprostowałem się, a dłonie zaplotłem za plecami. Jeśli stawiać czoła nowym sytuacjom, to jako ten wygrany, o pewnej postawie ciała. Zatrzymałem się na równi z przednimi końskimi kopytami, kiedy padł rozkaz, żeby to zrobić. Ten strażnik nie był moim zwierzchnikiem w żadnym stopniu – pewnie zajmował jedno z niższych stanowisk w hierarchii, ale gdybym zignorował jego rozkaz, mógłbym nie tylko sobie napytać biedy. Obróciłem się powoli w jego kierunku, na mojej twarzy pojawił się nieodgadniony wyraz. Płaska, śliska maska bez żadnego punktu oparcia dla rozmówcy. Ten jednak zdecydowanie bardziej zainteresowany był moją towarzyszką, czego się nie spodziewałem. Kobieta w armii często – niezależnie od swojej pozycji – była częściej ignorowana, jakby jej zdanie miało mniejsze znaczenie.
        Już po pierwszym pytaniu zasada, że ja zajmuję się strażnikiem, a Esja siedzi cicho, najlepiej nieruchomo i patrzy w dal się rozpłynęła. Silniej zacisnąłem szczęki. Dopóki wszystko szło dobrze, pozwalałem jej mówić. Dopiero, kiedy spojrzenie zmieszanego słowami dziewczyny mężczyzny padło na mnie, odstąpiłem o krok od swojego wierzchowca.
        Przez chwilę naprawdę myślałem, że wszystko stracone. Że wystawiła nas na ekspozycję. Pierwsze kilka sekund nie wierzyłem w jej słowa ani w to, że to ta sama zastraszona kapłanka je wypowiada. Podarowałem sobie pełne uznania spojrzenie w jej stronę, jedynie zerknąłem koso. I lekko skinąłem głową. Dla postronnego obserwatora niczego nie warty gest, ale dla mnie samego obnażająca wręcz poufałość.
        — Czy mam przedstawić dokumenty które dostaliśmy od skryby księcia i które były przygotowane specjalnie na wydarzenie tego pikniku? — zapytałem oficjalnie, układając dłoń na pasku zawieszonym na biodrach.
        — Nie będzie potrzeby, oficerze — zapewnił pośpiesznie żołnierz.
        Z małej, murowanej chatki, która znajdywała się po drugie stronie wąwozu wyłonił się drugi żołnierz, ale został odesłany do wnętrza niedbałym machnięciem dłoni tego, który stał obok nas. Z pewnością wyszedł dopytać, czy potrzeba mu pomocy i czy może już wracać do partyjki kości albo kart, którą bez wątpienia właśnie rozgrywali.
        — Piknik miał ino trwać dłużej — zawyrokował w końcu, podrapał się po odsłoniętej części karku. Z pewnością rozmyślał nad naszym losem. — Ale nie będzie potrzeby. Oficera i pannę najświętszą poznać idzie z daleka, to i papierów nie będzie trzeba — zakończył, nadal wyraźnie zmieszany wcześniejszą sugestią Esji, ze za dużo uwagi poświęca jej wdziękom. Teraz już w ogóle nie podniósł na nią dłuższego spojrzenia.
        Przez chwilę jeszcze stał i się nad czymś wyraźnie zastanawiał. Później skłonił się byle jak przed kapłanką – może długo rozmyślał nad tym, jak to należy zrobić w obecności najświętszej, a myślenie wyraźnie nie szło mu łatwo – zasalutował i wskazał drogę za mostem, odsuwając się nam z przejścia. W zupełnym milczeniu pokonaliśmy most i dopiero kiedy światła pochodni punktu kontrolnego zupełnie wygasły, a za nami zamknęła się ciemność oderwałem się od własnych myśli. Złajać za to, że nie posłuchała moich rozkazów i przejęła kontrolę nad rozmową?
        — Przesuń się trochę, wsiadam na konia — powiedziałem zamiast tego, łapiąc strzemię – za długie, żeby dziewczyna mogła włożyć w nie swoje stopy odziane w delikatne, teraz już zniszczone pantofelki – i wkładając w nie stopę. Nie. Dzisiaj nie będzie lekcji o posłuszeństwie.
        Złapałem się przedniego i tylnego łęku siodła i odbiłem sprężyście od ziemi. Kiedy już wygodnie usadowiłem się za nim, na końskim grzbiecie, oddałem jej wodze. W ten sposób oboje mieliśmy dla odmiany więcej swobody, a jako że teraz już czekał nas tylko stęp, to nie miało większego znaczenia. Rozluźniłem się też w końcu, przez co i wierzchowiec automatycznie zrobił się mniej nerwowy. Mięśnie i praca bioder na zwierzęciu miała na niego ogromny wpływ.
        Wyraźnie oddałem jej panowanie nad prowadzeniem i przez to miałem poczucie, jakby ktoś boleśnie kopnął mnie w brzuch, a później wyrwał jedyną skuteczną broń: władzę nad sytuacją. Zdegradowany przez samego siebie dłuższą chwilę nie zamierzałem się odzywać, walcząc z uczuciem upokorzenia, które miało bardzo głębokie korzenie. W końcu jednak wjechaliśmy w światło zawieszonej na prostym, drewnianym kijku tuż obok traktu latarni, w której płonął żywy ogień i która wyznaczała drogę do obozu. Nie martwiłem się, że ktoś  nas tutaj spotka.
        — Taki galop nie ma prawa zawodzić oczekiwań — podjąłem po chwili, kiedy znowu znaleźliśmy się w ciemności, nawiązując do wcześniej rzuconego przez niej wyzwania. Wyprostowałem się wręcz, choć nie mogła tego poczuć ani zauważyć bez odwrócenia się przez ramię. Co to za głupia gierka, Tealvash, i dlaczego niby w nią grasz? — To, że mój galop jest szybszy to tylko oczywista formalność w takim wypadku, ale teraz już nie masz podstaw, żeby w to wątpić — dodałem z nieco zbyt wielkim zabarwieniem emocjonalnym w głowie. No proszę, przechwałki? Niczym młody chłopak, podlotek, który egoistycznie chce się popisać własnymi umiejętnościami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/