Wiedziałem, na co być przygotowany,
takich punktów kontrolnych w swoim życiu przeszedłem miliony razy, czasem z
mniejszym a czasem większym uszczerbkiem na nerwach. Rzecz zależała od tego, na
jakiego służbistę się trafi i ile w danym przypadku ma się szczęścia. Fakt, z
kapłanką nigdy jeszcze nie próbowałem, ale zadarłem lekko głowę i podbródek do
góry, wyprostowałem się, a dłonie zaplotłem za plecami. Jeśli stawiać czoła
nowym sytuacjom, to jako ten wygrany, o pewnej postawie ciała. Zatrzymałem się
na równi z przednimi końskimi kopytami, kiedy padł rozkaz, żeby to zrobić. Ten
strażnik nie był moim zwierzchnikiem w żadnym stopniu – pewnie zajmował jedno z
niższych stanowisk w hierarchii, ale gdybym zignorował jego rozkaz, mógłbym nie
tylko sobie napytać biedy. Obróciłem się powoli w jego kierunku, na mojej
twarzy pojawił się nieodgadniony wyraz. Płaska, śliska maska bez żadnego punktu
oparcia dla rozmówcy. Ten jednak zdecydowanie bardziej zainteresowany był moją
towarzyszką, czego się nie spodziewałem. Kobieta w armii często – niezależnie od
swojej pozycji – była częściej ignorowana, jakby jej zdanie miało mniejsze
znaczenie.
Już po pierwszym pytaniu zasada, że ja zajmuję
się strażnikiem, a Esja siedzi cicho, najlepiej nieruchomo i patrzy w dal się
rozpłynęła. Silniej zacisnąłem szczęki. Dopóki wszystko szło dobrze, pozwalałem
jej mówić. Dopiero, kiedy spojrzenie zmieszanego słowami dziewczyny mężczyzny
padło na mnie, odstąpiłem o krok od swojego wierzchowca.
Przez chwilę naprawdę myślałem, że
wszystko stracone. Że wystawiła nas na ekspozycję. Pierwsze kilka sekund nie
wierzyłem w jej słowa ani w to, że to ta sama zastraszona kapłanka je
wypowiada. Podarowałem sobie pełne uznania spojrzenie w jej stronę, jedynie
zerknąłem koso. I lekko skinąłem głową. Dla postronnego obserwatora niczego nie
warty gest, ale dla mnie samego obnażająca wręcz poufałość.
— Czy mam przedstawić dokumenty które
dostaliśmy od skryby księcia i które były przygotowane specjalnie na wydarzenie
tego pikniku? — zapytałem oficjalnie, układając dłoń na pasku zawieszonym na
biodrach.
— Nie będzie potrzeby, oficerze —
zapewnił pośpiesznie żołnierz.
Z małej, murowanej chatki, która
znajdywała się po drugie stronie wąwozu wyłonił się drugi żołnierz, ale został
odesłany do wnętrza niedbałym machnięciem dłoni tego, który stał obok nas. Z
pewnością wyszedł dopytać, czy potrzeba mu pomocy i czy może już wracać do
partyjki kości albo kart, którą bez wątpienia właśnie rozgrywali.
— Piknik miał ino trwać dłużej —
zawyrokował w końcu, podrapał się po odsłoniętej części karku. Z pewnością
rozmyślał nad naszym losem. — Ale nie będzie potrzeby. Oficera i pannę
najświętszą poznać idzie z daleka, to i papierów nie będzie trzeba — zakończył,
nadal wyraźnie zmieszany wcześniejszą sugestią Esji, ze za dużo uwagi poświęca
jej wdziękom. Teraz już w ogóle nie podniósł na nią dłuższego spojrzenia.
Przez chwilę jeszcze stał i się nad
czymś wyraźnie zastanawiał. Później skłonił się byle jak przed kapłanką – może długo
rozmyślał nad tym, jak to należy zrobić w obecności najświętszej, a myślenie
wyraźnie nie szło mu łatwo – zasalutował i wskazał drogę za mostem, odsuwając
się nam z przejścia. W zupełnym milczeniu pokonaliśmy most i dopiero kiedy
światła pochodni punktu kontrolnego zupełnie wygasły, a za nami zamknęła się
ciemność oderwałem się od własnych myśli. Złajać za to, że nie posłuchała moich
rozkazów i przejęła kontrolę nad rozmową?
— Przesuń się trochę, wsiadam na konia
— powiedziałem zamiast tego, łapiąc strzemię – za długie, żeby dziewczyna mogła
włożyć w nie swoje stopy odziane w delikatne, teraz już zniszczone pantofelki –
i wkładając w nie stopę. Nie. Dzisiaj nie będzie lekcji o posłuszeństwie.
Złapałem się przedniego i tylnego łęku
siodła i odbiłem sprężyście od ziemi. Kiedy już wygodnie usadowiłem się za nim,
na końskim grzbiecie, oddałem jej wodze. W ten sposób oboje mieliśmy dla
odmiany więcej swobody, a jako że teraz już czekał nas tylko stęp, to nie miało
większego znaczenia. Rozluźniłem się też w końcu, przez co i wierzchowiec
automatycznie zrobił się mniej nerwowy. Mięśnie i praca bioder na zwierzęciu
miała na niego ogromny wpływ.
Wyraźnie oddałem jej panowanie nad
prowadzeniem i przez to miałem poczucie, jakby ktoś boleśnie kopnął mnie w
brzuch, a później wyrwał jedyną skuteczną broń: władzę nad sytuacją.
Zdegradowany przez samego siebie dłuższą chwilę nie zamierzałem się odzywać,
walcząc z uczuciem upokorzenia, które miało bardzo głębokie korzenie. W końcu
jednak wjechaliśmy w światło zawieszonej na prostym, drewnianym kijku tuż obok
traktu latarni, w której płonął żywy ogień i która wyznaczała drogę do obozu.
Nie martwiłem się, że ktoś nas tutaj
spotka.
— Taki galop nie ma prawa zawodzić
oczekiwań — podjąłem po chwili, kiedy znowu znaleźliśmy się w ciemności,
nawiązując do wcześniej rzuconego przez niej wyzwania. Wyprostowałem się wręcz,
choć nie mogła tego poczuć ani zauważyć bez odwrócenia się przez ramię. Co to
za głupia gierka, Tealvash, i dlaczego niby w nią grasz? — To, że mój galop
jest szybszy to tylko oczywista formalność w takim wypadku, ale teraz już nie
masz podstaw, żeby w to wątpić — dodałem z nieco zbyt wielkim zabarwieniem
emocjonalnym w głowie. No proszę, przechwałki? Niczym młody chłopak, podlotek,
który egoistycznie chce się popisać własnymi umiejętnościami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz