piątek, 17 listopada 2017

CXVII


       Byłam pewna, że Nevan nie będzie zadowolony tym, że w ogóle się odzywałam. Może nawet nie obejdzie się bez pouczenia, wiem, że mimo wszystko często zapomniało mu się, że nie jestem częścią jego oddziału. Nie mogłam mieć mu tego za złe, poniekąd to za moim przyzwoleniem tak mnie traktował. W wielu sytuacjach mi się to podobało, ale nie wtedy, gdy coś przeskrobałam, dlatego gdybym mogła, to zapewne skuliłabym teraz uszy, w ciszy oczekując aż oddalimy się o tyle, od strażników, by mówić swobodnie. Wielkie było więc moje zaskoczenie, gdy mężczyzna jedynie w ciszy wskoczył na siodło za mną. Może przez to wydał mi się to nieco niezręczne. Nadal liczyłam na jakieś słowa niezadowolenia. No, a tutaj nic. 
       Pewnie dlatego, gdy tylko podał mi wodze, drgnęłam, jakby stało się coś wyjątkowo dziwnego. Przyjęłam je i za mocno zacisnęłąm w dłoni, bo aż pobielały mi knykcie. Czemu czułam taką niezręczność? Dlaczego tak dziwnie mi się oddychało. Prawdę mówiąc w głowie stale przewijało mi się, że to taka dość intymna chwila. W końcu Tealvash oddał mi prowadzenie nad własnym koniem. Z tego co się orientowałam mężczyźni przywiązywali do nich dużą wagę, a już na pewno w sytuacji, w której wierzchowiec oficera jest tak rączy. Czy to było wyróżnieniem, czy znów wmawiałam sobie zbyt wiele? Tak w zasadzie, to czemu się tym przejmowałam? Dlaczego chciałam być wyróżniona. Nigdy nie byłam kobietą próżną, a przy Nevanie odnajdywałam w sobie to okrutne uczucie. Chęć bycia traktowaną w specjalny sposób. Co ze mną nie tak? Gdyby wiedział, jak przyjemnymi są dla mnie takie małe gesty, na pewno wyśmiałby mnie, a może nawet się zdenerwował. Uznałby mnie za niewartą wszystkich lekcji, pyszną pannę, której nie obchodzą inni. Tak, bez wątpienia taka byłaby prawda, a mimo to czułam w sobie przyjemne ciepło, jakie płynęło przez moje ciało z tych trzymanych przez dłonie wodzy. 
       Wtem dotarły do mnie słowa mężczyzny. Znów wrócił do tego tematu, to takie... zaskakujące. Odruchowo odwróciłam się. Jego twarz była blisko, za blisko, bym się nie zarumieniła, ale zbyt miłą była dla mnie, bym odwróciła spojrzenie. oczy już dawno przestały być piekielnie przerażające, raczej ciepłe, piękne i c najważniejsze, choć brzmi to tak absurdalnie... były jego. Kojarzyły mi się z bezpieczeństwem, z ratunkiem. Uwielbiałam ich niepowtarzalność, wątpię, bym miała to szczęście, aby w życiu poznać jeszcze kogoś z takimi tęczówkami. Zawsze więc czerwień w moich oczach będzie barwą Nevana. Ilekroć ją zobaczę, pomyślę o nim. 
       - A co jeśli nigdy nie wątpiłam? - te pytanie samo opuściło moje usta i znaczenie tych słów zaskoczyło nawet mnie. Zmieszałam się nieco, ale spojrzenie nie odwróciłam. Możliwe, że zapanowała między nami niezręczna cisza, zbyt długa, bym nie zrozumiała, że wywołały ją moje słowa. W końcu przestałam świdrować jego oczu. spojrzenie przeniosłam na jego tors, nieco bezpieczniejszy widok. - W końcu sam powiedziałeś, że to jedynie formalność. Stąd moje podejrzenia... - zamieszałam się nieco, ale wolałam oczywiste kłamstwo, niż tak dziwnie działającą na mnie prawdę. 
       Poprawiłam się nieco w siodle i w tej chwili rumak na którym siedzieliśmy musiał nastąpić na jakiś konar, bo nieco nami wstrząsnęło. Sapnęłam, przez swoją pozycję tracąc nieco stabilność i nim się zorientowałam jedna z moich dłoni opierała się już na jego udzie, a część mojego torsu, przylegała do zbroi.  
       - Wybacz... - szarpnęłam się i przez to w ogóle nie umiałam usiąść prosto, w rezultacie bardziej się na nim kładąc. Dopiero gdy na moment wypuściłam wodzę, wcześniej ciągnąc je w tył, koń się zatrzymał, a ja jakoś usiadłam, czując, że się rumienię. Od kiedy w jego towarzystwie dręczy mnie taka przyjemna niezręczność. Poza tym, jak niezręczność może być przyjemna, upajająca? Znów spojrzałam w jego oczy, jakby rozbierały rozmówcę z każdej obłudy, z każdego kłamstwa, czy maski. 
       - Nie chcę ciebie opuszczać... - znów... znów nie pomyslałam i powiedziałam. Powiedziałam zacznie więcej, niż powinnam. Było to tak szczere, że sama właśnie teraz pojęłam, jak dotkliwa jest to prawda. Serce mi zabiło, zmieszałam się. Bogowie, mówię, co czuję. Nie chciałam. W jednej chwili dotarło do mnie, że mój wyjazd się zbliża, a ja tak bardzo nie chcę stąd wyjeżdżać, a on jest jednym powodem. Największym z nich. Nie rozumiałam dlaczego, ale był nim, bez wątpienia. To te oczy, jak jakieś kajdany. Tak, to na pewno one... nonsens, wiem, że nie. Zaśmiałam się. Co miałam zrobić? Głupia dziewucha... zaśmiałam się i usiadłam tyłem do niego, już nie patrzyłam, dla własnego dobra. Znów nasz koń, a w zasadzie to jego ruszył, znów trzymałam wodze, ale nie byłam nadal spokojna. Głowę miałam opuszczoną, szukałam w sobie rozsądku. 
       - Ciebie... jako obozu. Rozumiesz, prawda? - ratowałam się żałośnie, ale przynajmniej próbowałam. - Pod koniec będę mogła zmusić go do galopu? Rozumiesz, takie pyszne wspomnienie, którym będę raczyła ludzi w stolicy. Panny na pewno będą mi zazdrościć, gdy opowiem, że galopowałam na rumaku oficera Tealvasha - zaśmiałam się pod nosem Tak bardzo chciałam, aby zabrzmiało to lekko i dziewczęco. Cóż, obawiam się, że na chęciach się skończyło. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/