W powietrzu wisiało coś gęstego. W
konsystencji jak smoła, którą chce się spowolnić przeciwnika, który lada chwila
wespnie się na flanki zamku i przełamie mury, zniszczy defensywę, rozpruje od
środka. I wiesz o tym, że jesteś pod naporem, że ktoś atakuje, starasz się
podnieść broń i stanąć w gotowości, ale siła przeciwnika, który ma znaczną
przewagę liczebną zupełnie cię paraliżuje. Wiesz, że przegrasz, choć do końca
nadal zostało tak daleko. Dopiero zapada zmierzch, siły wroga docierają do
zamku, ale nie możesz mieć pewności, że dożyjesz świtu, od którego dzieli cię
droga dłuższa niż pomiędzy dwoma krainami naszego świata.
Wypuściłem z płuc powietrze ze świstem,
cichym, ale wzmocnionym przez ciszę nocy i lasu otaczającego nas z każdej strony.
Oddać komuś władzę nad koniem, nad sobą, nad swoją pewnością siebie. Nie byle
komu! Zwykłej dziewusze, która powinna już dawno zniknąć z historii pisanej na
moich kartach. A jednak tu była, czułem jej ciepło, kosmyki jej włosów
łaskoczące mnie po twarzy przy każdym ruchu powietrza. Koń stąpał powoli,
spokojnie. Mus, że był zmęczony po wcześniejszym szaleńczym galopie, ale co
więcej, dookoła wszystko wydawało się teraz bardziej przyjazne niż w ciemnym,
wąskim wąwozie.
Dlaczego tylko ja czułem się osaczony?
Skierowałem spojrzenie na swoje udo.
Wszystko wydawało mi się nierealne, jakbym znalazł się we śnie, w którym nie
miałem panowania nad biegiem wydarzeń. Zamrugałem kilkakrotnie i spojrzałem na
twarz blondynki, na której odmalowała się jakaś emocja. Nie potrafiłem jej
zrozumieć. I nawet w takich ciemnościach dostrzegłem rumieniec na jej licu.
Ona mogła być moja. Wystarczyło ją
zmanipulować, omamić, oślepić na fakty. Mógłbym ją mieć dla siebie, pozbawić
tej niedorzecznej obroży, ukraść temu, dla którego ją przeznaczono. Niczym były
dla mnie zakazy religijnego społeczeństwa, jak kolejny zabobon. A jednak
wiedziałem, że nie mogę. Zacisnąłem dłonie w mocne pięści. Wiedziałem przecież,
że nie mam co z nią zrobić. Że w moich ramionach nie czeka nic więcej, jak
ciągłe zawiedzenie. Rozczarowanie, pustka i nic więcej. Dlatego przełknąłem
ślinę i obejrzałem się w bok, na czarną ścianę lasu.
— Rozumiem — przyznałem głucho. Tak
pusto, jak pusty był jej śmiech. Zupełnie do niej nie pasował. — Oczywiście, że
rozumiem. Wielokrotnie mówiłaś, że czujesz się tu jak w domu.
To były słowa pozbawione znaczenia, ale
na nic innego nie było mnie stać. Przecież nie miała na myśli mnie, mojej
osoby. Niedorzeczne byłoby zakładanie czegokolwiek po jej krótkiej wypowiedzi.
Każdemu przychodzi prędzej czy później łatwość opuszczania mnie, zostawiania za
sobą i nie ważne, co Esja mogła sądzić w tym momencie, czas pokazałby jej, jak
jest naprawdę. Zawsze zostawałem za plecami. Tak łatwo było się mnie pozbyć.
Zacisnąłem mocno zęby, a szczęki
nakreśliły wyraźny zarys twarzy. Takie myśli do mnie nie pasowały, a wszystkie
te uczucia także były mi obce. Skołowanie, niepewność, żal. To nie należało do
mnie. Miałem ochotę w przypływie złości powiedzieć jej, że moje nazwisko i imię
nie wzbudza nigdzie respektu, że ludzie uciekają przede mną, jeśli tylko mogą.
Boją się tego, co we mnie drzemie i słusznie. Tylko ona jedna najwyraźniej nie
zauważa bezpieczeństwa. A jeśli pożre go ją, zanim zdąży się zorientować?...
Szybkim ruchem wyciągnąłem przed siebie dłonie, złapałem obie wodze tuż za
miejscem, w którym ona je trzymała. Moje ramiona stanowiły dla niej w tym
momencie ochronę, bo spiąłem wodze i łydkami uderzyłem konia z nadzieją, że pęd
wygna z mojej głowy wszystkie niechciane myśli.
Praktycznie w pełnym galopie
pojawiliśmy się na zewnętrznym dziedzińcu przy bramie muru, wierzchowiec
wyhamował tuż przed spadkiem do szerokiej fosy. Nasze przybycie spowodowało
niemałe zamieszanie na szczycie palisady i za murem, żołnierze patrzyli
zaszokowani, niekoniecznie gotowi na ten nagły najazd. Było mi to zdecydowanie
na rękę. Potrzebowałem chwili, żeby odsapnąć, zrozumieć i zapomnieć wszystkie
te myśli i uczucia. Zanim zdążę się przywiązać, bo proces ten powoli się
rozpoczynał. Jeśli matka nauczyła mnie czegokolwiek to tego, że przywiązanie
jest miejscem, które najłatwiej wystawia człowieka na zranienie.
Wyszła nam na spotkanie cała eskorta
pięciu żołnierzy. Zeskoczyłem zręcznie z końskiego grzbietu, ciężko i pewnie
lądując na ubitej ziemi. Nie znałem ich, na głowach z resztą mieli hełmy, w
dłoniach miecze i pochodnie. Oficjalnie podeszli do rzeczy, wypytując nas bez
zająknięcia czy skrupułów. Kiedy zorientowali się, że siedzi przed nimi
kapłanka, złożyli serię krótkich ukłonów, a później za moim pozwoleniem złapali
wodze i odeskortowali do obozu; najprawdopodobniej prosto do jej namiotu.
Zostałem zupełnie sam, pośrodku dziedzińca i stałem tak dobre kilkanaście
minut. Z moich oczu już dawno zniknęła dziewczyna jak i należące do mnie
zwierzę, ale nadal nie potrafiłem się swobodnie ruszyć. Dopiero, kiedy ktoś zza
bramy zawołał, że zaraz ją zamykają ocknąłem się nieco i pospiesznym krokiem
wszedłem na teren obozu.
Nawet po zmroku łatwo było ocenić, że
zupełnie nic się tutaj nie zmieniło. Książę i jego świta nadal bawili się w
najlepsze na polanie, najprawdopodobniej bez zamiaru powrotu przez następne
dwie godziny. A razem z nimi była także cała moja gwardia honorowa.
I nagle, zupełnie nieoczekiwanie
dopadło mnie poczucie zupełnej pustki. Samotność. Czułem się odarty z tego, czego
zawsze usilnie się wypierałem – obecności przychylnie nastawionej do mnie
duszy. Uderzyło tak nagle, że aż ugięły się pode mną nogi. Instynktownie
poszukałem punktu oparcia. Okazała się nim być drewniana belka podtrzymująca palisadę
od wewnątrz. Ktoś chciał zaoferować pomoc, ale odepchnąłem jego ramię,
obdarzając serią paskudnych określeń.
Nie wiem, jak długo to trwało, aż
znalazłem się we własnym namiocie. Rozkazałem przyrządzić mi kąpiel w
oficerskiej łaźni. Łaźnie, zwłaszcza jak na klimaty obozowe, były tutaj jednym
z największych luksusów, z których nikt szanujący swoją reputację nie korzystał
zbyt często. Zazwyczaj żołnierzom przysługiwał zimny prysznic, a gorąca woda
była deficytem, marnotrawieniem ciężko zdobytych surowców na jej podgrzanie.
Teraz jednak uznałem, że nadeszła pora, żeby wykorzystać przywileje pochodzące
od swojego stopnia. Odczekałem chwilę, przechadzając się nerwowo po namiocie i
pozbywszy się swojej zbroi zabrałem jedynie najważniejsze rzeczy i udałem się do
łaźni. Miałem szczerą nadzieję, że kąpiel ostudzi zapał i rozżarzone zmysły,
przywróci zimną krew. Uspokoi nerwy. Pokonałem drogę do centrum obozu w
rekordowo szybkim tempie, nie zatrzymując się po drodze ani na chwilę.
Dopiero kiedy znalazłem się w
pomieszczeniu – było murowane z palonej cegły i kamienia, jeden z niewielu
budynków w obozie postawionych było na stałe – poczułem dziwną, znajomą ulgę.
Jakby to jedno miejsce nie zmieniało się, niezależnie od tego, co działo się na
zewnątrz. W przedsionku niewielkich rozmiarów stała służka, skłoniła się lekko
i otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale uprzedziłem ją złym warknięciem.
Zamarła, wytrzeszczając spojrzenie w ziemię.
— Milcz. Posłałem po kąpiel — rzuciłem,
pozbywając się lekkich, skórzanych butów.
Wszedłem głębiej do budynku. Był
sporych rozmiarów, wewnątrz znajdował się mały basen wybudowany z ciosanych
kamieni, wypełniony ciepłą wodą, wanna z zimną, do obmycia się i przestrzeń dla
osób, które już skorzystały z wanny. Późną porą mało kto korzystał z tego
miejsca, a że w obozie kobiety miały prywatne wanny w namiotach, możliwość
spotkania tu kogoś innego niż mężczyzny podobnego rangą do mojej była wręcz
nieistniejąca. Z ulgą pozbyłem się ciężkiego płaszcza munduru i lnianej
koszuli, a także spinek trzymających przydługie włosy w wygodnej pozycji. Pozbyłem
się wszystkich ubrań i przewiązałem wokół pasa miękki, cienki materiał, który
służył do osuszania ciała po kąpieli. Rozczochrałem dłonią włosy, zostawiając
ubrania w nieładzie w przebieralni i odsłoniłem zasłonkę, wchodząc do głównego
pomieszczenia.
Jeszcze zanim przeniosłem spojrzenie na
wannę zrozumiałem, że coś tutaj nie pasuje. Do kogo należały te lekkie buciki w
przedsionku? Dlaczego służąca chciała się odezwać, choć nigdy tego nie robiła?
Wydawało mi się, że we wcześniejszym pomieszczeniu leżały ubrania złożone w
staranną kostkę…
— Co do… — zacząłem, a moje spojrzenie
padło prosto na jasnoniebieskie, nieco wyblakłe oczy Esji.
Przez moment stałem jak osłupiały,
patrząc na jej twarz zastygłą w jednym wyrazie. Miałem na sobie co prawda
przewiązany materiał, ale czułem się zupełnie nagi. Ona za to… Moje spojrzenie
zanurzyło się pod taflę wody bez czekania na moje pozwolenie albo choćby na
jedną myśl zdrowego rozsądku. Odruch, nad którym nie udało mi się zapanować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz