piątek, 17 listopada 2017

CXVIII



        W powietrzu wisiało coś gęstego. W konsystencji jak smoła, którą chce się spowolnić przeciwnika, który lada chwila wespnie się na flanki zamku i przełamie mury, zniszczy defensywę, rozpruje od środka. I wiesz o tym, że jesteś pod naporem, że ktoś atakuje, starasz się podnieść broń i stanąć w gotowości, ale siła przeciwnika, który ma znaczną przewagę liczebną zupełnie cię paraliżuje. Wiesz, że przegrasz, choć do końca nadal zostało tak daleko. Dopiero zapada zmierzch, siły wroga docierają do zamku, ale nie możesz mieć pewności, że dożyjesz świtu, od którego dzieli cię droga dłuższa niż pomiędzy dwoma krainami naszego świata.
        Wypuściłem z płuc powietrze ze świstem, cichym, ale wzmocnionym przez ciszę nocy i lasu otaczającego nas z każdej strony. Oddać komuś władzę nad koniem, nad sobą, nad swoją pewnością siebie. Nie byle komu! Zwykłej dziewusze, która powinna już dawno zniknąć z historii pisanej na moich kartach. A jednak tu była, czułem jej ciepło, kosmyki jej włosów łaskoczące mnie po twarzy przy każdym ruchu powietrza. Koń stąpał powoli, spokojnie. Mus, że był zmęczony po wcześniejszym szaleńczym galopie, ale co więcej, dookoła wszystko wydawało się teraz bardziej przyjazne niż w ciemnym, wąskim wąwozie.
        Dlaczego tylko ja czułem się osaczony?
        Skierowałem spojrzenie na swoje udo. Wszystko wydawało mi się nierealne, jakbym znalazł się we śnie, w którym nie miałem panowania nad biegiem wydarzeń. Zamrugałem kilkakrotnie i spojrzałem na twarz blondynki, na której odmalowała się jakaś emocja. Nie potrafiłem jej zrozumieć. I nawet w takich ciemnościach dostrzegłem rumieniec na jej licu.
        Ona mogła być moja. Wystarczyło ją zmanipulować, omamić, oślepić na fakty. Mógłbym ją mieć dla siebie, pozbawić tej niedorzecznej obroży, ukraść temu, dla którego ją przeznaczono. Niczym były dla mnie zakazy religijnego społeczeństwa, jak kolejny zabobon. A jednak wiedziałem, że nie mogę. Zacisnąłem dłonie w mocne pięści. Wiedziałem przecież, że nie mam co z nią zrobić. Że w moich ramionach nie czeka nic więcej, jak ciągłe zawiedzenie. Rozczarowanie, pustka i nic więcej. Dlatego przełknąłem ślinę i obejrzałem się w bok, na czarną ścianę lasu.
        — Rozumiem — przyznałem głucho. Tak pusto, jak pusty był jej śmiech. Zupełnie do niej nie pasował. — Oczywiście, że rozumiem. Wielokrotnie mówiłaś, że czujesz się tu jak w domu.
        To były słowa pozbawione znaczenia, ale na nic innego nie było mnie stać. Przecież nie miała na myśli mnie, mojej osoby. Niedorzeczne byłoby zakładanie czegokolwiek po jej krótkiej wypowiedzi. Każdemu przychodzi prędzej czy później łatwość opuszczania mnie, zostawiania za sobą i nie ważne, co Esja mogła sądzić w tym momencie, czas pokazałby jej, jak jest naprawdę. Zawsze zostawałem za plecami. Tak łatwo było się mnie pozbyć.
        Zacisnąłem mocno zęby, a szczęki nakreśliły wyraźny zarys twarzy. Takie myśli do mnie nie pasowały, a wszystkie te uczucia także były mi obce. Skołowanie, niepewność, żal. To nie należało do mnie. Miałem ochotę w przypływie złości powiedzieć jej, że moje nazwisko i imię nie wzbudza nigdzie respektu, że ludzie uciekają przede mną, jeśli tylko mogą. Boją się tego, co we mnie drzemie i słusznie. Tylko ona jedna najwyraźniej nie zauważa bezpieczeństwa. A jeśli pożre go ją, zanim zdąży się zorientować?... Szybkim ruchem wyciągnąłem przed siebie dłonie, złapałem obie wodze tuż za miejscem, w którym ona je trzymała. Moje ramiona stanowiły dla niej w tym momencie ochronę, bo spiąłem wodze i łydkami uderzyłem konia z nadzieją, że pęd wygna z mojej głowy wszystkie niechciane myśli.
        Praktycznie w pełnym galopie pojawiliśmy się na zewnętrznym dziedzińcu przy bramie muru, wierzchowiec wyhamował tuż przed spadkiem do szerokiej fosy. Nasze przybycie spowodowało niemałe zamieszanie na szczycie palisady i za murem, żołnierze patrzyli zaszokowani, niekoniecznie gotowi na ten nagły najazd. Było mi to zdecydowanie na rękę. Potrzebowałem chwili, żeby odsapnąć, zrozumieć i zapomnieć wszystkie te myśli i uczucia. Zanim zdążę się przywiązać, bo proces ten powoli się rozpoczynał. Jeśli matka nauczyła mnie czegokolwiek to tego, że przywiązanie jest miejscem, które najłatwiej wystawia człowieka na zranienie.
        Wyszła nam na spotkanie cała eskorta pięciu żołnierzy. Zeskoczyłem zręcznie z końskiego grzbietu, ciężko i pewnie lądując na ubitej ziemi. Nie znałem ich, na głowach z resztą mieli hełmy, w dłoniach miecze i pochodnie. Oficjalnie podeszli do rzeczy, wypytując nas bez zająknięcia czy skrupułów. Kiedy zorientowali się, że siedzi przed nimi kapłanka, złożyli serię krótkich ukłonów, a później za moim pozwoleniem złapali wodze i odeskortowali do obozu; najprawdopodobniej prosto do jej namiotu. Zostałem zupełnie sam, pośrodku dziedzińca i stałem tak dobre kilkanaście minut. Z moich oczu już dawno zniknęła dziewczyna jak i należące do mnie zwierzę, ale nadal nie potrafiłem się swobodnie ruszyć. Dopiero, kiedy ktoś zza bramy zawołał, że zaraz ją zamykają ocknąłem się nieco i pospiesznym krokiem wszedłem na teren obozu.
        Nawet po zmroku łatwo było ocenić, że zupełnie nic się tutaj nie zmieniło. Książę i jego świta nadal bawili się w najlepsze na polanie, najprawdopodobniej bez zamiaru powrotu przez następne dwie godziny. A razem z nimi była także cała moja gwardia honorowa.
        I nagle, zupełnie nieoczekiwanie dopadło mnie poczucie zupełnej pustki. Samotność. Czułem się odarty z tego, czego zawsze usilnie się wypierałem – obecności przychylnie nastawionej do mnie duszy. Uderzyło tak nagle, że aż ugięły się pode mną nogi. Instynktownie poszukałem punktu oparcia. Okazała się nim być drewniana belka podtrzymująca palisadę od wewnątrz. Ktoś chciał zaoferować pomoc, ale odepchnąłem jego ramię, obdarzając serią paskudnych określeń.
        Nie wiem, jak długo to trwało, aż znalazłem się we własnym namiocie. Rozkazałem przyrządzić mi kąpiel w oficerskiej łaźni. Łaźnie, zwłaszcza jak na klimaty obozowe, były tutaj jednym z największych luksusów, z których nikt szanujący swoją reputację nie korzystał zbyt często. Zazwyczaj żołnierzom przysługiwał zimny prysznic, a gorąca woda była deficytem, marnotrawieniem ciężko zdobytych surowców na jej podgrzanie. Teraz jednak uznałem, że nadeszła pora, żeby wykorzystać przywileje pochodzące od swojego stopnia. Odczekałem chwilę, przechadzając się nerwowo po namiocie i pozbywszy się swojej zbroi zabrałem jedynie najważniejsze rzeczy i udałem się do łaźni. Miałem szczerą nadzieję, że kąpiel ostudzi zapał i rozżarzone zmysły, przywróci zimną krew. Uspokoi nerwy. Pokonałem drogę do centrum obozu w rekordowo szybkim tempie, nie zatrzymując się po drodze ani na chwilę.
        Dopiero kiedy znalazłem się w pomieszczeniu – było murowane z palonej cegły i kamienia, jeden z niewielu budynków w obozie postawionych było na stałe – poczułem dziwną, znajomą ulgę. Jakby to jedno miejsce nie zmieniało się, niezależnie od tego, co działo się na zewnątrz. W przedsionku niewielkich rozmiarów stała służka, skłoniła się lekko i otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale uprzedziłem ją złym warknięciem. Zamarła, wytrzeszczając spojrzenie w ziemię.
        — Milcz. Posłałem po kąpiel — rzuciłem, pozbywając się lekkich, skórzanych butów.
        Wszedłem głębiej do budynku. Był sporych rozmiarów, wewnątrz znajdował się mały basen wybudowany z ciosanych kamieni, wypełniony ciepłą wodą, wanna z zimną, do obmycia się i przestrzeń dla osób, które już skorzystały z wanny. Późną porą mało kto korzystał z tego miejsca, a że w obozie kobiety miały prywatne wanny w namiotach, możliwość spotkania tu kogoś innego niż mężczyzny podobnego rangą do mojej była wręcz nieistniejąca. Z ulgą pozbyłem się ciężkiego płaszcza munduru i lnianej koszuli, a także spinek trzymających przydługie włosy w wygodnej pozycji. Pozbyłem się wszystkich ubrań i przewiązałem wokół pasa miękki, cienki materiał, który służył do osuszania ciała po kąpieli. Rozczochrałem dłonią włosy, zostawiając ubrania w nieładzie w przebieralni i odsłoniłem zasłonkę, wchodząc do głównego pomieszczenia.
        Jeszcze zanim przeniosłem spojrzenie na wannę zrozumiałem, że coś tutaj nie pasuje. Do kogo należały te lekkie buciki w przedsionku? Dlaczego służąca chciała się odezwać, choć nigdy tego nie robiła? Wydawało mi się, że we wcześniejszym pomieszczeniu leżały ubrania złożone w staranną kostkę…
       — Co do… — zacząłem, a moje spojrzenie padło prosto na jasnoniebieskie, nieco wyblakłe oczy Esji.
        Przez moment stałem jak osłupiały, patrząc na jej twarz zastygłą w jednym wyrazie. Miałem na sobie co prawda przewiązany materiał, ale czułem się zupełnie nagi. Ona za to… Moje spojrzenie zanurzyło się pod taflę wody bez czekania na moje pozwolenie albo choćby na jedną myśl zdrowego rozsądku. Odruch, nad którym nie udało mi się zapanować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/