Z mojej klatki piersiowej wydarł się
niekontrolowany oddech, jakby ktoś uderzył mnie mocno prosto w splot słoneczny.
Krótki moment, urwana chwila słabości. Poczułem wręcz nieprzyjemny ból gdzieś w
piersi. Świat zawalił się nam na głowy, nieboskłon upadł, a rzeczywistość
zamknęła się na tym jednym, małym pomieszczeniu. Nie kontrolowałem swojego
oddechu.
Oto miałem przed sobą świętość w
czystej, naturalnej postaci. Coś, co ludzie ustalili świętym, choć nie mieli po
temu powodów. Może nasi przodkowie wierzyli, że te znaki od bogów uchronią nas
przed klęskami żywiołowymi, wojnami, głodem, plagą. Jedyne, do czego się jednak
naprawdę przyczyniły było zamykanie dziewczyn w więzieniach, którym nadano
imiona świątyń od bogów. Złota klatka, do której wsadził je zwykły symbol.
Jakiekolwiek miał on pochodzenie, z pewnością był zdolny do wiele większych
czynów niż dobre wydanie za mąż. Przeznaczenie, przed którym jest ograniczane.
Poczułem, jak w moim ciele wzbiera
silna, czysta energia. Satysfakcja, triumf. Oto świętość. Naga. I oto ja, dla
którego ten widok nie był przeznaczony. A jednak patrzę i widzę. Zapamiętuję,
chłonę ten widok ze słodką świadomością, że nadarzyła się okazja, żeby
przesadzić przez ludzkie zakazy i ograniczenia. Miałem wrażenie, że na mojej
twarzy rośnie zły, niebezpieczny, szeroki uśmiech. Szaleńczy. Świadomość, że
odbieram tej dziewczynie i jej mężowi coś, co uważają za tak śmiesznie ważne i
święte opanowała cały mój umysł.
Kiedy już myślałem, że nie dostanę
lepszego prezentu od losu, Esja odwróciła się i zaprezentowała cały
skomplikowany znak na swoich plecach. Był piękny, mistyczny, niesamowity.
Piękny w znaczeniu takim, że nie stworzył go człowiek. Czułem emanującą
ciekawość. Jest wyżłobiony w skórze, ma jakąś fakturę, czy nie da się do wyczuć
pod palcami? Nie odwróciłem spojrzenia. Jarała mnie świadomość sytuacji,
wzbudzała ogień wewnątrz mnie, który trawił rozsądek.
Powiedziałem jej już kiedyś, że bogowie
nie istnieją czy to było w innej rzeczywistości? Co jest prawdziwe a co tylko
marą senną? Nie potrafiłem teraz odróżnić.
— Zmyć winy krwią, ulubione poczynanie
władców i królów. Ludzi przy władzy. Wcześniej się wahałem, ale teraz widzę, że
będziesz do nich pasowała — odkryłem, że się śmieję. Cicho, złowróżbnie. Takie
groźby nie robiły na mnie teraz żadnego wrażenia. Co więcej, nawet nie starałem
się być złośliwy, a w tonie mojego głosu nie odbijało się drugie znaczenie dla
tych słów. Były tak samo naturalne dla mnie, jak ruszanie swoimi dłońmi. Poza
tym, mówiłem także o sobie i nie było w tym grama autoironii. Wiedziałem, co
należy zrobić zanim praktycznie udało mi się świadomie o tym pomyśleć.
Nie docierały do mnie jej słowa ani
pytania. Mówiła coś, ale oszołomiony i pijany tą sytuacją nie potrafiłem
sprecyzować słów. Była zła? Smutna? Zawiedziona, wściekła? Doskonale znałem te
emocje i potrafiłem sobie z nimi radzić. Pożądanie? Nie było mi obce.
Wzrokiem pożerałem każdy zawijas na
plecach, każdy fragment skomplikowanego symbolu. W końcu jednak przeniosłem
spojrzenie wyżej, na profil dziewczyny.
— Nie spiesz się, najświętsza —
powiedziałem w końcu przez zaciśnięte gardło. Jakby ktoś zawiązał na nim
skomplikowany supeł, a mówienie zaczęło być bolesne.
Skłoniłem się, jak należało i z tymi
oschłymi słowami na ustach wyszedłem s pomieszczenia, nadal trawiony przez
emocje i wszystkie obrazy, które na pewno na długo nie opuszczą mojej głowy. Nie
czułem się w odpowiedzialności do odpowiadania na jedno z niewielu pytań, które
do mnie dotarło. Dlaczego patrzę? Odsunąłem zasłonkę i wyszedłem przez
prowizoryczne drzwi, jakie się za nią znajdowały, zamykając za sobą szczelnie.
Wyraz mojej twarzy stwardniał, spoważniał, a spojrzenie wyostrzyło się na wzór
rysów twarzy. Zostawiłem za sobą niewielkie pomieszczenie, w którym unosiły się
kłęby ciepłej pary wodnej i aż zadrżałem, kiedy moje bose stopy stanęły na drewnianej
macie, która wykładała podłogę w drugim pokoju.
Na zewnątrz było cicho, ciemno. Czułem,
jak świeże powietrze z zewnątrz przewiewa z przedsionka, gdzie nadal stała
służąca i chociaż było jeszcze ciepło – dopiero co zelżał upał, który trawił
obóz przez cały dzień – to i tak wstrząsnął mną dreszcz chłodu. W łaźni było
zdecydowanie cieplej. Opadłem na ławkę, tuż obok swoich rzeczy i rozsiadłem się
na niej wygodniej, nawet nie myśląc o tym, żeby się w coś odziać. Rozłożyłem
ramiona na oparciu, a spojrzenie wbiłem w drzwi, przez które przed chwilą
wyszedłem. Z godną zaimponowania cierpliwością czekałem, aż pojawi się w nich
znajoma sylwetka. Bez najmniejszego już ruchu po prostu czekałem. I
zastanawiałem się nad następnym krokiem. Skoro powiedziałem już pierwsze słowo,
nie mogłem teraz po prostu udawać, że nic się nie stało, że konsekwencje tego
spotkania mnie nie dotyczą. Bolesna była świadomość, że dla tej dziewczyny
mogłem stracić swoją posadę, dorobek całego swojego życia. To wszystko przez
głupie nieporozumienie? Nie było takiej możliwości.
W mojej głowie, teraz już zupełnie
chłodnej i analitycznej wręcz, układał się plan. Moja klatka piersiowa
podnosiła się i opadała miarowo, choć oddychałem ciężko.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz