Byłam szczerze skołowana, może przez to zawstydzenie jeszcze nie dało się aż tak we znaki. Nie wiedziałam, jak mam się zachować, przecież nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, że znajdę się w takiej sytuacji. W dodatku po tym, jak w lesie zrozumiałam, że moje myśli płatają mi przy nim figle. Czy bogowie bawili się moim losem? Śmiali się, widząc jak nieporadna jestem, jak nie pasuję do miejsca, w którym się znajduję, a mimo to usilnie robię co w mojej mocy, aby tutaj zostać? Wmawiam sobie, że mogę przywyknąć, odnaleźć się, wpasować. Marzę, och coraz częściej marzę, że tutaj zostanę, a tutaj... oznacza też jego. Mężczyznę, który stał przede mną i widział coś, co od dziecka kazano mi chronić. Coś, co zostało sprzedane innemu, ale ja nigdy w tym nie pośredniczyłam. W tej chwili uderzyła mnie myśl, że jestem jedynie psem w obroży, któremu mówiono, że ma lizać dłoń jednego pana, ale to nie ów pan się mną zajmował, nie on otoczył nade mną opiekę, dlaczego więc mam odtrącać dobro? Z jakiej racji?
Z myśli wytrąciły mnie słowa Nevana. Zabolały. Chciałam poprosić, by tak nie mówił, nie chcę w jego oczach pasować gdziekolwiek indziej. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie popełniłam błąd. Wszystko było nowe, niezrozumiałe, krępujące i co najważniejsze, w obliczu wpojonych mi zasad, zwyczajnie złe. Nie odpowiedziałam nic, po słowotoku teraz w mojej głowie pozostała pustka. Czułam się pożerana, kawałek po kawałeczku, a kiedy moje ciało zaczęło mocniej drżeć, kiedy poczułam, że zaraz coś we mnie diametralnie ulegnie zmianie, Nevan wyszedł. W tej chwili dotarło do mnie, że od dłuższej chwili nie oddychałam. Zachłysnęłam się więc powietrzem, przetarłam twarz dłońmi. Najświętsza... jakże okrutnie zabrzmiało to w mych uszach, gdy wypowiedział te słowo. Przecież to mój tytuł, ludzie powinni się tak do mnie zwracać.
- Ale nie on... - odpowiedziałam sobie cicho na własne pytanie, siadając normalnie, otaczając kolana ramionami, by oprzeć na nich polik. Było to tak dotkliwą prawdą, a jednocześnie niedorzeczną. W której chwili dokładnie zaczęło mi przeszkadzać to, że jestem kapłanką? Nie miałam wątpliwości, nawet teraz wiedziałam, że właśnie w tym była rzecz. Podobnie dotkliwa okazała się jeszcze jedna myśl, taka do której nie powinnam mieć prawa. Chwila w której wyszedł nie była tak wyzwalająca, jak się tego spodziewałam. Nie uspokoiła mnie, nie dała ukojenia. Bo może jakaś chora cząstka mnie chciała po prostu, by tutaj był.
Zaczęłam pospiesznie się obmywać, a twarz nadal piekła mnie żarem. Odtrąciłam od siebie niewygodne myśli i pozostały te zgoła dziewczęce. Jakiś mężczyzna widział mnie nago... jak mam mu spojrzeć w oczy? Chyba powinno być to dla mnie dużym problemem, a jednak bardziej niźli tym, martwiłam się faktem, co myślał teraz oficer. Czy był zniesmaczony? Widział mój symbol... czy uznał go za brzydki, niepotrzebny? Może przez to wspomnienie już zawsze będzie widział we mnie kapłankę? Ta myśl z kolei była jak cios w sam żołądek. Zatrzęsłam się, uderzyłam pięścią w taflę wody. Ten dzień był okropny. Wydarzyło się tak wiele, a ja o niczym nie miałam pojęcia.
W końcu wyszłam z kąpieli, wytarłam się pospiesznie, ani myśląc, by wzywać służącą. Na moje szczęście miałam już tutaj delikatną pelerynę z białego materiału. Wsunęłam ręce, przewiązałam go z przodu i niepewnie wyjrzałam zza wejścia. Był. Spodziewałam się tego, ale jednocześnie mnie to zaskoczyło. W pierwszej chwili chciałam się cofnąć, ale nie potrafiłam. Znów moje oczy płatały mi figle, ślizgając się po jego torsie. Widziałam już mężczyzn bez górnego odzienia, przecież w wojsku się to zdarzało, tylko, że teraz było inaczej. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale czułam różnicę.
- Skończyłam już - powiedziałam przyciszonym głosem, spoglądając szybko na swoje stopy. Myślałam przez moment, co zrobić i ostatecznie... ruszyłam przed siebie, by usiąść obok niego na ławce. On z przepaską, ja w szlafroku. Oboje bosi, ale czy oboje zawstydzeni? Tak bardzo chciałam w tej chwili wejść do jego głowy.
- Rozważałam opcję, aby wybiec stąd jak najszybciej, ale... - zaczęłam, zdobywając się na szczerość. Nie do końca wiedziałam, co mam powiedzieć. Ściągnęłam brwi, bawiąc się w dłoniach paskiem od szlafroka. - Chodzi o to, że... Przepraszam. - westchnęłam ostatecznie, nadal nie mówiąc zbyt głośno. Ściany miały uszy. - Gdybym nie była kapłanką, wszystko wyglądałoby inaczej, prawda? Rozumiem, że jesteś na mnie zły, dlatego... chyba będzie najłatwiej, jeśli zapomnimy, dobrze? - teraz, kiedy ta sytuacja była już z przeszłości, nawet jeśli niedalekiej, ale jednak minionej, znacznie łatwo było mi być zawstydzoną. Po prostu, dziewczęco.
Odetchnęłam w końcu głośniej, zacisnęłam usta i odwróciłam głowę w bok, aby spojrzeć mu w oczy.
- To był wypadek, wypadki się zdarzają, a ty jesteś prawym człowiekiem. Zawsze mnie ochraniasz, masz na uwadze moje dobro, och, jestem pewna, że dla bogów twoje spojrzenie nigdy nie byłoby hańbiące. Tak, wiem, jaki jest twój stosunek. Po prostu czuję - tu przyłożyłam mimochodem dłoń do własnej piersi. Chociaż nieco się wahałam, byłam czerwona, to jednak miałam wrażenie, że mówię prawdę. - Czuję, że to nie było złe. Zawsze nam wmawiano, że kapłanka, która nie zachowa wszystkiego dla swojego męża przestaje być postrzegana jako święta, ale ja... prócz zawstydzenia nie czuję, że coś się zmieniło. Nikt się o tym nie dowie, nie zrobiliśmy nic złego, prawda? Czyż oczami można zgrzeszyć? Jeśli tak, to wina w nas obojgu, bo i ja patrzyłam chętniej, niż powinnam. Więc nie martw się, Nevanie... to niczego nie zmieni, prawda? - teraz do mnie dotarło, że podczas tej wypowiedzi pochyliłam się nieco w jego kierunku, możliwe, że osaczając go lekko. Mimo to nie odwróciłam się, zbyt ciekawa jego reakcji. Czekałam na nią, jak na wyrok.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz