sobota, 18 listopada 2017

CXXII



        Nie trwało to tak długo, ile oczekiwałem. W głowie zrodziła się świadomość, że to może długo potrwać, ale teraz już, kiedy się uspokoiłem, nie przeszkadzało mi to. Byłem gotowy siedzieć tak długo, jak tylko każe mi czekać, ze swoją upartą cierpliwością wpatrując się w drzwi. Skorupa była niczym tafla wody i nie dało się ocenić, czy pod jej powierzchnią nie znajduje się rwący prąd albo niebezpieczny system podwodnych jaskiń, które stanowią śmiertelne zagrożenie. Esja jednak nie kazała mi czekać praktycznie wcale i to różniło ją od rozpuszczonych panien ze stolicy; oczywistym było, że nie wychowała się pośród nich i nie znała zasad tam się rządzących. I bez tego potrafiła zrobić wrażenie, bo jak tylko pojawiła się w drzwiach wszystkie mięśnie w moim ciele spięły się automatycznie.
        Cały do tej pory utrzymywany siłą woli spokój runął jak domek z kart postawiony na słabych fundamentach. Do momentu, w którym wyszedłem z łaźni nie zastanawiałem się o konsekwencjach tego spotkania ani żadnych innych. Nie ufałem jej, a jednak pozwalałem sięgać coraz głębiej mnie. Co więcej, Esja chętnie zaglądała w miejsca, które miały zostać zamknięte, a wszędzie gdzie ona się pojawiła, za nią niczym dwa markotne cienie włóczyły się dwa różne rodzaje emocji. A jeden był od drugiego niebezpieczniejszy.
        Miałem nadzieję, że wyjdzie i ucieknie, a przy następnym spotkaniu po prostu udam, że nic się wydarzyło, ale moje nadzieje prysnęły niczym bańka mydlana. Usiadłem nieco wygodniej, poruszając się pierwszy raz odkąd zająłem to miejsce. Moje pośladki buntowały się przeciw twardym deskom ławki, a mięśnie zaszczypały. Zerknąłem w bok, na nią, kiedy usiadła obok.
        Skinąłem najpierw głową. Zapomnieć. O to chodziło. Nie naprostowałem, że na próżno byłoby szukać we mnie złości. Uniosłem jednak brwi, założenie, że to był koniec jej przemowy okazało się mylne. Nawet nie zastanawiałem się nad tym, co odpowiedzieć.
        — Jestem heterykiem. Możliwe, że powieszono by mnie za to znacznie chętniej, niż to idzie w zgodzie z prawem. — Mój głos również był ściszony, podobnie jak jej. Miałem świadomość, że służąca nadal stoi u wejścia do łaźni i teraz wychodzi z siebie, żeby usłyszeć, o czym rozmawiamy. Była zagrożeniem, z którego zdawałem sobie sprawę. Dawno przestałem być dzieckiem, które wierzyło, że dobrocią serca i dobrymi chęciami można rozwiązać wszystkie problemy. — Skoro już znasz ten stan rzeczy, czymże w jego świetle jest nasze spotkanie w łaźni? Muszę ci zaufać, bo nie mam innego wyjścia, skoro masz w dłoniach tak wielką wiedzę gotową poprowadzić mnie na stryczek. Muszę zaufać ci do końca życia i wierzyć, że ten koniec nie przyjdzie na mnie z twoich dłoni — dopowiedziałem kwaśno, zauważając, że chce coś powiedzieć jedynie podniosłem nieco dłoń. Ramiona nadal opierałem za sobą, dłoń teraz była bardzo blisko Esji. — Nie przysięgaj, nie obiecuj, nawet nic nie mów. Nie wiesz, w jakiej pozycji postawi cię życie. Wolę tego nie słyszeć, żeby później nie musieć sobie pluć w brodę za wszystkie te decyzje. Czy złe, czas pokaże. Ale co ważniejsze, zaufałem ci nie tylko z konieczności. Taka była moja świadoma decyzja.
        Zdobycie się na te słowa nie było łatwe. Wiedziałem, że wraz z nimi nakładam na siebie ciężar odpowiedzialności, którego już nigdy nie uda mi się zdjąć z ramion. Dopóki żyję będę miał świadomość, że Esja obdarła mnie z murów obronnych, wspięła się na flanki i gotowa by była, jeśli by zechciała, zaatakować to cenne miejsce, do którego miała dostęp.
        Cisza trawiła nas niezbyt długo. Czułem, że wewnątrz mnie pęka tama, która wstrzymywała ogromne pokłady wody. Co znaczy to spotkanie w łaźni, mój wzrok sunący po czymś, czego nie powinienem oglądać? Ile jest w tym szczerych emocji, a ile fascynacji, chorej, niezdrowej, zdrożnej? Ile myśli pochodzących ode mnie, a ile włożonych w moją głowę przez widok jasnego, nagiego ciała zdobionego skomplikowanym znakiem? Czułem doskonale, że oboje weszliśmy na tereny, na których nie ma już żadnej dobrej, jednoznaczniej odpowiedzi.
        Podniosłem się powoli, usiadłem prosto, wygodniej i przechyliłem głowę w stronę Esji. Była blisko, okryta jedynie cienkim materiałem. Fascynacja osłabła na tyle, żebym poczuł ciężar niezręczności tej sytuacji.
        — To nic nie zmienia — powiedziałem poważnie, ściszonym głosem; niemal szeptem. Położyłem swoją dłoń na jej dłoni, którą trzymała na swojej klatce piersiowej. Wyczułem słabo bicie jej serca i ciepło jej ciała wymoczonego w gorącej wodzie nasączonej olejkami wonnymi. Pachniała czymś bezpiecznym, ciepłym. A jednocześnie wydawała się rozbita i to wznieciło we mnie potrzebę, żeby złożyć ją ponownie w całość. W to, kim chciałem, żeby była. Silną, nieugiętą kobietą, która nie da się prowadzić przez innych i ich spiski, świadomą sytuacji w kraju, gospodarczej i wojennej. — Tym różnią się ludzie, którym nie bogowie dyktują warunki. Mogą decydować o tym, czego chcą… Kogo chcą — dodałem jeszcze ciszej zdobywając się tutaj na zdrożną dwuznaczność, która w towarzystwie Esji zaczęła mnie wyjątkowo zajmować. Zmrużyłem oczy i nachyliłem się do niej, podobnie jak ona do mnie. — Ale nie powinnaś się martwić. Nikt tu nie obedrze cię ze swojej świętości, bo będę cię chronić aż do czasu, kiedy sama będziesz potrafiła robić to sprawniej.
        Odsunąłem się, czując jak ogarnia mnie chłód. Nie tylko przez wzgląd na nagie ciało – a raczej w ogóle nie przez to. Wyprostowałem się i odwróciłem przodem do dziewczyny, która siedziała teraz naprzeciwko mnie. I co mam teraz z tobą zrobić?, miałem ochotę zapytać. Zamiast tego przechyliłem głowę na bok. Czy miałem już świadomość, że nasza relacja zaczyna schodzić z oczywistych torów, które na nią wyznaczyłem własnoręcznie? Czy wiedziałem, jak daleko poza nimi obecnie się znajdujemy?
        — To tylko pomyłka. Wypadek. Nawet prawie nic nie widziałem — zapewniłem, przy ostatnim zdaniu uśmiechając się kpiąco, z zaostrzonym wyrazem twarzy, nieco teatralnie. Kłamstwo nie miało być w moim założeniu dobrze ukryte. — Ten znak… — zacząłem, zakładając dłonie na klatce piersiowej. Chciałem zbadać, czy poruszanie tego tematu jest dobrym pomysłem. W końcu jednak zacisnąłem mocniej usta. — Jest piękny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/