Nie trwało to tak długo, ile
oczekiwałem. W głowie zrodziła się świadomość, że to może długo potrwać, ale
teraz już, kiedy się uspokoiłem, nie przeszkadzało mi to. Byłem gotowy siedzieć
tak długo, jak tylko każe mi czekać, ze swoją upartą cierpliwością wpatrując
się w drzwi. Skorupa była niczym tafla wody i nie dało się ocenić, czy pod jej
powierzchnią nie znajduje się rwący prąd albo niebezpieczny system podwodnych
jaskiń, które stanowią śmiertelne zagrożenie. Esja jednak nie kazała mi czekać
praktycznie wcale i to różniło ją od rozpuszczonych panien ze stolicy;
oczywistym było, że nie wychowała się pośród nich i nie znała zasad tam się rządzących.
I bez tego potrafiła zrobić wrażenie, bo jak tylko pojawiła się w drzwiach
wszystkie mięśnie w moim ciele spięły się automatycznie.
Cały do tej pory utrzymywany siłą woli
spokój runął jak domek z kart postawiony na słabych fundamentach. Do momentu, w
którym wyszedłem z łaźni nie zastanawiałem się o konsekwencjach tego spotkania
ani żadnych innych. Nie ufałem jej, a jednak pozwalałem sięgać coraz głębiej
mnie. Co więcej, Esja chętnie zaglądała w miejsca, które miały zostać
zamknięte, a wszędzie gdzie ona się pojawiła, za nią niczym dwa markotne cienie
włóczyły się dwa różne rodzaje emocji. A jeden był od drugiego niebezpieczniejszy.
Miałem nadzieję, że wyjdzie i ucieknie,
a przy następnym spotkaniu po prostu udam, że nic się wydarzyło, ale moje
nadzieje prysnęły niczym bańka mydlana. Usiadłem nieco wygodniej, poruszając
się pierwszy raz odkąd zająłem to miejsce. Moje pośladki buntowały się przeciw
twardym deskom ławki, a mięśnie zaszczypały. Zerknąłem w bok, na nią, kiedy
usiadła obok.
Skinąłem najpierw głową. Zapomnieć. O
to chodziło. Nie naprostowałem, że na próżno byłoby szukać we mnie złości.
Uniosłem jednak brwi, założenie, że to był koniec jej przemowy okazało się
mylne. Nawet nie zastanawiałem się nad tym, co odpowiedzieć.
— Jestem heterykiem. Możliwe, że
powieszono by mnie za to znacznie chętniej, niż to idzie w zgodzie z prawem. —
Mój głos również był ściszony, podobnie jak jej. Miałem świadomość, że służąca
nadal stoi u wejścia do łaźni i teraz wychodzi z siebie, żeby usłyszeć, o czym
rozmawiamy. Była zagrożeniem, z którego zdawałem sobie sprawę. Dawno przestałem
być dzieckiem, które wierzyło, że dobrocią serca i dobrymi chęciami można
rozwiązać wszystkie problemy. — Skoro już znasz ten stan rzeczy, czymże w jego
świetle jest nasze spotkanie w łaźni? Muszę ci zaufać, bo nie mam innego
wyjścia, skoro masz w dłoniach tak wielką wiedzę gotową poprowadzić mnie na
stryczek. Muszę zaufać ci do końca życia i wierzyć, że ten koniec nie przyjdzie
na mnie z twoich dłoni — dopowiedziałem kwaśno, zauważając, że chce coś
powiedzieć jedynie podniosłem nieco dłoń. Ramiona nadal opierałem za sobą, dłoń
teraz była bardzo blisko Esji. — Nie przysięgaj, nie obiecuj, nawet nic nie
mów. Nie wiesz, w jakiej pozycji postawi cię życie. Wolę tego nie słyszeć, żeby
później nie musieć sobie pluć w brodę za wszystkie te decyzje. Czy złe, czas
pokaże. Ale co ważniejsze, zaufałem ci nie tylko z konieczności. Taka była moja
świadoma decyzja.
Zdobycie się na te słowa nie było
łatwe. Wiedziałem, że wraz z nimi nakładam na siebie ciężar odpowiedzialności,
którego już nigdy nie uda mi się zdjąć z ramion. Dopóki żyję będę miał
świadomość, że Esja obdarła mnie z murów obronnych, wspięła się na flanki i
gotowa by była, jeśli by zechciała, zaatakować to cenne miejsce, do którego
miała dostęp.
Cisza trawiła nas niezbyt długo.
Czułem, że wewnątrz mnie pęka tama, która wstrzymywała ogromne pokłady wody. Co
znaczy to spotkanie w łaźni, mój wzrok sunący po czymś, czego nie powinienem
oglądać? Ile jest w tym szczerych emocji, a ile fascynacji, chorej, niezdrowej,
zdrożnej? Ile myśli pochodzących ode mnie, a ile włożonych w moją głowę przez
widok jasnego, nagiego ciała zdobionego skomplikowanym znakiem? Czułem
doskonale, że oboje weszliśmy na tereny, na których nie ma już żadnej dobrej,
jednoznaczniej odpowiedzi.
Podniosłem się powoli, usiadłem prosto,
wygodniej i przechyliłem głowę w stronę Esji. Była blisko, okryta jedynie
cienkim materiałem. Fascynacja osłabła na tyle, żebym poczuł ciężar
niezręczności tej sytuacji.
— To nic nie zmienia — powiedziałem
poważnie, ściszonym głosem; niemal szeptem. Położyłem swoją dłoń na jej dłoni,
którą trzymała na swojej klatce piersiowej. Wyczułem słabo bicie jej serca i
ciepło jej ciała wymoczonego w gorącej wodzie nasączonej olejkami wonnymi.
Pachniała czymś bezpiecznym, ciepłym. A jednocześnie wydawała się rozbita i to
wznieciło we mnie potrzebę, żeby złożyć ją ponownie w całość. W to, kim
chciałem, żeby była. Silną, nieugiętą kobietą, która nie da się prowadzić przez
innych i ich spiski, świadomą sytuacji w kraju, gospodarczej i wojennej. — Tym
różnią się ludzie, którym nie bogowie dyktują warunki. Mogą decydować o tym,
czego chcą… Kogo chcą — dodałem jeszcze ciszej zdobywając się tutaj na zdrożną
dwuznaczność, która w towarzystwie Esji zaczęła mnie wyjątkowo zajmować.
Zmrużyłem oczy i nachyliłem się do niej, podobnie jak ona do mnie. — Ale nie
powinnaś się martwić. Nikt tu nie obedrze cię ze swojej świętości, bo będę cię
chronić aż do czasu, kiedy sama będziesz potrafiła robić to sprawniej.
Odsunąłem się, czując jak ogarnia mnie
chłód. Nie tylko przez wzgląd na nagie ciało – a raczej w ogóle nie przez to.
Wyprostowałem się i odwróciłem przodem do dziewczyny, która siedziała teraz
naprzeciwko mnie. I co mam teraz z tobą zrobić?, miałem ochotę zapytać. Zamiast
tego przechyliłem głowę na bok. Czy miałem już świadomość, że nasza relacja
zaczyna schodzić z oczywistych torów, które na nią wyznaczyłem własnoręcznie?
Czy wiedziałem, jak daleko poza nimi obecnie się znajdujemy?
— To tylko pomyłka. Wypadek. Nawet
prawie nic nie widziałem — zapewniłem, przy ostatnim zdaniu uśmiechając się
kpiąco, z zaostrzonym wyrazem twarzy, nieco teatralnie. Kłamstwo nie miało być
w moim założeniu dobrze ukryte. — Ten znak… — zacząłem, zakładając dłonie na
klatce piersiowej. Chciałem zbadać, czy poruszanie tego tematu jest dobrym
pomysłem. W końcu jednak zacisnąłem mocniej usta. — Jest piękny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz