poniedziałek, 20 listopada 2017

CXXVI



        Często zdarzało mi się ostatnio zapominać, że Esja jest tak naprawdę dzieckiem, jeśli chodzi o kontakty społeczne, zwłaszcza te między mężczyznami i mężczyznami a kobietami. Że nie rozumie do końca, choć pewnie bardzo by chciała, dlaczego pewne rzeczy dzieją się tak a nie inaczej. Może zawiść, podstęp, złe motywy działa są jej obce, a tak pełno ich w żołnierskim obozie. Nie czułem jednak w stosunku do niej litości, że nie rozumiała zachowania Eliaha. Bardziej uznałem za cenne to, jak krystalicznie potrafi patrzeć na innych ludzi. Z jakim zaufaniem patrzy na mnie, choć niczym sobie na to względem niej nie zasłużyłem. Zrobiło mi się też nieco przykro. Ta emocja towarzyszyła mi szczególnie rzadko, niemal nigdy. Nie było mi smutno nawet w momentach, kiedy musiałem obserwować masakrę na polu bitwy, wieszane kobiety i krzyk ich dzieci spod szubienicy, całe stosy niesprawiedliwości na tym świecie. A jednak wiedza, że ktoś wrzucił prosto do tego kotła istotę taką, jak Esja… Zadarłem spojrzenie na korony drzew, ponad którymi się wznosiliśmy. A później na sylwetki pagórków i gór, jasne, bezchmurne niebo zapowiadające kolejne dni suszy i ogromnych upałów.
        Zdawałem sobie sprawę… Och, od zawsze wiedziałem, że mówienie szczerze przynosi na nas konsekwencje, których nie chcemy ponosić. Które są miażdżące, ciężkie. Ogromne. Celowo nie popatrzyłem w kierunku Esji, której usta znowu się poruszyły. Nie miałem odpowiedzi na to pytanie. Nie było na nie dobrej odpowiedzi.  Mimo wszystko ona wcale nie zamierzała się zatrzymywać, a zasiana we mnie wcześniej nostalgia teraz powoli przeobrażała się w inne, bardziej negatywne uczucie.
        Przez chwilę nie ruszałem się nawet o włos. Wstrzymałem dużą ilość powietrza w płucach, ale kolejne pytania padały niczym oskarżenia i czułem, że bariera, granica, tama, to wszystko puszcza w szwach niczym stara lniana koszula, którą ktoś nałożył na zbyt wielkiego człowieka.
        — Jak mogę chcieć opuścić obóz? — powtórzyłem słowo po słowie, cicho, powoli; złowróżbnie. Odwróciłem na nią spojrzenie złych, czerwonych tęczówek, ona także nie odwróciła wzroku. Przez dłuższą chwilę mierzyliśmy się w niemym pojedynku, zaskakująco równym. Czułem, jak delikatnie trzęsie mi się dłoń, mocno zaciskana na kamiennym murze ochronny.
        W końcu na moich ustach pojawił się uśmiech. Zły, niewesoły. Kpiący i groźny. Górowałem nad nią nawet bez imponujących rozmiarów zbroi, a i tak byliśmy sobie w metaforycznym sensie równi. Wiedziałem… Gdzieś w głębi musiałem sobie zdawać sprawę z tego, że ta chwila nadejdzie. Kiedy dziewczyna będzie już sądziła, że ma nade mną jakąkolwiek siłę panowania. I pozwoliłem jej na to, zupełnie naiwnie i dobrowolnie.
        Minął nas mały oddział złożony z trzech żołnierzy, pośpiesznie się ukłonili, a później zniknęli za wieżą strażniczą.
        Kiedy na powrót zostaliśmy sami, zauważyłem, że coś się zmieniło w tym małym układzie. Gniew, nagły niczym porywisty wiatr, kapryśny jak zwykle o tej porze roku, ucichł, zmalał. Nie potrafiłem być zły na nią za swoje własne błędy. Za daleko już byliśmy, żebym sobie na to pozwolił.
        — Możesz spaść, jeśli takiego końca pragniesz. Odwrócę się i odejdę, a wtedy nikt nie zdąży cię złapać, roztrzaskasz się na skałach na dole. Ale oboje wiemy, że to się nie stanie. Że jesteśmy zbyt silni, żeby tak łatwo się poddać, żeby kłaść swoje życie na szali z przeciwwagą o tak małym znaczeniu. Oboje musimy żyć, bo dlatego przetrwaliśmy. Nie po to, żeby ktoś zbierał nasze resztki z chodnika dla straży — mój głos był zadziwiająco nawet dla mnie spokojny. Nie odwracałem wzroku z jej jasnych, wyblakłych w tym jasnym świetle słońca oczu. — To wyjątkowo niegrzeczne, stawiać komuś o tyle od ciebie starszemu podobne zarzuty.
        W uśmiechu błysnęły na moment moje zęby, a to była wyłącznie gra. Maska dla tego, że wiedziałem, ze ma rację. To ostatnie miejsce, w którym nasze losy się przetną.
        — Oboje wiedzieliśmy od początku, jaki czeka nas los. Jesteśmy razem tylko do momentu, w którym mogę cię jeszcze czegoś nauczyć. Rada naciska, żeby wysłać cię do stolicy czym prędzej, ale wszystkie wysiłki spełzają na panewce, dopóki muszą spierać się z księciem, który usilnie stara się ciebie tutaj zatrzymać. — Oparłem wyprostowane ramiona na ścianie, oderwałem spojrzenie od dziewczyny. — Razem z jego wyjazdem, jednak… — zawiesiłem głos. Nie musiałem kończyć. Data nie była mi znajoma, ale byłem pewny, że Esja rozumie, co przez to chciałem powiedzieć.
        Dlatego chciałem opuścić obóz. Wiedza, że zostanę tu, kiedy wyślą ją do stolicy miażdżyła mnie, prowokowała chęć walki z tym systemem. Dawała podstawy, żeby zachowywać się poza granicami rozsądku, podważać wszystko, co już osiągnąłem i do czego udało mi się dojść. To było niebywale niebezpieczne i nie zamierzałem poświęcić dla tego swojej kariery. Nie dla kobiety. Niezależnie, kim była, wojsko znaczyło dla mnie więcej. Było powodem, dla którego jeszcze chodziłem po tej ziemi, celem i sensem mojego życia.
        Gdyby udało mi się wyjechać na jedną z misji, na które rada czasem wysyła oddziały zaufanych ludzi, udałoby mi się o niej zapomnieć. Byłem tego pewny. Zamiast jej wytłumaczyć to wszystko, mocniej zaciskałem palce na kamiennej ścianie.
        — Jeśli mam pozwolić ci stąd wyjechać, powinnaś być na to przygotowana. Dlaczego nie jesteś na lekcji jazdy konnej albo tańca? Skoro masz tyle czasu wolnego, żeby gadać o tych bzdurach, na pewno przyda ci się dodatkowy trening szermierki po zmroku — fuknąłem, obracając się do niej plecami. To było asekuracyjnie bezpieczne. Chłodna maska profesjonalizmu może potrafiłaby ochłodzić jej zapał. Przypomnieć, że nie jesteśmy tu oboje dla przyjemności, a dni, które przyjdzie nam spędzić jeszcze razem są szybkie do policzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/