Często zdarzało mi się ostatnio
zapominać, że Esja jest tak naprawdę dzieckiem, jeśli chodzi o kontakty społeczne,
zwłaszcza te między mężczyznami i mężczyznami a kobietami. Że nie rozumie do
końca, choć pewnie bardzo by chciała, dlaczego pewne rzeczy dzieją się tak a
nie inaczej. Może zawiść, podstęp, złe motywy działa są jej obce, a tak pełno
ich w żołnierskim obozie. Nie czułem jednak w stosunku do niej litości, że nie
rozumiała zachowania Eliaha. Bardziej uznałem za cenne to, jak krystalicznie
potrafi patrzeć na innych ludzi. Z jakim zaufaniem patrzy na mnie, choć niczym
sobie na to względem niej nie zasłużyłem. Zrobiło mi się też nieco przykro. Ta
emocja towarzyszyła mi szczególnie rzadko, niemal nigdy. Nie było mi smutno
nawet w momentach, kiedy musiałem obserwować masakrę na polu bitwy, wieszane
kobiety i krzyk ich dzieci spod szubienicy, całe stosy niesprawiedliwości na
tym świecie. A jednak wiedza, że ktoś wrzucił prosto do tego kotła istotę taką,
jak Esja… Zadarłem spojrzenie na korony drzew, ponad którymi się wznosiliśmy. A
później na sylwetki pagórków i gór, jasne, bezchmurne niebo zapowiadające
kolejne dni suszy i ogromnych upałów.
Zdawałem sobie sprawę… Och, od zawsze
wiedziałem, że mówienie szczerze przynosi na nas konsekwencje, których nie
chcemy ponosić. Które są miażdżące, ciężkie. Ogromne. Celowo nie popatrzyłem w
kierunku Esji, której usta znowu się poruszyły. Nie miałem odpowiedzi na to
pytanie. Nie było na nie dobrej odpowiedzi.
Mimo wszystko ona wcale nie zamierzała się zatrzymywać, a zasiana we
mnie wcześniej nostalgia teraz powoli przeobrażała się w inne, bardziej negatywne
uczucie.
Przez chwilę nie ruszałem się nawet o
włos. Wstrzymałem dużą ilość powietrza w płucach, ale kolejne pytania padały
niczym oskarżenia i czułem, że bariera, granica, tama, to wszystko puszcza w
szwach niczym stara lniana koszula, którą ktoś nałożył na zbyt wielkiego
człowieka.
— Jak mogę chcieć opuścić obóz? —
powtórzyłem słowo po słowie, cicho, powoli; złowróżbnie. Odwróciłem na nią
spojrzenie złych, czerwonych tęczówek, ona także nie odwróciła wzroku. Przez
dłuższą chwilę mierzyliśmy się w niemym pojedynku, zaskakująco równym. Czułem,
jak delikatnie trzęsie mi się dłoń, mocno zaciskana na kamiennym murze
ochronny.
W końcu na moich ustach pojawił się uśmiech.
Zły, niewesoły. Kpiący i groźny. Górowałem nad nią nawet bez imponujących
rozmiarów zbroi, a i tak byliśmy sobie w metaforycznym sensie równi. Wiedziałem…
Gdzieś w głębi musiałem sobie zdawać sprawę z tego, że ta chwila nadejdzie.
Kiedy dziewczyna będzie już sądziła, że ma nade mną jakąkolwiek siłę panowania.
I pozwoliłem jej na to, zupełnie naiwnie i dobrowolnie.
Minął nas mały oddział złożony z trzech
żołnierzy, pośpiesznie się ukłonili, a później zniknęli za wieżą strażniczą.
Kiedy na powrót zostaliśmy sami,
zauważyłem, że coś się zmieniło w tym małym układzie. Gniew, nagły niczym
porywisty wiatr, kapryśny jak zwykle o tej porze roku, ucichł, zmalał. Nie
potrafiłem być zły na nią za swoje własne błędy. Za daleko już byliśmy, żebym
sobie na to pozwolił.
— Możesz spaść, jeśli takiego końca
pragniesz. Odwrócę się i odejdę, a wtedy nikt nie zdąży cię złapać,
roztrzaskasz się na skałach na dole. Ale oboje wiemy, że to się nie stanie. Że
jesteśmy zbyt silni, żeby tak łatwo się poddać, żeby kłaść swoje życie na szali
z przeciwwagą o tak małym znaczeniu. Oboje musimy żyć, bo dlatego
przetrwaliśmy. Nie po to, żeby ktoś zbierał nasze resztki z chodnika dla straży
— mój głos był zadziwiająco nawet dla mnie spokojny. Nie odwracałem wzroku z
jej jasnych, wyblakłych w tym jasnym świetle słońca oczu. — To wyjątkowo
niegrzeczne, stawiać komuś o tyle od ciebie starszemu podobne zarzuty.
W uśmiechu błysnęły na moment moje
zęby, a to była wyłącznie gra. Maska dla tego, że wiedziałem, ze ma rację. To
ostatnie miejsce, w którym nasze losy się przetną.
— Oboje wiedzieliśmy od początku, jaki
czeka nas los. Jesteśmy razem tylko do momentu, w którym mogę cię jeszcze
czegoś nauczyć. Rada naciska, żeby wysłać cię do stolicy czym prędzej, ale
wszystkie wysiłki spełzają na panewce, dopóki muszą spierać się z księciem,
który usilnie stara się ciebie tutaj zatrzymać. — Oparłem wyprostowane ramiona
na ścianie, oderwałem spojrzenie od dziewczyny. — Razem z jego wyjazdem, jednak…
— zawiesiłem głos. Nie musiałem kończyć. Data nie była mi znajoma, ale byłem
pewny, że Esja rozumie, co przez to chciałem powiedzieć.
Dlatego chciałem opuścić obóz. Wiedza,
że zostanę tu, kiedy wyślą ją do stolicy miażdżyła mnie, prowokowała chęć walki
z tym systemem. Dawała podstawy, żeby zachowywać się poza granicami rozsądku,
podważać wszystko, co już osiągnąłem i do czego udało mi się dojść. To było
niebywale niebezpieczne i nie zamierzałem poświęcić dla tego swojej kariery.
Nie dla kobiety. Niezależnie, kim była, wojsko znaczyło dla mnie więcej. Było
powodem, dla którego jeszcze chodziłem po tej ziemi, celem i sensem mojego
życia.
Gdyby udało mi się wyjechać na jedną z
misji, na które rada czasem wysyła oddziały zaufanych ludzi, udałoby mi się o
niej zapomnieć. Byłem tego pewny. Zamiast jej wytłumaczyć to wszystko, mocniej
zaciskałem palce na kamiennej ścianie.
— Jeśli mam pozwolić ci stąd wyjechać,
powinnaś być na to przygotowana. Dlaczego nie jesteś na lekcji jazdy konnej
albo tańca? Skoro masz tyle czasu wolnego, żeby gadać o tych bzdurach, na pewno
przyda ci się dodatkowy trening szermierki po zmroku — fuknąłem, obracając się
do niej plecami. To było asekuracyjnie bezpieczne. Chłodna maska
profesjonalizmu może potrafiłaby ochłodzić jej zapał. Przypomnieć, że nie
jesteśmy tu oboje dla przyjemności, a dni, które przyjdzie nam spędzić jeszcze
razem są szybkie do policzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz