Atmosfera uległa zmianie, dało się to wyczuć bez specjalnego próbowania. Poza tym świadczyła też o tym mina mężczyzny, uśmiech, którego oglądać nie chciałam i który sprawił, że straciłam na pewności siebie. Mimo to nie chciałam tak łatwo odstąpić, ulec, poddac się i pochylić kark. Słuchałam w skupieniu jego słów, opisu niezbyt przyjemnej, hipotetycznej śmierci, jaką miałabym zakończyć swoje życie. Kiedy już myślałam, że coś się we mnie złamie, odnalazłam dziwne światełko. Być może światełko, którego on sam nigdy nie zamierał zawierać w swojej wypowiedzi. Wystarczyło to, że zaczął używać liczby mnogiej. Dlaczego to zrobił? Miał w tym zamiar, czy wyszło mu to przypadkowo? Jeśli było to jego pomyłką, to trudno, bo nadzieja się we mnie tliła, a chęć przynależności grzała się w tym słabym płomieniu. Właśnie z tego powodu uwaga o tym, jakoby ja dopuściłam się jakiejś niegrzeczności nie zrobiła na mnie wrażenia.
Fakt, był ode mnie starszy. Prawdę mówiąc czasami o tym zapomniałam. Nie skłamię, jeśli powiem, że to ja przy nim czułam się dojrzalej. Chyba to było największą przyczyną mojego postrzegania go, jako kogoś, kto jest mi równy. Pewnie nie było to z mojej strony dobre, ale on sam uczył mnie o tym, jaką władzę posiadam, jaką siłę daje mi tytuł. Mógł mieć więc pretensje do siebie, że uczeń sztuczek nauczyciela zaczyna używać przeciw niemu. Ostatecznie nigdy nie miałam na celu zrobienie czegokolwiek złego. Moim grzechem było przywiązanie, ale nie tak jak przypuszczałam, jedynie do tego miejsca, tylko również do niego, przerażającego człowieka o piekielnych oczach, który nie mroził już krwi w moich żyłach, a wręcz przeciwnie.
Tak, jak moja nadzieja się narodziła, tak Nevan zabił ją ponownie. Potrafił doskonale dobierać słowa, mieszać w głowie, a potem finalnie osiągać to, czego chciał. Był w tym sprytny, a miejscami okrutny, ale nie mogłam być pewna, że to akurat było jego zamiarem. Może, gdybyśmy grali w otwarte karty, to wszystko wyglądałoby inaczej. Tymczasem udajemy, że pokazujemy sobie wszystko, ale pod stołem i w rękawach każde chowa po kilka perełek. Tak długo, jak nasza relacja taka będzie, nie możemy mówić o znaniu siebie naprawdę i wiem, że nigdy się to nie zmieni. Jedynie obłudnie wmawiam sobie coś, czego pragnę mimo, iż mi nie wolno. Pragnienie to, karmiona kilkoma aktami przyjaźni ze strony tego mężczyzny przejęło mój zdrowy rozsądek. Możliwe, że sama przyzwoliłam na to, aby żyć w w nieprawdzie, bo sama kłamstwem nigdy tego nie nazwę. To zbyt brzydkie słowo, nieadekwatne na piękna, jakie pielęgnowałam w myślach.
- Jeśli lekcje zbliżają mnie do wyjazdu, to nie zachęcasz mnie do nich - wydawało mi się, że rozumiem zamiar Nevana. Zapewne był szczodry, odwrócenie uwagi, uspokojenie. Mimo to czułam się, jak popękane lustro. Niby w całości, niby każdy fragment na swoim miejscu, a jednak nigdy nie sprawdzi się już w swojej roli. Będzie jedynie cieniem tego, czym było przed uszkodzeniem. - Jednak łatwiej jest wyjechać z miejsca, w którym nic ciebie nie trzyma, niż z takiego, w którym twa obecność jest pożądana - dodałam i skinęłam lekko. Nie zamierałam mówić nic więcej. Taki był mój zamiar, ale jak odeszłam kilka kroków, nie wytrzymałam i odwróciłam się jeszcze do niego, przez ramię i mimo całych negatywnych emocji, z uśmiechem.
- Dziękuję oficerze, ta rozmowa wiele mi wyjaśniła - po tym nie powiedziałam już nic. Skierowałam się do pierwszych schodów i tak jak chciał mężczyzna, oddałam się treningom.
***
Dni mijały, starałam się jak mogłam, by nie było po mnie widać zmartwienia. Od czasu naszej rozmowy z Nevanem obiecałam sobie, że wezmę się w garść. Przypomnę sobie o swojej roli, o tym, kim jestem. Częściej odwiedzałam chore kapłanki, modliłam się i wiedziałam, że się już nie obudzą. Od Eliaha dowiedziałam się, że przyszły oficjalne rozkazy, że wyjeżdżają z obozu. Bolało i to tak bardzo, że nie mogłam płakać, a bardzo chciałam przepłakać całą noc. Mimo to wstałam i nie dałam po sobie poznać nic. Poszłam na treningi, pochwalona przez Freyę zrozumiałam, że nigdy nie będę miała już okazji, by pokazać Nevanowi czego nauczyła mnie tancerka. Ona jednak zaznaczała, że mój mąż na pewno będzie rad z takich zdolności, a i może ja sama będę umiała go urobić. Czas więc mijał nieubłaganie, a dookoła wszystko nie bylo już takie, jak na początku. Kiedy już myślałam, że wszystko jest przesądzone, stała się rzecz, której chyba nikt się nie spodziewał...
- ILEŻ DNI JESZCZE MAMY ZNOSIĆ JEJ OBECNOŚĆ?! PANOSZY SIĘ, PO MĘSKU UBRANA, NIE TAK WINNA WYGLĄDAĆ KAPŁANKA! GORSZY WOJAKÓW, ZAPOMNIAŁA CHYBA, GDZIE JEJ MIEJSCE! - stałam jak wryta, między namiotami był niemały tłum. Dostrzegłam w nim Eliaha, on wraz z Lancem zbladł, jak tylko mnie zobaczyli. W jednej chwili znaleźli się obok, ten drugi pociągnął mnie za ramię, pierwszy popchnął plecy i pochylił się nad moim ramieniem, nakazując, abym szła przed siebie.
- O co chodzi? O czym ten człowiek mówi? - zapytałam, ale żaden z nich mi nie odpowiedział. Po prostu mnie pospieszali. Następnego dnia skończyła się moja rzekoma wolność, po obozie spacerowałam już tylko z obstawą. Nikt nic mi nie wyjaśnił, aż nie minęły kolejne dwa dni i wezwano mnie na naradę. Byli tam dowódcy, wyraźnie poruszeni, a moje pojawienie chyba przerwało im głośną debatę.
Dowiedziałam się wszystkiego. W obozie znalazła się grupa podważająca moją świętość, jak i decyzję, abym nadal została w obozie. Wiem, że najbardziej dosadnych informacji mi nie powiedzieli. Rozmowy trwały długo, niewiele wolno mi było w nich zabrać głosu, ale wyrok był najmilszym, jaki usłyszałam od dawna. Miałam jechać z ludźmi Nevana. Na front, gdzie inny oddział, nieskażony poglądami grupy głupców odwiezie mnie do stolicy. Z trudem ukryłam radość, a co najdziwniejsze byłam wdzięczna temu heretykowi za obrażanie mojej osoby.
Los zakpił ze mnie na dzień przed planowanym wyjazdem. Kładłam się spać, kiedy oznajmiono mi, że do mego namiotu przybył Azir. Unikałam go jak mogłam przez ostatnie dni, a teraz oto stał przede mną, wodząc wzrokiem po sylwetce odzianej w koszulę i długą pelerynę.
- Pani... Esjo moja, powiedz, jak się trzymasz? - odezwał się po chwili ciszy. Przygryzłam dolną wargę, nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Bałam się go, ale przecież nie zrobi mi tu nic.
- Dobrze, mój panie, dziękuję za troskę, jednak jest ona niepotrzebna - zdobyłam się na uśmiech. Nauczyłam się już, że nie odróżnia on szczerego, od tego, którym go teraz raczyłam. - A teraz, wybacz, lecz chciałabym udać się na spoczynek. Jutro opuszczam obóz z oddziałem oficera Tealvasha - przypomniałam, dając do zrozumienia, że ma już wyjść. On jednak zmienił się. Twarz mu spochmurniała, zauważyłam nawet, jak zaciska szczękę. Zreflektował się dopiero po chwili.
- Właśnie! - zawołał i pozwolił sobie na przejście kilku bezcelowych kroków po moim namiocie. - Nie mogę uwierzyć, że każą kapłance podróżować w takich warunkach. Z resztą nie obawiaj się! Powiem służącej, żeby ciebie rano nie budziła, jeśli przyjdą żołnierze Tealvasha, wyjaśni, że to mój rozkaz. Masz wypocząć, a po jutrze wraz z mym orszakiem ruszysz do stolicy - oznajmił.
Stanęłam, jak wryta i na nic były słowa protestu, że nie trzeba... kiedy mnie zostawił, nie mogłam zasnąć. Siedziałam patrząc w ściankę namiotu. Emocje mną targały, raz rozpacz, raz złość, smutek, obojętność... tak wiele różnych odsłon, aż w końcu zauważyłam, że dookoła zaczyna się robić poruszenie. Ile godzin nie spałam? Wyjrzałam przez kotarę... było widno. Odział miał mieć wymarsz z samego rana.
Nie wiem, co mną kierowało, gdy w pośpiechu się ubierałam. Musiałam tutaj przybyć nim pojawi się służka. Sama pójść do Eliaha, nim on przybędzie tutaj po mnie. Musiałam... wszystkich oszukać.
Czy miałam wyrzuty sumienia? Owszem. Nie przeczę. Silniejsza była jednak potrzeba, aby dopełnić swojego planu, tylko, że równocześnie cała się trzęsłam na myśl, że zostanę złapana. Nigdy w życiu nie robiłam czegoś takiego. Miałam o to okłamać cały oddział Tealvasha i wykiwać poniekąd księcia Azira. Powiem jednak, że mnie obudzono, a ja nie chciałam robić księciu problemów. Tak, właśnie tak powiem. Z resztą... w namiocie zostawiłam list, który wyjaśniał, że jako prosta kapłanka nie zamierzałam korzystać ze specjalnego traktowania i naprzykrzać się monarsze.
- Wszystko gotowe, pójdę po Esję - kiedy dotarłam już do miejsca wyjazdu, okryta peleryną, z twarzą schowaną pod kapturem, Eliah właśnie informował Nevana o stanie oddziału. Zatrzymałam się obok nich.
- Nie trzeba. Nie chciałam was opóźniać, więc już jestem - oznajmiłam, zbierając do kupy wszystkie swoje zdolności aktorskie, by zabrzmiało to szczerze. Mimo to Eliah był zaskoczony, a Nevan... sama nie wiem.
- Och, co za odmiana, zwykle znacznie trudniej ściągnąć ciebie z łóżka - zaśmiał się blondyn, a ja mimo, iż do śmiechu bynajmniej mi nie było, odwzajemniłam to. Dłonie schowałam pod peleryną, bo drżały mi ze stresu.
- Skoro mam jeszcze sprawiać problem waszemu oddziałowi, to uznałam, że muszę odnaleźć w sobie pierwiastek jak najlepszego żołnierza - powiedziałam szybko, w głowie dodając, że daleko mi do takiego. W końcu właśnie kłamię w żywe oczy dowódcy i jemu zastępcy. Bałam się, że Nevan może już wiedzieć. A co jak książę dał mu rozkazy? Poinformował go nie mówiąc mi o tym? - Zatem... wyruszamy? - dodałam zaraz i rozejrzałam się w poszukiwaniu konia, który mógł być mój.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz