wtorek, 21 listopada 2017

CXXVIII



        Po zachodniej stronie rozciągającej się za obozem nie było nic, co należało do któregoś z dwóch wielkich królestw. Walka o te tereny toczyła się nieustannie od wielu lat, wyniszczyła wszystkie małe wioski i miasta, zmusiła ludzi do migracji na bezpieczne tereny – albo na te, na terenach których nie szerzyła się jeszcze obustronna przemoc. Oczywistym było, że żadna ze stron nie chce się poddać, ale nie chce także ponosić niepotrzebnych, niekorzystnych strat. I w ten sposób wojna trwała i trwać miała dalsze długie lata.
        Przytrzymałem wodze, choć wierzchowiec nie rwał naprzód. Zaskakująco spokojnie stąpał po resztkach trawy, jakie tu jeszcze rosły w małych kępkach, kopytami czasami uderzając o suchą, popękaną ziemię. Okres deszczów i ulewnych opadów nie przyjdzie przez dobre kilka tygodni, co równało się z okrutną suszą. Z którą mieszkańcy pustynnego Zakaaru radzili sobie zdecydowanie lepiej od nas, naszych żołnierzy wychowanych w lodowym kraju, wiecznie smaganym zimą. Stanąłem w strzemionach, żeby wynieść się ponad pagórek rozciągający się przed moimi oczami, ale to na niewiele się zdało. Słyszałem, jak inni się zbliżają od strony moich pleców.
        — Dni mijają, ale nie widać, żeby coś się zmieniało — zauważył Lance, który podszedł jako pierwszy. Skwitowałem to jedynie oszczędnym skinieniem głowy.
        — Tymczasowy obóz jest o mile drogi stąd. Po prostu jesteśmy niedostatecznie blisko, żeby dostrzec jakieś niebezpieczeństwo — przypomniał spokojnie Eliah, zrównując swojego rumaka z resztą. — To nie znaczy, że go nie ma.
        Nie przysłuchiwałem się dalszej rozmowie. Te zwiady i patrole, miałem wrażenie, mają za zadanie nie prawdziwe zabiegi bezpieczeństwa, a trzymanie nas z daleka od obozu. Oczywiście miałem świadomość, dlaczego inni oficerowie tak naciskają na to, żeby to moi ludzie się tym zajmowali. Czasami ich zamiary były tak oczywiste, jak zabawy dzieci.
        Wykonywałem rozkazy, robiłem to nawet z niejakim zapałem. Nie cieszyło mnie to, że w ostatnich dniach mój kontakt z Esją został znacznie przez to ograniczony, ale wiedziałem, że to jest z pewnością dla mnie korzystne. Przywiązywanie się do niej byłoby głupotą, na którą mógł pozwolić sobie każdy, tylko nie ja. Dlatego zaciskałem zęby, kiedy moje oddziały narzekały na kolejne bezsensowne zadania, prowadzące do tego samego wniosku: że marnujemy bezużytecznie czas i siły, po czym tym bardziej rozciągałem nad nimi bat, pospieszając i rozkazując przykładać się do powierzonych nam obowiązków. Nikt nie mógł zauważyć więc we mnie żadnej zmiany, choć Eliah szukał jej wyjątkowo często i chętnie, przyglądając mi się z zagadkową miną.
        Treningi oddziałów stały się moją drugą codziennością. Po bezowocnych, męczących patrolach i spędzaniu większości dnia w siodle poprowadzenie treningu dla tych nierobów było czymś odżywczym. Jak odżywcza jest woda po suszy. Większość obowiązków przejąłem na siebie, a wszystko po to, żeby zająć myśli i czas, ograniczyć ten spędzany z Esją. Im mniej mogłem rozważać na ten temat, tym mniej ograniczony się nim czułem.
        W końcu jednak także przyszły rozkazy, które do tej pory były jedynie sennym marzeniem, obietnicą, która co prawda tliła się na horyzoncie, to nie była nigdzie zapisana. Aelnea weszła do mojego namiotu, wyraźnie podekscytowana, zapominając jak zwykle zapukać lub chociażby oznajmić swoje przybycie.
        W dłoni trzymała obfitych rozmiarów pismo, zrulowany pergamin.
        — Nie było cię dzisiaj na obradach — zaczęła, w jej głosie pojawiło się wyraźne oburzenie, które na moment malowało się także na jej twarzy. — Takie zachowanie nie przysporzy ci przyjaciół. Dużo się działo, przyprowadzili na nie także kapłankę…
        Zerknąłem na nią szybko. I to był błąd, bo na jej ustach pojawił się uśmiech. Rozwinęła pergamin na stole, po czym znowu spojrzała na mnie.
        — Jak to jest, że tylko ta dziewczyna jest w stanie zmusić cię do koncentracji? — Jej oczy zmrużyły się znacząco, kiedy wwiercała we mnie spojrzenie spod długich, pomalowanych rzęs. Tatuaże na jej ciele wydawały się być bardziej wyraźne, niż zwykle, może to zależało od poziomu jej podekscytowania.
        — Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
        Usiadłem na krześle i podniosłem dokument do góry, żeby lepiej widzieć go w świetle świeczki rzucającej ruchome cienie na kartkę. Zachowałem przy tym obojętny wyraz twarzy, przeklinając się w duchu. Oto, do czego prowadziła zażyłość. Jeśli ona zauważyła, inni są tylko kwestią czasu. Choć Aelnea zawsze miała wyczulone oko, to jeszcze lubiła wciskać nos w sprawy, które do niej nie należały. I do tego składało się to, że była moją prywatną skrybą. Wiedziała zawsze więcej, niż chciałbym, żeby wiedziała.
        — Po prostu przeczytaj i podpisz te papiery. Osiągnąłeś sobie ten śmieszny cel, który ustaliłeś i teraz wszyscy musimy ruszać z tobą. — Odwróciła się do mnie plecami, a jej zaskakująco prosta suknia zaszeleściła cicho. Uniosłem brwi, zanim oderwałem wzrok od dokumentu i spojrzałem na nią. — Co to za zdziwione spojrzenie? Nie pasuje ci, oficerze. Oczywiście, że ja i mój małżonek jedziemy z tobą na front.
        — To raczej niebezpieczna rozrywka, jak na damę — mruknąłem rozbawiony jej teatralną miną. — Nawet mi ciężko przychodzi nazwanie cię damą.
        Zaśmiała się cicho i zatrzymała dopiero przy wyjściu z namiotu.
        — Obowiązki wzywają.
        Skłoniwszy się, wyszła, nie czekając aż skończę czytać dokument.

          Kolejne dni były naznaczone zamieszaniem i przygotowaniami do opuszczenia obozu. Ekscytacja wyjazdem pozwoliła mi nie skupiać się na innych drobnostkach… Jak podejrzanie zły nastrój Eliaha albo brak obecności Esji. Spotykaliśmy się jedynie na wieczornych treningach, ale żadne z nas nigdy nie było bardziej rozmowne, niż to konieczne. Oboje zachowywaliśmy należny dystans i gdyby ktoś z zewnątrz się nam przyglądał, nie odgadnąłby, co siedzi w mojej głowie za każdym razem, kiedy się spotykaliśmy, nawet przypadkiem. Chłodny dystans świadczył o moim szacunku do jej osoby. Wiedziałem, że opuści obóz w najbliższych dniach i to nie było dla mnie niespodzianką. Ona też musiała wiedzieć.
        A jednak kiedy mieliśmy okazję o tym porozmawiać, oboje milczeliśmy.
        Sytuacja zmieniła się pod koniec tygodnia, kiedy mój oddział wstąpił w ostateczną fazę przygotowań. Wydawało się, że wszystko było dopięte na ostatni guzik, kiedy plany stanęły na głowie i rozrzuciły dotychczasowy porządek.
        Starałem się stłumić to uczucie przejmującej satysfakcji, kiedy przekazano mi, że Esja pojedzie z nami. Było to jednak zaskakująco trudne zadanie. Bo nagle wszystko to, co było już zaplanowane zmieniło się i nie potrafiłem się w jeszcze odnaleźć w nowej sytuacji.
        Dzień wyjazdu zaczął się dla wszystkich wcześnie. Byłem na nogach zanim wstało słońce, podobnie jak cały oddział. Przygotowane wozy z zapasami były zaprzężone w konie pociągowe, kiedy dotarłem pod stajnie, a wszyscy wydawali być się a miejscu. Poza Esją. Z roztargnieniem i opóźnieniem dotarł do mnie dźwięk jej słów, zaskoczony spojrzałem pod kaptur, pod którym się ukrywała. Eliah mógł żartować na ten temat, ale oboje czuliśmy w tym coś podejrzanego.
        — Jeszcze nie — uciąłem, obrzucając ją uważnym spojrzeniem. — Nie wszystko przygotowane. Powinnaś oporządzić własnego wierzchowca.
        — Ja także mogę to dla ciebie zrobić — wtrącił dobrotliwie Eliah.
        W jego głosie brzmiała nieznana mi nuta, kiedy zmierzył mnie pospiesznym spojrzeniem. Cisza trwała zaledwie chwilę, gdy kapłanka oświadczyła, że to nie problem i sama się nim zajmie. Zanim jednak się odwróciła do odejścia, złapałem ją za ramię i zatrzymałem w pół kroku.
        — Będzie czekać na ciebie służąca. Przyda się w podróży i później, kiedy dotrzemy na miejsce — poinformowałem sztywno. Nie zamierzałem przyjmować teraz żadnych kłótni pod tematem „sama sobie doskonale dam radę”, więc mój głos brzmiał stanowczo i nie znosił sprzeciwu. Zanim ten zdążył nadejść, puściłem ją o odszedłem w przeciwnym kierunku, do miejsca, gdzie przygotowywano zapasy.
        Kilkadziesiąt minut później, kiedy słońce nie wzeszło jeszcze na niebie, opuszczaliśmy obręb obozu. Czułem znajomą ekscytację, adrenalina powoli ogarniała moje ciało. I byłem w wyśmienitym nastroju, stępem mijając wozy z pożywieniem i tymi ludźmi, którzy nie zdecydowali się na podróż konną. Byłem zgodny nawet przyznać, że nic nie zepsuje tej chwili. I faktycznie tak było, pół dnia maszerowaliśmy równym, narzuconym z góry tempem, posuwając się coraz dalej od bezpiecznego obozu żołnierskiego. Po drodze coraz mniej było śladów obecności naszego wojska, a za to coraz większa pustka. Lasy nie były tutaj już tak obfite, jak na północy, a zieleń dużo bardziej skąpa.
        Od czasu do czasu obserwowałem Esję. Wyglądała na zdenerwowaną; czasem trzęsły jej się dłonie, momentami nie słuchała tego, co inni do niej mówią. Poza tym sam czułem, że jestem winny jej chociaż odrobinę zainteresowania. Wstrzymałem wodze i pozwoliłem się większości kolumny wyminąć. Dziewczyna szła w towarzystwie kilku żołnierzy, rozmawiali przez większość czasu. Odczekałem, aż zrozumieją, że chcę z nią porozmawiać i odsuną się posłusznie na znaczną odległość. Dopiero wtedy zerknąłem na nią przelotnie. Była blada, mocno zaciskała usta w wąską linię.
        — O co chodzi? — pytanie było tak proste i bezpośrednie, żeby nie próbowała się wyminąć ze szczerą odpowiedzią. Przechyliłem się lekko w jej kierunku, łapiąc obie wodze w jedną dłoń, a drugą bezpiecznie opierając na przednim łęku siodła. — Dąsasz się o służącą czy dostałaś innego konia, niż chciałaś? Zaskakujące — dodałem po chwili, mrużąc oczy i wbijając spojrzenie prosto w jej twarz. — Wyglądasz blado.
       Zaczynało się robić upiornie duszno. Cień nie chronił nas tu praktycznie wcale, choć nadal podróżowaliśmy jeszcze przez zalesione tereny. Powietrze stało nieruchomo. Może Esja powinna była udać się do powozu, jeśli źle się czuła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/