wtorek, 21 listopada 2017

CXXX



        Oczywiście coś było na rzeczy; pewnie nawet ślepiec nie patrząc na jej blade lico zauważyłby, że coś jest nie w porządku, że atmosfera stała się gęsta nie tyle z moim pytaniem, co z jej odpowiedzią. Z dziwnym strachem w oczach patrzyła, jak żołnierze odstępują od nas. A może to była inna emocja, znacznie trudniejsza do odczytania? W każdym razie, jakkolwiek by nie było, coś było na rzeczy. Sam fakt, że trzymała się z daleka nie tylko ode mnie – ostatnimi dniami oboje robiliśmy to z równą premedytacją – ale i Eliaha i innych moich bliskich żołnierzy musiał o czymś świadczyć. Pierwszym i jedynym tropem, jaki miałem było to, że jest na coś zła.
        Nie dawałem sobie prawa do świadomości, że znam ją tak dobrze, żeby w lot zrozumieć, o co chodzi. Mogłem jedynie mierzyć ją swoim spojrzeniem i liczyć na to, że powie prawdę. Usiadłem wygodniej w siodle, bo ta ciężka wisząca nad nami niczym chmura burzowa atmosfera zaczynała sprawiać, że czułem się wyjątkowo niezręcznie. Założyłem dłonie na piersi, pozwalając swojemu ogierowi na swobodny stęp; przyspieszył nieznacznie, jakby prowadził z wierzchowcem Esji mały wyścig, na czoło którego właśnie się wysuwał.
        Pozostali jeźdźcy naszej karawany nie zbliżali się do nas, ale też nie oddalali. Zachowywali wystudiowany odstęp, w którym nie dosłyszeli szczegółów rozmowy.
        Automatycznie uniosłem jedną brew, słysząc jej odpowiedź. No cóż, jeśli tylko o to chodziło… Byłem praktycznie skłonny przyznać, że to ja mam paranoję, że chcę znaleźć w tym zachowaniu na siłę coś, czego w nim nie ma. Przynajmniej do momentu, w którym dłonie i głos dziewczyny na moment nie zadrżały. I kiedy nie zaczęła zbyt natarczywie chronić się przed moim pytaniem, jakbym właśnie zamierzał ją zaatakować słownie.
        Prychnąłem w końcu cicho, była to oznaka niemałego rozbawienia. Blondynka wyglądała blado, jej usta i dłonie praktycznie zupełnie straciły kolor. Zamiast malinowych warg, te były niemal białe i bezbarwne, pasowały teraz do jasnego koloru jej oczu w ostrym świetle przedpołudnia.
        — Skąd taki pomysł? Widziałaś się w ogóle z tą dziewczyną, zanim wyruszyliśmy w podróż? — zapytałem, a w moim głosie pobrzmiewała kpina i rozweselenie.
        Nadal bynajmniej nie straciłem przeczucia, że coś tutaj wymyka się spod kontroli moich palców, ale teraz pozwoliłem sobie na nieznacznie pofolgowanie rozbawienia, w które wprawiła mnie nagła i zawzięta defensywna słowna blondynki. A także… No cóż, bardzo otwarte i nagłe wyrażanie swoich potrzeb. Czułem, że moje powieki otwierają się nieco szerzej, kiedy blondynka zeskoczyła z konia.
        — To musi być bardzo… Nagląca potrzeba — sapnąłem, schylając się i łapiąc szybko luźno puszczone wodze jej konia. — Zatrzymać pochód, czy da-…
        Właściwie zanim skończyłem swoje pytanie, blondynka już zniknęła między wątłymi sylwetkami iglastych drzew. Zakląłem parszywie, a wierzchowiec spięty łydkami i powstrzymany na wodzy zatańczył na żwirowym podłożu. Oglądnąłem się na resztę jeźdźców i zdecydowałem, że nie trzeba będzie zatrzymywać całej kolumny tylko dlatego, że kapłanka chce się wylać. Przez chwilę walczyłem z ochotą, żeby wleźć w te krzaki za nią – bynajmniej nie w celach podglądania, do tego nie było mi spieszno. I miałem już w tym także niejaką praktykę.
        Miałem na uwadze jej bezpieczeństwo. Jeśli nie zamierzała odchodzić daleko, nic jej nie groziło. W myślach zaś wygrażałem na niejaką bezmyślność takiego działania. Nie byliśmy tu w pełni bezpieczni, choć na myśl, że zaatakowałoby ją coś w czasie załatwiania fizjologicznej potrzeby ponownie mnie rozbawiła. Zupełnie bez mojego pozwolenia na ustach pojawił się krzywy uśmiech. Zmusiłem jej wierzchowca, żeby podszedł bliżej do mojego, choć zwierzęta wymieniały między sobą parsknięcia i wrogie spojrzenia. Najwidoczniej konkurencja i zawody w ich głupich końskich łbach trwały nadal, bez względu na okoliczności.
        Nie trwało to co prawda długo, ale kiedy dziewczyna ponownie wyłoniła się z zarośli, nieco dalej od miejsca, w którym zniknęła, byliśmy już kilkanaście odległości dorosłego człowieka od końcówki zamykającej pochód. Kilku żołnierzy zezowało na mnie rozbieganym spojrzeniem, dwóch nawet zapytało, czy nie trzeba mi pomocy. Zbycie ich niegrzecznym warknięciem było jedynie formalnością i wkrótce wszyscy pojechali naprzód.
        — Jeśli pozwolisz mi wytłumaczyć bez uciekania do lasu — zironizowałem zniecierpliwiony i rzuciłem jej dwa rzemienie wodzy, kiedy weszła na trakt. W końcu jednak zdecydowałem się spuścić z tonu. Może miała problemy fizjologiczne, z tym żaden człowiek, najwyraźniej nawet kapłanka nie wygra. — Dostałaś tę dziewczynę, bo ja nie zamierzam użerać się ze służącą we własnym namiocie, a wszystkie kobiety, które są z nami mają własną służbę. Nie będzie cię ani kontrolować, ani pilnować tego, co robisz. Jest twoja, możesz z nią zrobić, co zechcesz, nawet kazać całe dnie stać przed namiotem, będzie słuchała twoich poleceń — wzruszyłem na te słowa obojętnie ramionami. — Mnie już nie interesuje jej los.
        Poczekałem, aż wsiądzie na swojego rumaka i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę oddalającej się kolumny ludzi, wozów i jeźdźców. Nie zamierzałem jej tłumaczyć, że uratowałem najprawdopodobniej tę dziewczynę przed znacznie gorszym losem, niż jest jej w stanie sprawić Esja. Być może blondynka rozpozna w niej służącą z pikniku, ale obecnie dla własnej wygody wolałem o tym nie wspominać, bo gotowa była jeszcze pomyśleć, że faktycznie zmiękło mi serce. Przez chwilę patrzyłem przed siebie, a później znowu skierowałem spojrzenie na dziewczynę.
        — Jesteś blada i zachowujesz się w dziwny, nerwowy sposób — podsunąłem ponownie ten same temat, sugestywnie naciskając na ostatnie dwa słowa. Jeśli myślała, że zbyje mnie tak prostą odpowiedzią, to się myliła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/