Oczywiście coś było na rzeczy; pewnie
nawet ślepiec nie patrząc na jej blade lico zauważyłby, że coś jest nie w
porządku, że atmosfera stała się gęsta nie tyle z moim pytaniem, co z jej
odpowiedzią. Z dziwnym strachem w oczach patrzyła, jak żołnierze odstępują od
nas. A może to była inna emocja, znacznie trudniejsza do odczytania? W każdym
razie, jakkolwiek by nie było, coś było na rzeczy. Sam fakt, że trzymała się z
daleka nie tylko ode mnie – ostatnimi dniami oboje robiliśmy to z równą
premedytacją – ale i Eliaha i innych moich bliskich żołnierzy musiał o czymś
świadczyć. Pierwszym i jedynym tropem, jaki miałem było to, że jest na coś zła.
Nie dawałem sobie prawa do świadomości,
że znam ją tak dobrze, żeby w lot zrozumieć, o co chodzi. Mogłem jedynie
mierzyć ją swoim spojrzeniem i liczyć na to, że powie prawdę. Usiadłem
wygodniej w siodle, bo ta ciężka wisząca nad nami niczym chmura burzowa
atmosfera zaczynała sprawiać, że czułem się wyjątkowo niezręcznie. Założyłem
dłonie na piersi, pozwalając swojemu ogierowi na swobodny stęp; przyspieszył
nieznacznie, jakby prowadził z wierzchowcem Esji mały wyścig, na czoło którego
właśnie się wysuwał.
Pozostali jeźdźcy naszej karawany nie
zbliżali się do nas, ale też nie oddalali. Zachowywali wystudiowany odstęp, w
którym nie dosłyszeli szczegółów rozmowy.
Automatycznie uniosłem jedną brew,
słysząc jej odpowiedź. No cóż, jeśli tylko o to chodziło… Byłem praktycznie
skłonny przyznać, że to ja mam paranoję, że chcę znaleźć w tym zachowaniu na
siłę coś, czego w nim nie ma. Przynajmniej do momentu, w którym dłonie i głos
dziewczyny na moment nie zadrżały. I kiedy nie zaczęła zbyt natarczywie chronić
się przed moim pytaniem, jakbym właśnie zamierzał ją zaatakować słownie.
Prychnąłem w końcu cicho, była to
oznaka niemałego rozbawienia. Blondynka wyglądała blado, jej usta i dłonie
praktycznie zupełnie straciły kolor. Zamiast malinowych warg, te były niemal
białe i bezbarwne, pasowały teraz do jasnego koloru jej oczu w ostrym świetle przedpołudnia.
— Skąd taki pomysł? Widziałaś się w
ogóle z tą dziewczyną, zanim wyruszyliśmy w podróż? — zapytałem, a w moim
głosie pobrzmiewała kpina i rozweselenie.
Nadal bynajmniej nie straciłem
przeczucia, że coś tutaj wymyka się spod kontroli moich palców, ale teraz
pozwoliłem sobie na nieznacznie pofolgowanie rozbawienia, w które wprawiła mnie
nagła i zawzięta defensywna słowna blondynki. A także… No cóż, bardzo otwarte i
nagłe wyrażanie swoich potrzeb. Czułem, że moje powieki otwierają się nieco
szerzej, kiedy blondynka zeskoczyła z konia.
— To musi być bardzo… Nagląca potrzeba
— sapnąłem, schylając się i łapiąc szybko luźno puszczone wodze jej konia. —
Zatrzymać pochód, czy da-…
Właściwie zanim skończyłem swoje pytanie, blondynka już zniknęła między
wątłymi sylwetkami iglastych drzew. Zakląłem parszywie, a wierzchowiec spięty
łydkami i powstrzymany na wodzy zatańczył na żwirowym podłożu. Oglądnąłem się
na resztę jeźdźców i zdecydowałem, że nie trzeba będzie zatrzymywać całej
kolumny tylko dlatego, że kapłanka chce się wylać. Przez chwilę walczyłem z
ochotą, żeby wleźć w te krzaki za nią – bynajmniej nie w celach podglądania, do
tego nie było mi spieszno. I miałem już w tym także niejaką praktykę.
Miałem na uwadze jej bezpieczeństwo.
Jeśli nie zamierzała odchodzić daleko, nic jej nie groziło. W myślach zaś
wygrażałem na niejaką bezmyślność takiego działania. Nie byliśmy tu w pełni
bezpieczni, choć na myśl, że zaatakowałoby ją coś w czasie załatwiania
fizjologicznej potrzeby ponownie mnie rozbawiła. Zupełnie bez mojego pozwolenia
na ustach pojawił się krzywy uśmiech. Zmusiłem jej wierzchowca, żeby podszedł bliżej
do mojego, choć zwierzęta wymieniały między sobą parsknięcia i wrogie
spojrzenia. Najwidoczniej konkurencja i zawody w ich głupich końskich łbach
trwały nadal, bez względu na okoliczności.
Nie trwało to co prawda długo, ale
kiedy dziewczyna ponownie wyłoniła się z zarośli, nieco dalej od miejsca, w
którym zniknęła, byliśmy już kilkanaście odległości dorosłego człowieka od
końcówki zamykającej pochód. Kilku żołnierzy zezowało na mnie rozbieganym
spojrzeniem, dwóch nawet zapytało, czy nie trzeba mi pomocy. Zbycie ich
niegrzecznym warknięciem było jedynie formalnością i wkrótce wszyscy pojechali
naprzód.
— Jeśli pozwolisz mi wytłumaczyć bez
uciekania do lasu — zironizowałem zniecierpliwiony i rzuciłem jej dwa rzemienie
wodzy, kiedy weszła na trakt. W końcu jednak zdecydowałem się spuścić z tonu.
Może miała problemy fizjologiczne, z tym żaden człowiek, najwyraźniej nawet
kapłanka nie wygra. — Dostałaś tę dziewczynę, bo ja nie zamierzam użerać się ze
służącą we własnym namiocie, a wszystkie kobiety, które są z nami mają własną
służbę. Nie będzie cię ani kontrolować, ani pilnować tego, co robisz. Jest
twoja, możesz z nią zrobić, co zechcesz, nawet kazać całe dnie stać przed
namiotem, będzie słuchała twoich poleceń — wzruszyłem na te słowa obojętnie
ramionami. — Mnie już nie interesuje jej los.
Poczekałem, aż wsiądzie na swojego
rumaka i ramię w ramię ruszyliśmy w stronę oddalającej się kolumny ludzi, wozów
i jeźdźców. Nie zamierzałem jej tłumaczyć, że uratowałem najprawdopodobniej tę
dziewczynę przed znacznie gorszym losem, niż jest jej w stanie sprawić Esja.
Być może blondynka rozpozna w niej służącą z pikniku, ale obecnie dla własnej
wygody wolałem o tym nie wspominać, bo gotowa była jeszcze pomyśleć, że
faktycznie zmiękło mi serce. Przez chwilę patrzyłem przed siebie, a później
znowu skierowałem spojrzenie na dziewczynę.
— Jesteś blada i zachowujesz się w
dziwny, nerwowy sposób — podsunąłem ponownie ten same temat, sugestywnie
naciskając na ostatnie dwa słowa. Jeśli myślała, że zbyje mnie tak prostą
odpowiedzią, to się myliła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz