Krzyki i wszystkie te pożal się boże dąsy
nie robiły na mnie większego wrażenia. Esja zachowywała się jak rozkapryszona
bogata panna, która nie dostała rano na śniadanie tego, czego sobie zażyczyła i
to było pierwszą, najważniejszą chyba poszlaką stanowiącą o tym, że miałem
rację. Faktycznie chodziło o tą służącą? Czy coś innego? Pewne było to, że moje
przeczucia mnie nie myliły i było coś, co tym idiotycznym zachowaniem chciała
przykryć, bo nie byłem jeszcze zdolny uwierzyć, że zachowałaby się tak w innej
sytuacji. Czy to możliwe, że przez te kilkanaście dni od spotkania na murze
obronnym aż tak się zmieniła, że nie potrafię dostrzec w niej osoby, z którą
tak bardzo chciałem spędzać czas? Raczej obecnie jedyne, na co miałem ochotę to
uciekać od tej niej daleko, gdzieś mniej więcej na początek całego pochodu i
zostawić ją i jej pretensje z tyłu. Rozdrażnienie niedorosłym zachowaniem
powoli zaczęło brać nade mną górę, a cichy głos, który podpowiadał, że to
wszystko ma jakąś racjonalną przyczynę cichł, prawie zupełnie przygwożdżony irytacją.
Nawet obserwowanie coraz to nowych reakcji na moje proste, jednostajne
spojrzenie i interpretowanie ich nie potrafiło zająć moich myśli. Cóż, znany
byłem z tego, że mało potrafiło mnie wyprowadzić z równowagi, ale jeśli to
zrobiło, zazwyczaj kończyło się tragicznie, nie tylko dla innych ludzi ale i dla
mnie samego.
Ściągnąłem wodze. Po dziurki w nosie
miałem tych gierek i ukrywania prawdy, jakakolwiek ona była. A może faktycznie
się nie wyspała i stąd to zachowanie. Może Esja miała rację. Może nie chciałem ani
drążyć tego głębiej ani tak naprawdę wiedzieć, co jest tego przyczyną, bo
wiedza często prowadzi do działań; pochopnych i nieplanowanych. Tymczasem ja
wolałbym, żeby na nieplanowanej obecności blondynki w drodze do naszego obozu
skończyła się seria niespodzianek.
Zanim zdążyłem przemyśleć ponownie
swoje stanowisko i zapewnić, że jednak nie chcę wiedzieć, ponownie się
odezwała, tym razem wyraźnie spokojniej. Chyba to jako ostatnie powstrzymało
mnie jeszcze przed dogonieniem końcówki pochodu. Wręcz może cieszyłem się, że
mnie wyprzedziła i z moich ust nie wyszły co poniektóre słowa.
— Ja miałbym cię karać? — wysyczałem
przez zęby, czując jak chłostają mnie macki zimnej złości. Chwilę później
zastanawiałem się nad odpowiedzią, siadając prosto w siodle i garbiąc się
nieco. Złość nieco osłabła. Odzyskałem zimną krew i zdolność analizowania
sytuacji. A więc o to chodziło. Zrobiła coś, czego z pewnością bym nie
pochwalił i o to całe to przedstawienie. Prychnąłem cicho, uświadamiając to
sobie. Ona jednak nadal musiała zastanawiać się nad moją odpowiedzią.
Albo i nie, bo sama gadała dalej.
— W ostatnich dniach byłem większość
czasu poza obozem. Jak Eliah. Lance. I połowa mojego oddziału. Och? Sądziłaś,
że cię unikam? — uniosłem brwi i na moment pozwoliłem temu pytaniu zawisnąć w
powietrzu między nami. Nie wiem, czy to zachowanie miało jakiś konkretny cel do
osiągnięcia. To jednak, że ostatnio nie starałem się spędzać z nią wiele czasu
było też oczywistą poniekąd prawdą, ale ona nie musiała o tym koniecznie
wiedzieć. — Nie wiem, nie potrafię sobie wyobrazić najgorszej kary, jeśli nie
ma do tego wyraźnych podstaw. Złamałaś moje rozkazy?
Prawda wyglądała tak, że nie
przypominałem sobie, żebym jakieś konkretne wydawał. Próbowałem znaleźć w
pamięci jakiś punkt zaczepienia, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć
konkretnych słów ani sytuacji. Ostatnio faktycznie nie spędzaliśmy ze sobą
wiele czasu.
— A więc nie widziałaś dziewczyny —
powróciłem do wcześniejszego tematu, odpowiadając sobie samemu na pytanie,
które ona zignorowała z pewną stanowczością, ale nie wojowniczą. Raczej z
rezygnacją. — Bo może gdybyś to zrobiła, nie byłabyś teraz tak urażona tym
prezentem.
Obawiałem się, że wchodziliśmy na tereny,
które pokryte były cienką warstwą lodu. Na granicy świadomości miałem myśl, że
lepiej nie wiedzieć, co takiego zrobiła Esja, co wywoływałoby w niej taką
nerwowość. Bo co, jeśli naprawdę musiałbym ją za to ukarać? Gdyby złamała jakąś
ważną zasadę albo znacznie przekroczyła niebezpieczną granicę? Na myśl o
konieczności odesłania jej do obozu albo szybszej wysyłki do stolicy robiło mi
się nieprzyjemnie chłodno. Dopiero co udało mi się odzyskać i ją i nadzieję z
nią związaną, a perspektywa własnoręcznego pozbycia się tej okazji… Co najmniej
nie była mi miła.
Jeźdźca zmierzającego w naszym kierunku
zauważyłem dostatecznie późno. Na tyle, że odgłos kopyt na żwirze nie należący
do naszych wierzchowców wybił mnie z mojego rezonu. Przeniosłem spojrzenie na
żołnierza, który zasalutował byle jak.
— Oficerze, najświętsza. Możliwe, że
mamy ogon — powiedział prosto.
Te kilka słów sprawiły jednak, że cały
się spiąłem i wyprostowałem. Zdrętwiała przez niewygodną pozycję noga dała o
sobie znać. Zakląłem pod nosem, ponaglając gestem dłoni do mówienia.
— Wysłaliśmy mały oddział na
sprawdzenie terenu, jak kazałeś panie. Możliwe, że od około godziny śledzi nas
niewielka grupka ludzi, ale nie znamy ich zamiarów ani pochodzenia —
wyrecytował, prostując głowę.
— Jakieś informacje na temat ich
ubioru?
Żołnierz zastanowił się, a później z
przekonaniem pokręcił głową.
— W takim razie musimy czekać na rozwój
wydarzeń. Przenieś więcej wojska na tyły pochodu, sam będę go zamykał, gdyby
trzeba było wydawać rozkazy — zawahałem się na moment, a później przeniosłem
spojrzenie na białą jak bielona wapnem ściana domu Esję. Biedna. Chyba nie wystraszyła
się ataku aż tak bardzo? — Esję zabierz do środka. Każ Eliahowi jej pilnować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz