wtorek, 21 listopada 2017

CXXXII



        Krzyki i wszystkie te pożal się boże dąsy nie robiły na mnie większego wrażenia. Esja zachowywała się jak rozkapryszona bogata panna, która nie dostała rano na śniadanie tego, czego sobie zażyczyła i to było pierwszą, najważniejszą chyba poszlaką stanowiącą o tym, że miałem rację. Faktycznie chodziło o tą służącą? Czy coś innego? Pewne było to, że moje przeczucia mnie nie myliły i było coś, co tym idiotycznym zachowaniem chciała przykryć, bo nie byłem jeszcze zdolny uwierzyć, że zachowałaby się tak w innej sytuacji. Czy to możliwe, że przez te kilkanaście dni od spotkania na murze obronnym aż tak się zmieniła, że nie potrafię dostrzec w niej osoby, z którą tak bardzo chciałem spędzać czas? Raczej obecnie jedyne, na co miałem ochotę to uciekać od tej niej daleko, gdzieś mniej więcej na początek całego pochodu i zostawić ją i jej pretensje z tyłu. Rozdrażnienie niedorosłym zachowaniem powoli zaczęło brać nade mną górę, a cichy głos, który podpowiadał, że to wszystko ma jakąś racjonalną przyczynę cichł, prawie zupełnie przygwożdżony irytacją. Nawet obserwowanie coraz to nowych reakcji na moje proste, jednostajne spojrzenie i interpretowanie ich nie potrafiło zająć moich myśli. Cóż, znany byłem z tego, że mało potrafiło mnie wyprowadzić z równowagi, ale jeśli to zrobiło, zazwyczaj kończyło się tragicznie, nie tylko dla innych ludzi ale i dla mnie samego.
        Ściągnąłem wodze. Po dziurki w nosie miałem tych gierek i ukrywania prawdy, jakakolwiek ona była. A może faktycznie się nie wyspała i stąd to zachowanie. Może Esja miała rację. Może nie chciałem ani drążyć tego głębiej ani tak naprawdę wiedzieć, co jest tego przyczyną, bo wiedza często prowadzi do działań; pochopnych i nieplanowanych. Tymczasem ja wolałbym, żeby na nieplanowanej obecności blondynki w drodze do naszego obozu skończyła się seria niespodzianek.
        Zanim zdążyłem przemyśleć ponownie swoje stanowisko i zapewnić, że jednak nie chcę wiedzieć, ponownie się odezwała, tym razem wyraźnie spokojniej. Chyba to jako ostatnie powstrzymało mnie jeszcze przed dogonieniem końcówki pochodu. Wręcz może cieszyłem się, że mnie wyprzedziła i z moich ust nie wyszły co poniektóre słowa.
        — Ja miałbym cię karać? — wysyczałem przez zęby, czując jak chłostają mnie macki zimnej złości. Chwilę później zastanawiałem się nad odpowiedzią, siadając prosto w siodle i garbiąc się nieco. Złość nieco osłabła. Odzyskałem zimną krew i zdolność analizowania sytuacji. A więc o to chodziło. Zrobiła coś, czego z pewnością bym nie pochwalił i o to całe to przedstawienie. Prychnąłem cicho, uświadamiając to sobie. Ona jednak nadal musiała zastanawiać się nad moją odpowiedzią.
        Albo i nie, bo sama gadała dalej.
        — W ostatnich dniach byłem większość czasu poza obozem. Jak Eliah. Lance. I połowa mojego oddziału. Och? Sądziłaś, że cię unikam? — uniosłem brwi i na moment pozwoliłem temu pytaniu zawisnąć w powietrzu między nami. Nie wiem, czy to zachowanie miało jakiś konkretny cel do osiągnięcia. To jednak, że ostatnio nie starałem się spędzać z nią wiele czasu było też oczywistą poniekąd prawdą, ale ona nie musiała o tym koniecznie wiedzieć. — Nie wiem, nie potrafię sobie wyobrazić najgorszej kary, jeśli nie ma do tego wyraźnych podstaw. Złamałaś moje rozkazy?
        Prawda wyglądała tak, że nie przypominałem sobie, żebym jakieś konkretne wydawał. Próbowałem znaleźć w pamięci jakiś punkt zaczepienia, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć konkretnych słów ani sytuacji. Ostatnio faktycznie nie spędzaliśmy ze sobą wiele czasu.
        — A więc nie widziałaś dziewczyny — powróciłem do wcześniejszego tematu, odpowiadając sobie samemu na pytanie, które ona zignorowała z pewną stanowczością, ale nie wojowniczą. Raczej z rezygnacją. — Bo może gdybyś to zrobiła, nie byłabyś teraz tak urażona tym prezentem.
        Obawiałem się, że wchodziliśmy na tereny, które pokryte były cienką warstwą lodu. Na granicy świadomości miałem myśl, że lepiej nie wiedzieć, co takiego zrobiła Esja, co wywoływałoby w niej taką nerwowość. Bo co, jeśli naprawdę musiałbym ją za to ukarać? Gdyby złamała jakąś ważną zasadę albo znacznie przekroczyła niebezpieczną granicę? Na myśl o konieczności odesłania jej do obozu albo szybszej wysyłki do stolicy robiło mi się nieprzyjemnie chłodno. Dopiero co udało mi się odzyskać i ją i nadzieję z nią związaną, a perspektywa własnoręcznego pozbycia się tej okazji… Co najmniej nie była mi miła.
        Jeźdźca zmierzającego w naszym kierunku zauważyłem dostatecznie późno. Na tyle, że odgłos kopyt na żwirze nie należący do naszych wierzchowców wybił mnie z mojego rezonu. Przeniosłem spojrzenie na żołnierza, który zasalutował byle jak.
        — Oficerze, najświętsza. Możliwe, że mamy ogon — powiedział prosto.
        Te kilka słów sprawiły jednak, że cały się spiąłem i wyprostowałem. Zdrętwiała przez niewygodną pozycję noga dała o sobie znać. Zakląłem pod nosem, ponaglając gestem dłoni do mówienia.
        — Wysłaliśmy mały oddział na sprawdzenie terenu, jak kazałeś panie. Możliwe, że od około godziny śledzi nas niewielka grupka ludzi, ale nie znamy ich zamiarów ani pochodzenia — wyrecytował, prostując głowę.
        — Jakieś informacje na temat ich ubioru?
        Żołnierz zastanowił się, a później z przekonaniem pokręcił głową.
        — W takim razie musimy czekać na rozwój wydarzeń. Przenieś więcej wojska na tyły pochodu, sam będę go zamykał, gdyby trzeba było wydawać rozkazy — zawahałem się na moment, a później przeniosłem spojrzenie na białą jak bielona wapnem ściana domu Esję. Biedna. Chyba nie wystraszyła się ataku aż tak bardzo? — Esję zabierz do środka. Każ Eliahowi jej pilnować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/