środa, 22 listopada 2017

CXXXIII



       Miałam wrażenie, że temperatura powietrza, które znajdowało się dookoła Nevana podskoczyła. Czyżby moje słowa go rozgniewały? Przeanalizowałam je całe, krok po kroku. Może to wszystko przez to, że nie powiedziałam mu wprost o co chodzi, ale przyznałam się, że coś ukrywam? Pewnie niekoniecznie cieszył się z tego, że kłamałam i to jeszcze na tyle bezczelnie, aby wprost mu się do tego przyznawać. Ostatecznie nie panowałam nad sobą, nad emocjami, byłam tak zestresowana, że mogłam inaczej postrzegać swoje wypowiedzi, niż on.
       Bogowie... cóż ja najlepszego uczyniłam? Gdzie się podziała Esja z czasów świątynnych? Ta, która drobiła nóżkami, miast galopować konno, która łagodnie śpiewała, gdy ją poproszono, zamiast wykrzykiwać własne żale? Owszem, podobały mi się zmiany, swoboda, namiastka wolności, ale przez zachłyśnięcie się tym, co obecnie mi wolno doprowadziłam do sytuacji takiej, jak ta. Słowem oszukałam Tealvasha, wiedząc, że to sie nie uda. Przecież to było takie oczywiste! Co ja sobie myślałam? Że wyjadę z nimi, a prawda nigdy nie wyjdzie na jaw? Znów dłonie zaczęły mi się trząść, a kiedy mężczyzna się odezwał to drgania wzmocniły się jeszcze bardziej. Miałam wrażenie, że zaraz moje wnętrzności ze mnie wyskoczą, kiedy usłyszałam jego pytanie. 
       Resztkami sił powstrzymałam się przed jęknięciem "nie, proszę" w odpowiedzi na jego słowa. Znów czułam, jak moje całe jestestwo się kurczy w siodle pod naporem zaistniałej między nami atmosfery. Miałam zacząć przepraszać już w góry, chociaż wiem, że tego nie lubił, ale na całe szczęście jego nastawienie musiało się nieco ocieplić. Mam wrażenie, że jestem już bardzo dobrze na to wyczulona. Niemalże, jak zwierze, które wie kiedy nadejdzie burza, a kiedy nie trzeba się jej obawiać. 
       Zwilżyłam nieco usta, oddychając z ulgą. Rozmowa znów była rozmową, a nie pewnym przeraźliwym tworem, który wisiał nade mną, niczym ciężka kotara zanurzona w nieprzyjemnej brei. 
       - Nie, nigdy! - zawołałam zaraz, w odpowiedzi na jego słowa. Zamrugałam nieco i znów przygarbiłam się trochę. - To znaczy... nie w tym przypadku, w sensie wszystkie wykroczenia, jakich dokonałam łamiąc twoje rozkazy są z przeszłości i są ci znane - wyjaśniłam, memłając w palcach skórzany fragment tranzelki. Wolną dłonią podrapałam się po głowie, odsunęłam włosy za ucho, chociaż nie było to szczególnie potrzebne. - I tak... wydawało mi się, że unikasz... - zmalałam jeszcze bardziej, a chociaż nie wyglądało na to, to uważnie słuchałam tego, co miał do powiedzenia. 
       Gdyby nie kwestia mojego przewinienie, to pewnie byłabym ciekawa tej służącej. W zasadzie już zaczęła kiełkować we mnie ciekawość, bo nie uszło mojej uwadze, że Nevan wspomniał o niej już kolejny raz. Powinnam się bać? A może to ktoś, kogo znam? Ktoś z obozu? Poczułam się nieco gorzej, kiedy dotarło do mnie, że może faktycznie źle zareagowałam. W zasadzie ta złość miła być przykrywką dla mojego poczucia winny. Uznałam to za dobrą metodę, a wyszło gorzej, niż mogłam się spodziewać. 
       - Przepraszam, nie chciałam ciebie urazić. Nie jestem urażona, po prostu męczy mnie... ta kwestia o której boję ci się powiedzieć, może jeśli... zaufałbyś mi i powiedział, że cokolwiek się nie stanie nie stracisz do mnie szacunku, to byłoby łatwiej? - zapoponowałam dość strachliwie, przyznaję, ale nie było szans na jego odpowiedź. Oto spełnił się mój najgorszy scenariusz. 
       Jechali po mnie. 
       Serce w jednej sekundzie zaczęło mnie boleć, jakby nie nadążało, albo chciało uciec z mojej klatki piersiowej. Poczułam, że krew odpływa mi z twarzy, a siedzenie prosto nie jest tak łatwe, jak wcześniej. Byłam przerażona, spojrzałam na Nevana. Machał ustami, mówił coś. Zamrugałam, zrozumiałam, że mówi o mnie. Spróbowałam to wszystko poskładać do kupy. Teraz już nawet nie było sensu, abym ukrywała trzęsące się dłonie, nie pamiętałam nawet jak zmusić konia, aby przyspieszył, a może raczej jak zmusić własne ciało do wykonania kontrolowanego ruchu. 
       - Nevanie, proszę... nie zostawiaj mnie... obiecaj... - wyszeptałam, ale nie wiem czy wystarczająco głośno, aby ktoś usłyszał. Sama nie słyszałam za wiele, bo huczało mi w uszach. Strażnik chyba prosił, abym za nim ruszyła, a w końcu sam złapał za wodzę mojego konia i pociągnął, zmuszając do kłusa. Wytrzęsło mną na wszystkie strony, co tylko spotęgowało osłabienie. Zabiorą mnie! Wezmą daleko stąd, daleko od wszystkich. Nie udało sie, jak mogłam wierzyć, że się uda. Stracę ich wszystkich, zapomną o mnie, a ja trafię w obce strony, do obcych ludzi, których wcale nie chciałam poznawać. 
       Znak na plecach zdawał się być cięższy, niż zwykle. Ledwo trzymałam się w siodle. Nawet nie wiedziałam kiedy byłam już przy Eliahu. On też, jak przedtem żołnierz, mówił coś, widziałam to po jego ruchach ustami. Mrugałam, a może jedynie próbowałam. Wydawał się niewyraźny. 
       - Esjo, co się dzieje? - dotarło do mnie, kiedy uniósł nieco głos. Prawdę mówiąc chyba już go nie widziałam, miałam ochotę zwymiotować, jak teraz o tym pomyślę... nie jadłam dzisiaj niczego przed wyjazdem. W końcu uciekłam przed pojawieniem się służki. 
       - Jadą po mnie... - mruknęłam i poczułam jak lecę na bok. Dźwięki... ktoś krzyknął, mój koń musiał się zatrzymać. Świadomość podpowiadała, że zaraz upadnę na ziemię, zamiast tego wpadłam w ramiona, ale skłamałabym mówiąc, że były miękkie. Zbroja nieprzyjemnie wciskała się we mnie. Poczułam jak skryta w rękawicy dłoń odgarnia włosy z mojej twarzy. Otworzyłam oczy, słysząc, a może raczej widząc, jak Eliah wrzeszczy, aby szykować wóz. 
       - Nikt po ciebie nie jedzie, spokojnie. To zwykły ogon, zajmiemy się tym - uspokajał mnie, niosąc gdzieś. W wozie stała już jakaś dziewczyna, pospiesznie szykująca koce i posłanie. Kojarzyłam jej twarz, ale teraz nie potrafiłam do niczego dopasować. 
       - Książę nie może mnie zabrać... - wychrypiałam, czując, że siły mnie opuszczają. W dodatku zmęczenie wzięło nade mną górę, gdy położył mnie na miękkim futrze, w zacienionym wozie. Widziałam jednak zdziwienie i może niezrozumienie wymalowane na jego twarzy. 
       - Dlaczego książę miałby cię chcieć zabrać? - zapytał. Były to ostatnie słowa, jakie zapamiętałam. nie chciałam odpowiadać i może właśnie dlatego w tej chwili straciłam kontakt z otoczeniem. Nie wiedziałam, co się już działo. Zasnęłam nieświadoma tego, co się dzieje na końcu pochodu, niezdolna do ucieczki i skazana na los, jaki przypisali mi bogowie. 

***

       Obudziła mnie jakaś krzątanina. Mimo, że ruchy były ciche, to jednak wyjątkowo natrętne. Poza tym było ich dużo i zmieniły się. Ktoś coś wbijał? Nie było tez już słychać odgłosu końskich kopyt. O nie... nie, nie, nie... Poderwałam się do siadu, oddychając ciężko, rozglądając się na boki. Byłam w namiocie, ale nie sama. Moje spojrzenie nakierowało się na dziewczynę. Znajoma twarz i teraz, po długim śnie szybko zrozumiałam kim była. Służka księżniczki! 
       - Zabrał mnie... - jęknęłam, chowając twarz w dłoniach. Zaraz palce zagłębiłam we własnych włosach, zaciskając je na nich boleśnie. Wtedy też dziewczyna podskoczyła do mnie z bladą twarzą. 
       - Najświętsza pani, proszę uspokój się... czy posłać po medyka? Może powiadomić oficera Tealvasha? - zapytała, chyba podobnie spanikowana, jak ja. 
       - Wszystko stracone... - jęknęłam, dopiero po chwili pozwalając na to, aby sens słów dziewczyny do mnie dotarł. reakcja była natychmiastowa. Wyprostowałam się nieco, spojrzałam na nią zaskoczona. - Chwila... jak to oficera Tealvasha? On tutaj jest? - zapytałam szybko. 
       Służka popatrzyła na mnie tak, jakby rozważała, czy jestem poczytalna i niepewnie pokiwała głową. 
       - A książę Azir? - dodałam zaraz. Znów pokiwała głową, tym razem na boki. Nic z tego nie rozumiałam. 
       - To skąd ty tutaj i kto był naszym ogonem? - zawołam w końcu, a ona speszyła się nieco. 
       - Śledziła nas grupa wieśniaków, tak słyszałam. A moja obecność... oficer Tealvash mnie wykupił, od księżniczki najświętsza - wyjaśniła. Uniosłam brwi, musiałam sobie to wszystko ułożyć. To tą dziewczynę siostra Azira uderzyła podczas polowania. Zapytałam o nią raz, nie chciała mi zdradzić imienia służki. Więc i Nevan zwrócił uwagę na tą biedną istotkę. teraz tym bardziej podłe wydawało mi się moje dzisiejsze zachowanie. W dodatku... strach wziął górę nad rozsądkiem. Musiało być już późno, skoro zatrzymaliśmy się na wieczorny postój. Mój namiot nie był taki, jak ten w obozie, ale i tak było miło. Co najważniejsze... byłam bezpieczna i wciąż trwałam w oddziale Tealvasha. 
       - Rozumiem... Możesz powiadomić oficera, że się obudziłam? Znajdź też medyka, Febiasza... z tego co mi wiadomo na jego wozie był mój pakunek. Poproś go o niego i przynieś, jeśli to nie problem - czułam się nieco niepewnie prosząc ją o coś, chciałam jeszcze zapytać o jej imię, ale skłoniła się szybko i wyszła. Zostałam więc sama, mimo wszystko nadal zmęczona. Westchnęłam głośno i opadłam na posłanie, patrząc na prowizoryczny materiałowy sufit. Byłam bezpieczna i skoro pora późna, to najpewniej oddalona na tyle od obozu, że nie warto było mnie odsyłać. Przynajmniej taką miałam nadzieję. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/