środa, 22 listopada 2017

CXXXIV



        Na tyłach zrobiło się zamieszanie. Konie rżały, a podniesione głosy mężczyzn zapowiadały, że coś się dzieje. Szarpnąłem za wodze i wyprzedziłem tą dwójkę – Esję i prowadzącego ją kłusem żołnierza – zatrzymując się dopiero, kiedy dogoniłem tylną straż. Tam już wrzało, niczym w kotle. Kopyta zwierząt i koła powozów wzniecały w i tak już przesuszone powietrze kłęby kurzu i piachu, ludzie przekrzykiwali się w wydawaniu rozkazów. Zanurkowałem wręcz pomiędzy nimi, żeby przedostać się nieco głębiej. Nie ze względów obawy o własne bezpieczeństwo, ale do miejsca, gdzie dostrzegłem kilka czarnych hełmów z wielkimi rogami.
        Z powozów wyglądali zaciekawieni i zlęknieni tym nagłym zamieszaniem ludzi, a ja kląłem w głos na żołnierzy wywołujących te idiotyczne napady paniki. Nikt jeszcze nie wiedział, kto za nami jedzie, ale już wyobrażali sobie najgorsze zagrożenie. Dostrzegłem w oddali mleczne, długie włosy należące do lady Sherr, którą jak innych musiał zwabić do wystawienia głowy na słońce niecodzienny zamęt. Dopadłem w końcu do małej grupy swoich najbardziej zaufanych ludzi.
        — Wy dwoje — zatrzymałem i zmusiłem konia do zakrętu niemal w miejscu — idziecie ze mną. Ty, Lance, będziesz odpowiedzialny za zwiad. Dowiedz mi się kurwa w końcu czegoś przydatnego — warknąłem, odwracając teraz kierunek chodu naprzeciw prądowi ludzi i koni.
        Atmosfera była zdecydowanie napięta, dało się to wyczuć. Żołnierze co chwila oglądali się za plecy, jakby lada moment ktoś miał nas stamtąd zaatakować, wbić strzałę prosto w plecy. Sam starałem się powstrzymać ciekawość. Czego mogła aż tak bardzo przestraszyć się Esja i o jakich rozkazach mówiła? Czy to miało coś wspólnego z tymi, którzy podążają naszym tropem?
        Rozczarowanie informacjami, które po pół godziny nerwowego marszu praktycznie w ciszy przyniósł Lance nie mogło być większe. Ogon z pewnością nie miał nic wspólnego z Esją. Poczułem się jak jeden z dziesięciu głupców, że w ogóle o tym mogłem pomyśleć. Gorycz nieprzyjemnie paliła w gardło. Znałem siebie na tyle, żeby wiedzieć, że to w co weszliśmy z Esją było niebezpiecznie. Przede wszystkim dlatego, że dla niej nie było już odwrotu i drogi ucieczki.
        Rodzina dzikich szwędała się jednak za nami aż do zmroku. Nie odpuścili nawet na chwilę, a kilku moich ludzi zawsze obserwowało ich z oddali. Nie mieli ze sobą broni, byli ubrani w stare, zniszczone i łatane ubrania. Nie mogli być zagrożeniem, więc moja decyzja wydawała się oczywista. Niech idą. Jeśli jednak postawią krok w złym kierunku, będzie to ich kosztowało co najmniej życie. Oczywiście nie mogli tego wiedzieć, ale przez cały dzień nie śmieli podejść bliżej, niż na dwieście jardów (ok 182 metry). Nie pokazywali się też nigdy w polu naszego widzenia. Dążyli za śladami wozów i koni niczym cień, póki co niegroźny. Nie czułem się komfortowo z tą myślą, ale widząc, że moi ludzie rozluźniają się na wieść, że to tylko banda prostych wieśniaków postanowiłem zaryzykować i iść z ich oddechem smagającym moje plecy.
        W tym oddziale posiadałem najwyższą zwierzchniczą władzę. Przed wyjazdem myślałem, że odpowiedzialność będzie mnie przytłaczać. Och, jak wiele się wtedy myliłem! Nie potrafiłem wyobrazić sobie większej satysfakcji niż ta, że bez mojego pozwolenia w tym obozie nikt nie będzie mógł postawić nawet jednego niestosownego kroku. Upijałem się tą władzą i satysfakcją, zachowując kamienne pozory niewzruszenia. Nigdy wcześniej nie byłem tak daleko od obozu bez żadnego zwierzchnika ponad mną i sam ten fakt wprawiał mnie w świetny humor.
        Nawet wspomnienie wcześniejszego starcia z Esją zbladło w mocnym świetle satysfakcji.
        Kilkakrotnie przez cały dzień kazałem ludziom raportować mi o jej stanie. Przespała więc niemal większość podróży w małym, zapasowym wozie, na którym mieściła się jedynie ona oraz jej nowa służąca. Wiedziałem, że Eliah nieustannie jedzie przy jej boku i w razie potrzeby będzie chronił tego małego powozu z zacięciem napuszczonego na wroga psa, aż do własnej śmierci. Tak samo, jak nie cierpiałem tej myśli, podobnie byłem uspokojony jego obecnością tam, gdzie mnie nie mogło obecnie być.
        Zatrzymaliśmy się, kiedy uznałem, że dalsze podróżowanie nie jest już nawet stosunkowo bezpieczne. Łatwiej napaść i obrabować taki pochód w trakcie ruchu, niż kiedy obozuje w jednym miejscu z wystawioną strażą. Te tereny, na które wjechaliśmy prawdziwie nie były bezpieczne jednak nigdy i z pewnością przyjdzie nam jeszcze podróżować nawet po zmroku, pod osłoną nocy. Ale na dzisiaj wystarczyło. Rozbiliśmy namioty i ustawiliśmy prowizoryczną straż.
        — Nadal są za nami — mruknął blondyn, podpierając się na długiej włóczni. — Zatrzymali się w niedalekiej odległości, paskudne pijawki, na pewno spróbują zajebać coś z naszych wozów kiedy zrobi się później.
        Splunął na bok, a na jego twarzy malował się niezadowolony grymas. Czasami był niecierpliwy jak małe dziecko, chyba że przychodziło do złości. Och, Lance potrafił się złościć. Gdy miałem gorszy humor, uwielbiałem doprowadzać go do białej furii.
        — Panie Lance, nie przystoi tak w obecności kobiet — wtrąciła Girven. Co gorsza, była jak najbardziej poważna.
        Wywróciłem oczami, wiedząc, co właśnie nadchodzi. Blondyn żachnął się i zadarł głowę – a musiał zadrzeć ją wysoko, żeby spojrzeć na olbrzymią rudowłosą Girven.
      — Proszę o wybaczenie. Nie byłem świadom — zaczął cedzić przez zęby, żeby się bezczelnie nie roześmiać — że tu jakieś są kobiety.
        Założyłem dłonie na klatce piersiowej i z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyglądałem się tej dwójce. Brakowało tu z pewnością Ithricka, ten zawsze był pierwszy w wyścigach na dogryzanie kobiecie. Czerpałem z tego też pewnego rodzaju ukojenie. Te proste rozmowy zdawały się mnie przekonać, że nic wielkiego się nie stało. Że nic się w naszym układzie nie zmieniło, choć grunt przecież walił nam się pod stopami. Przekomarzanie się i zdecydowanie zbyt mocne szturchnięcie Lance’a w bok przez Griven tworzyły grunt, na którym mogłem póki co spokojnie stać.
        Zauważyłem, że służąca Esji kieruje się w naszą stronę. Lawirowała pośród ludzi tak, żeby nikomu nie wejść pod nogi, nawet osobie podobnej do siebie rangą. Podeszła z opuszczoną głową i skłoniła się głęboko.
        — Najświętsza obudziła się niedawno — powiedziała cicho, kłaniając się jeszcze niżej. Była zaszczuta. Jak zwierzę, które za dużo razy zostało uderzone przez właściciela. — Rozkazała mi o tym oświeconego powiadomić.
        — Możesz odejść — odparłem chłodno i kiedy zniknęła, sam skierowałem się w stronę namiotu blondynki.
        Był prowizoryczny, zupełnie taki sam, jak namioty wszystkich innych. Nie zamierzałem dodawać Esji luksusów, żeby później wysłuchiwać, ze są zbyteczne – bo faktycznie nimi były. Blondynka miała być twarda, przygotowana na wszystko, a przede wszystkim na niewygodę. Kiedy stanąłem przed namiotem, zastukałem ciężką podeszwą buta w drewnianą wyściółkę pod namiot. Był wystarczająco duży, żeby ona w nim stanęła prosto, ale ja już ledwo bym się w nim wyprostował.
        Zerknąłem na ziemię pod swoimi stopami. I co teraz niby należy zrobić?
        — Wchodzę — mruknąłem, odczekałem kilka sekund i odsunąłem połę namiotu. Wewnątrz była dziewczyna; służąca najwyraźniej jeszcze nie wróciła, albo Esja dała jej jakieś zadanie do wykonania. — I to jest niezbyt dobrze przespana noc? Podobno zemdlałaś siedząc w siodle — zauważyłem obojętnie, kładąc sobie dłoń na biodrze. Nie miałem na sobie zbroi, jedynie kilka jej elementów. W ten sposób łatwiej było mi doglądać nad funkcjonowaniem całego małego obozu. — Zostaniemy tutaj do świtu, a później ruszymy w dalszą podróż. Masz dużo czasu na swoją opowieść.
        Uniosłem jedną brew ku górze, a później przeszedłem do prowizorycznej pryczy i po chwili wahania usiadłem na niej. Spojrzałem przelotnie na Esję, nie chcąc zdradzić swoim wzrokiem zbyt wiele. Na przykład ciekawości tego, co ma mi do powiedzenia albo czego na kształt troski. Zwłaszcza tego ostatniego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/